Owszem, lubię włoską kuchnię. Owszem, lubię owoce morza i grillowane ryby. Ale jestem typowym pruszkowiakiem i nieraz wpadam po burgera do Maca, a raz na kilka tygodni nachodzi mnie na wielki, mięsisty, ociekający sosem, pełen dodatków kebab. Tak właśnie było w ostatni piątek. Miałem home office, dziesiątki mejli i telefonów i generalnie nie chciało mi się wychodzić z domu. Odpaliłem Pyszne.pl i zajrzałem do menu Staff Kebab, o którym słyszałem pozytywne opinie i którego oferta na klasycznych kebabach się nie kończy. Kombinowałem dobre 10 minut, w końcu postanowiłem trochę zaszaleć i zamówiłem falafel z hummusem oraz Shish Tawook, czyli szaszłyki z kurczaka, z frytkami i surówką. Czas oczekiwania: 60 minut. Akceptowalnie. Zapłaciłem przez internet i wróciłem do pracy.

Mija godzina, cisza. Usiłuję pracować, jednak wizja szaszłyków coraz bardziej mnie dekoncentruje. Po 90 minutach nie wytrzymuję, dzwonię. – Pana zamówienie już wyjeżdża, za 10 minut będzie – słyszę. Okey, czekam.

Po kwadransie odzywa się domofon. Uśmiechnięty kurier podaje mi torbę. Wielką i ciężką. Waży z pięć kilo jak nie więcej! Chwytam za uszy, drugą ręką podtrzymuję od spodu. Po drodze od drzwi do pokoju przez głowę przemykają mi wszystkie możliwe koncepty. Najbardziej prawdopodobny wydaje się ten, że szaszłyki nabito na grube pręty z hartowanej stali i to one robią wagę.

Otwieram torbę, wyciągam. 1. Wielki kebab XXL. 2. Wielki kebab XXL. 3. Wielki kebab XXL. 4. Średni kebab. 5. Średni kebab. 6. Wielki kebab w cieście pita. Każdy pakunek odwijam, zaglądam do środka, szukam falafela, hummusu i szaszłyków. Nie ma.

Czyli taka sytuacja: kurier pomylił się i przywiózł nie moje zamówienie. Patrzę na przywieszkę na torbie, tam stoi jak byk: falafel i Shish Tawook. A więc, ktoś źle zapakował. W pokoju gromadzi się reszta domowników zwabionych zapachami. Zapada decyzja: jedzenie stygnie, zjemy na spółkę jeden wielki kebab, póki ciepły, a jak zjemy to ja zadzwonię do restauracji i wyjaśnię sytuację.

Ledwie kończymy ten kebab, pukanie do drzwi. Patrzymy na siebie. Kurier wraca zabrać co przywiózł. Mnie robi się głupio, bo zeżarliśmy to, co nie było nasze, ale dzielnie idę do drzwi. Otwieram. I widzę uśmiechniętego kuriera (innego niż poprzedni), który w wyciągniętej ręce trzyma torbę i mówi: „Proszę, zamówienie”. Muszę mieć w tym momencie bardzo głupią miną, bo kurier powtarza: „Proszę, zamówienie”. Odpowiadam, że zaszła pomyłka i przed dziesięcioma minutami odebrałem nie swoje jedzenie. „Przepraszam” – mówi kurier. – Ale jednego kebaba już zjedliśmy – uprzedzam. „Przepraszam” – odpowiada mężczyzna. – Czy oddać panu resztę czy zapłacić? – pytam. „Przepraszam” – znów ta sama odpowiedź. – Ale chcę się jakoś rozliczyć z pomyłki – nie ustępuję. „Przepraszam, przepraszam, ja tylko kurier, przepraszam” – mówi mężczyzna nie przestając się uśmiechać. – To ja zadzwonię do restauracji wyjaśnić – odpowiadam widząc, że międzykulturowe problemy komunikacyjne mogą być w tym przypadku nie do przeskoczenia. „Przepraszam, dziękuję, do widzenia” – słyszę na pożegnanie.

Wracam z torbą do pokoju. W środku, a jakże, falafel z hummusem i szaszłyki. A na stole 5 kebabów (bo jednego, jak wspomniałem, zjedliśmy). Dzwonię do Staff Kebab. Odbiera miła pani. Tłumaczę, że zaszła pomyłka. „Czyli nie dostał pan swojego zamówienia?” – pyta. Dostałem, ale oprócz mojego przyjechało jeszcze jakieś inne. „Kurier dał panu dwa zamówienia?”. Nie, było dwóch kurierów. „A jak wyglądał kurier?”. Pierwszy Polak, drugi cudzoziemiec. „A co było na karteczce przy zamówieniu”? Był opis mojego zamówienia, ale zawartość była inna. „Czyli nie dostał pan swojego zamówienia?”. Dostałem, ale dostarczył je drugi kurier, pierwszy dostarczył mi zamówienie z moim opisem, ale inną zawartością.

Zaczynam nabierać przeświadczenia, że pracownica Staff Kebab kompletnie nie może pojąć, o co mi chodzi. Dzwoni klient, że dostał co innego, choć dostał to co zamówił i co miał dostać. Postanawiam odłożyć w czasie rozwiązanie problemu: – Zorientujcie się, czy wszyscy klienci dostali zamówienia, bo ja dostałem za dużo. Jak się zorientujecie, to proszę do mnie zadzwonić, mój numer telefonu macie. Jeśli trzeba zapłacić, to w poniedziałek w drodze do pracy podejdę – proponuję.

Gdy piszę ten tekst, jest niedziela. Nikt nie zadzwonił. Głupio mi, bo przywykłem do tego, że gdy zamówienie się nie zgadza, to zawsze na moją niekorzyść, na przykład brakuje jakiegoś składnika, za który zapłaciłem, albo zamiast ryżu dostałem frytki, albo pizza była zimna. Tym razem dostałem wszystko pyszne, gorące, świeżutkie, ale trzy razy więcej, niż zamówiłem i zapłaciłem. Może po publikacji tego artykułu Staff Kebab się odezwie – bez problemu się rozliczę.

A jakie były kebaby? Naprawdę, bardzo dobre. Chrupiące placki, dobrze doprawione mięso, dopieczone, solidna ilość dodatków. Do tej pory najbardziej ceniłem sobie kebaby w Erebuni, sprzedawane od wielu lat przez miłą Ormiankę w pawilonach przy al. Wojska Polskiego, znakomite były też kebaby przygotowane przez Egipcjanina w Amun Kebab przy Bolesława Prusa róg Sprawiedliwości, gdzie mięso pieczono nad węglem drzewnym (napisałem były, bo niedawno poszedłem, a w Amunie polska obsługa, zaś mięso bez smaku, jakby zamiast upiec ugotowano je w rosole). Te ze Staff Kebab umieszczam w tym momencie w moim prywatnym TOP 3 najlepszych kebabów w Pruszkowie. A falafele? Równie pyszne – posypane ziarnem sezamu (tak dobre ostatni raz jadłem w marokańskim Tangerze kilka lat temu), z ciepłym hummusem – po prostu bajka. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to frytki – ja wolę dopieczone i chrupiące, jakby pobyły we frytownicy jeszcze minutę, półtorej, byłyby lepsze. Ale może się czepiam.

Nawet jeśli Staff Kebab nie odezwie się po pieniądze, i tak będę tam zaglądał – w menu mają też grillowane żeberka jagnięce i szaszłyki z jagnięciny, a ja jestem typowym pruszkowskim mięsożercą. I jeszcze szakszukę mają – ale to już trzeba na miejscu, nie w dostawie, szakszuka powinna być prosto z patelni.