Na wiosennym lockdownie, spowodowanym pierwszą falą koronawirusa, pruszkowskie szkoły w większości poległy. Zdalna nauka oznaczała zadawanie prac domowych poprzez dziennik elektroniczny Librus i ich egzekwowanie. Uczniowie zakuwali sami, w domowym zaciszu. Niektórzy nauczyciele próbowali uruchamiać lekcje z wykorzystaniem bezpłatnych platform konferencyjnych, ale byli w mniejszości. Niektórzy wręcz pogubili się, a lekcje przekształcili w parodię. W jednej ze szkół w Pruszkowie nauczycielka wychowania fizycznego, zamiast polecać ćwiczenia do samodzielnego wykonania w domu, zadawała… przygotowywanie prezentacji w programie Power Point! Kto nie zrobił, miał wstawiane nieprzygotowanie. Dopiero interwencja rodziców skłoniła nadgorliwą nauczycielkę do zmiany podejścia do swojej pracy.

Teraz nauka znów odbywa się zdalnie, ale jej jakość jest diametralnie inna. Z inicjatywy urzędu miasta szkoły otrzymały dostęp do platformy Microsoft Teams, nauczyciele przeszli szkolenie, a lekcje nieco upodobniły się do klasycznych. Uczniowie widzą i słyszą nauczycieli, choć nie obywa się to bez problemów – nie wszyscy uczniowie włączają kamerki, nie zawsze w domu dobrze działa internet, nie zawsze jest dostęp do komputera. 

Jak zdalne lekcje oceniają rodzice uczniów? Zdania są podzielone, bo nauczyciele swoje nawyki z klasycznej szkoły przenieśli do wirtualnej. Kto nie potrafił przekazać wiedzy, nie umie tego nadal. Jeden z rodziców opisuje sposób prowadzenia lekcji przez panią od fizyki, która nie cieszy się zbytnią sympatią uczniów. „Klasa niby słucha, ale niewiele z tego, co ta pani mówi, rozumie, dla nauczycielki nie ma to jednak znaczenia. Ostatnio wysłała uczniom Librusem ponad trzydzieści zadań do zrobienia, dała im trzy dni. Poinformowała, że kto nie odeśle w terminie, dostanie ocenę niedostateczną. Owszem, zadania były krótkie, wystarczyło udzielić jednozdaniowych odpowiedzi, ale wyszukanie ich w podręczniku zajęło dobrym uczniom kilka godzin, a słabsi albo machnęli ręką, albo zaangażowali do odrabiania lekcji rodziców. Jeśli tej pani chodzi o to, żeby zamordować u dzieci, które siedzą zamknięte w domach, ciekawość świata, żeby znienawidzili fizykę, to jest na dobrej drodze do pełnego sukcesu”.

Takie sytuacje to chyba na szczęście wyjątek. Nie brakuje pedagogów, którzy ambitnie i z ogromnym zaangażowanie podeszli do nowej formy przekazywania wiedzy. W Szkole Podstawowej nr 6 nauczycielka matematyki zorganizowała dla uczniów ósmej klasy zajęcia przygotowujące do egzaminu na koniec szkoły. Chętnych nie brakowało. W Szkole Podstawowej nr 2 furorę robi chemiczka, która po rozpoczęciu się lekcji sprawdza obecność, a następnie pyta uczniów o samopoczucie, nastrój, czy wszystko jest OK, czy zjedli śniadanie. „W każdej klasie, którą uczy, zrobiła chemparty, dzieci przebierały się za pierwiastki chemiczne. Sama przebrała się za węgiel. Uczniowie bardzo pozytywnie ją odebrali” – opisuje matka jednej z uczennic. „Owszem, jest wymagająca, odpytuje uczniów, ale który nauczyciel nie pyta… Ja z tą szkołą jestem związana już tyle lat i doceniam wszystkich nietuzinkowych nauczycieli, takich, którzy wychodzą poza schemat. Czasy są inne, ciężkie, ale fajnie, jak rozpoczyna się lekcja, a po drugiej stronie jest nauczyciel uśmiechnięty, radosny i pełen optymizmu” – dodaje. Matka w imieniu grupy rodziców zamierza napisać do dyrektora szkoły wniosek o nagrodę dla chemiczki.

Wysiłek pedagogów warto docenić – jak podał Związek Nauczycielstwa Polskiego, aż 73 procent nauczycieli w Polsce pracuje na własnym sprzęcie, a 85 proc. poświęca na pracę zdalną więcej niż 40 godzin w tygodniu. Tak wynika z ankiety przeprowadzonej od 11 do 20 listopada z udziałem 8107 nauczycieli. Uczestnicy sondażu odpowiadali na pięć pytań. Prawie 43 proc. respondentów zwróciło też uwagę, że dyrektorzy szkół nie skorzystali z możliwości skrócenia lekcji do 30 minut. – Bez wątpienia ten fakt wpływa na zachwianie równowagi ilości czasu spędzanego przez ucznia przy komputerze – zauważa ZNP.

A jak Wy oceniacie zdalną naukę w pruszkowskich szkołach? Piszcie w komentarzach.