Bobrza saga trwa w Pruszkowie już wiele miesięcy, ale powoli dobiega końca. Przypomnijmy: para sympatycznych gryzoni postanowiła urządzić się na kanałku doprowadzającym wodę do stawów w parku Potulickich, pomiędzy torami kolejki WKD a ulicą Lipową. Zbudowały solidną tamę, żeremie i zapewne stworzyły szczęśliwą, beztroską rodzinkę. Przy okazji zatamowały przepływ wody – parkowym stawom i mieszkającym tam zwierzętom śmierć zajrzała w oczy. W upalne lipcowe dni z powodu przyduchy spowodowanej niskim natlenieniem wody, której z każdym dniem ubywało, na powierzchni stawów zaczęły unosić się śnięte ryby. „Łza się w oku kręci, gdy musieliśmy zebrać i przekazać do utylizacji 32 szt. szczupaków śniętych w wodach stawów Parku Miejskiego w Pruszkowie” – pisał Wojciech Kamiński, prezes Zarządu Koła nr 18 Polskiego Związku Wędkarskiego w Pruszkowie. Urząd miasta postanowił przynajmniej częściowo rozwiązać problem i tamę rozszczelniono wkładając w nią kilkumetrową rurę. Poskutkowało, ale niewiele. Woda zaczęła się sączyć, poziom wody w stawach ustabilizował się, jednak znacznie poniżej poziomu pożądanego dla przyrody.

Zgodnie z decyzją Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska od 1 sierpnia tamę można już rozebrać, o ile jest niezamieszkana. Ale to wcale nie znaczy, że równo z nastaniem północy z soboty na niedzielę przy tamie zjawiła się ekip wyposażona w latarki, grabie, łopaty i spray na komary. Zresztą, nie pojawiła się także w poniedziałek 2 sierpnia, co skwapliwie odnotował społecznik Arek Gębicz. „Cóż tam panie w polityce? Bobry trzymają się mocno!” – napisał w mediach społecznościowych. „Od 36 godzin tama na doprowadzalniku do stawów w Potuliku jest (ponad wszelką wątpliwość) do legalnej rozbiórki. Prezydent miał (ponad wszelką wątpliwość) 6 TYGODNI, by do tej niezwykle trudnej, logistycznie skomplikowanej i wybitnie niebezpiecznej operacji przygotować walecznych, dobrze przeszkolonych i doświadczonych w swoim fachu burzycieli tam. Coś nie pykło – tama stoi”.

Ile jeszcze postoi? – Tama zostanie usunięta jeszcze w tym tygodniu – zadeklarowała w poniedziałek po południu Beata Czyżewska, wiceprezydent Pruszkowa, której oprócz oświaty podlega też Wydział Ochrony Środowiska kierowany przez Elżbietę Jakubczak-Garczyńską. Nie była w stanie precyzyjnie określić, którego dnia to nastąpi – to zależy od dyspozycyjności pracowników zewnętrznej firmy wynajętej do tego celu, a także warunków atmosferycznych. – Nie będziemy się licytować, czy jutro czy pojutrze, firma wykonuje też usługi dla innych zleceniodawców, ale obiecuję: do końca tego tygodnia tama będzie rozebrana.

Tymczasem już we wtorek rano przy tamie pojawili się mężczyźni uzbrojeni w łopaty. Przyszli z zaskoczenia, ale zauważył ich red. Jakub Dorosz-Kruczyński, który spacerował rano z psem po parku. Za chwilę na miejscu pojawił się zaalarmowany Arek Gębicz – również nie spodziewał się tak szybkiego rozwoju wypadków.

Czy to oznacza definitywny koniec „bobrowej wojny” prowadzonej przez Gębicza z pruszkowskim magistratem? To zależy… w sumie tylko od magistratu. Wiosną przyszłego roku bobry zapewne powrócą i spróbują odbudować tamę. Jeśli urzędnicy z pomocą wynajętej firmy będą im w tym systematycznie przeszkadzać i nie pozwolą budowli ukończyć, to jest szansa, że wkurzone zwierzaki wyniosą się na bardziej gościnne tereny. Jeśli jednak tak jak w tym roku urząd zignoruje apele i poczeka, aż bobry się urządzą i rozmnożą, to znów dopływ wody do stawów zostanie zablokowany, ryby będą pływać do góry brzuchami, a Wydział Ochrony Środowiska będzie obwiniał Związek Wędkarski, że zarybia stawy za mało odpornymi na pruszkowskich urzędników (sorry, na zbyt niski poziom tlenu w wodzie) gatunkami.

Robimy zakłady, co będzie za rok?