Nie spodziewałem się, że padnie deklaracja powstrzymania kontrowersyjnej inwestycji. Oczekiwałem jednak manifestacji, że samorządowcy, których wybraliśmy, by stali na straży naszych interesów, pamiętają o nas – mieszkańcach. Że zadeklarują wsparcie, nieustępliwość, determinację. Że pokażą pazur. Albo chociaż rozłożywszy ręce w dramatycznym geście zakomunikują: będziemy walczyć, jednak prawo jest bezduszne i przygotujcie się, drodzy pruszkowiacy, na przegraną. Okrutnie się rozczarowałem.

Radni zebrali się z inicjatywy Piotra Bąka, aby przeanalizować możliwość reakcji na wystąpienie Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska, który dopatrzył się, że planowana budowa ogromnego bloku przy ulicy Pawiej, na granicy parku Potulickich, może zahaczać o teren chroniony. W piśmie GDOŚ znalazła się sugestia, że Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska (organ niższego szczebla) powinna wystąpić do Samorządowego Kolegium Odwoławczego o uchylenie decyzji o warunkach zabudowy, a w dalszej kolejności pozwolenia na budowę. Decyzję o warunkach zabudowy, zwaną potocznie wuzetkę, wydał inwestorowi wiceprezydent Pruszkowa Konrad Sipiera, przy pełnej aprobacie prezydenta Pawła Makucha. Samo pozwolenie na budowę podpisał zaś starosta Krzysztof Rymuza. RDOŚ do zalecenia się dostosowała. Sprawa trafiła do SKO. Trzeba czekać na rozstrzygnięcie.

Budowa megabloku budzi ogromny sprzeciw części mieszkańców Pruszkowa. Obawiają się naruszenia równowagi ekologicznej parku Potulickich. Na czele społecznego sprzeciwu stoi społecznik Arkadiusz Gębicz, prezes stowarzyszenia Za Pruszków!

W całej sprawie, od początku, zdumiewa mnie nieprzejednane stanowisko zarówno Pawła Makucha, jak i Konrada Sipiery. Przy każdej okazji przekonują, że wuzetka wydana została prawidłowo. Nie mają cienia wątpliwości. Ta demonstrowana nieomylność nie osłabła nawet po wystąpieniu Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska, któremu raczej trudno w tej drobnej, lokalnej (z jego perspektywy) sprawie zarzucić brak bezstronności. Warto przypomnieć, że święcie przekonany o prawidłowości swoich działań był też starosta Rymuza wydając pozwolenie na budowę Lidla w Komorowie – mimo ostrego sprzeciwu setek mieszkańców. Tego pozwolenia już nie ma, uchylił je wojewoda wytykając błędy prawne. Przesadne przywiązanie do własnych racji i chęć postawienia na swoim za wszelką cenę jakże często okazują się zdradliwą pułapką.

W środę bezskutecznie czekałem, aż prezydent wraz z zastępcą zwrócą się do nas, mieszkańców, że rozumieją nasz strach przed zniszczeniem parku. Jednak obaj ani jednym słowem nie dali do rozumienia, że widzą cokolwiek poza papierami leżącymi na biurkach – pożytkując energię na przekonywanie, że decyzje administracyjne wydali zgodnie z prawem. Zamiast naszych reprezentantów, ujrzeliśmy bezdusznych polityków, niepróbujących nawet udawać, że zależy im na naszych sprawach.

Przepraszam, jednego mieszkańca dostrzegli. Arkadiusza Gębicza, którego obaj od dłuższego czasu traktują jak wroga. Kolejny raz mogliśmy więc zobaczyć, jak próbują wykazać mu porywczość i niekompetencję. Ale jeśli nawet przyjąć, że Gębicz ma niewyparzony język i posługuje się sformułowaniami na pograniczu zniesławienia, jego próba zapobieżenia budowie bloku to nie jest prywatna walka o lepszy widok z okna. Gębicz wyraża na forum publicznym opinie sporej części lokalnej społeczności. Także moje. To on jest moim społecznym pełnomocnikiem w tej walce, a nie prezydent z wiceprezydentem. Powinno być odwrotnie.

A radni? Spośród 23 naszych wybrańców ledwie garstka ma coś do powiedzenia na temat kontrowersyjnej inwestycji: Piotr Bąk, Edgar Czop, Dorota Kossakowska, Olgierd Lewan. Do tej grupy w środę dołączył Jakub Kotelecki. Pozostali? Strategicznie nie zabierają głosu, przyglądając się rozwojowi sytuacji. Nieśmiałość? Brak zdania? Strach przed publiczną debatą? Po co więc zostali radnymi?

Ale i z tych radnych, którzy wiedzą, że na nich skierowane są oczy mieszkańców, żaden nawet nie spróbował nakłonić prezydenta do złożenia deklaracji podjęcia walki o uratowanie dzikiego zakątka Pruszkowa. Żaden nie wszedł w ostrzejszą polemikę. Jedynie Piotr Bąk analizował możliwość wystąpienia do Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego o wydanie nakazu wstrzymania budowy. A Edgar Czop przypomniał Pawłowi Makuchowi, że nasadzenia zastępcze, czyli posadzenie kilkudziesięciu wątłych roślinek w innych częściach miasta, nie sprawi, że park Potulickich ocaleje. Co z tego, że gdzieś pojawią się mikrodrzewka, skoro mokradła w Potuliku mogą wyschnąć, a bytujące tam zwierzęta się wyniosą?

Zamiast determinacji radnych pruszkowiacy – i nie tylko, bo na komisję zaproszeni byli przedstawiciele instytucji z Warszawy – mogli sobie na koniec obejrzeć seans tradycyjnych uszczypliwości pomiędzy Konradem Sipierą a radnym Karolem Chlebińskim. O to, ile komisji odbędzie się w wakacje. Posłuchać zapewnień radnych, że ciężko pracują. Nawet do późnej nocy. Nawet w wakacje. Szkoda, że deklaracje nijak mają się do realnych kroków w celu powstrzymania zapędów dewelopera. Niestety, nasi radni lubują się w przesłuchiwaniu kierowników miejskich spółek i jednostek. Dużo przyjemniej, jak się okazuje, jest przepytać jak ucznia prezesa TBS czy dyrektorkę basenu i spróbować wykazać, że sobie nie radzą, niż stanąć ramię w ramię z mieszkańcami w walce o zabytkowy park.

Pruszkowski samorząd jest słaby – to mocne oskarżenie, ale środowa komisja pokazała, że to stwierdzenie można łatwo udowodnić. Wydarzenia w najbliższych tygodniach zapewne utwierdzą mnie w tym przekonaniu. Za chwilę będziemy świadkami wielogodzinnych utarczek między radnymi a prezydentem przy okazji głosowania uchwały absolutoryjnej i wotum zaufania. Radni z poczuciem misji wymalowanym na twarzach będą udowadniać, że prezydent ich nie lubi, nie chce współpracować, traktuje z góry, nie odpowiada na „dzień dobry” i niechętnie podaje rękę. Prezydent będzie odbijał piłeczkę mówiąc, że radni nie doceniają ciężkiej pracy jego i sztabu urzędników. Kilka godzin nic nie wnoszących złośliwości, poprzedzonych paroma komisjami pełnych przytyków i sarkastycznych uwag.

A w tym czasie deweloper spokojnie przyszykuje sobie maszyny, żeby w odpowiedniej chwili wjechać na plac budowy. Autobusu do Warszawy nadal nie będzie. Na parkowanie rotacyjne, którego wprowadzenie Paweł Makuch obiecywał w kampanii wyborczej widząc w tym remedium na brak miejsc postojowych, nie będzie nawet wstępnego pomysłu. Rozkładów jazdy na przystankach nadal będzie brakować. Fontanny w parku Sokoła będą się zatykać. A na ulicy Sienkiewicza po każdym deszczu – nawet małym – vis a vis dworca będzie tworzyć się gigantyczna kałuża, tak jak to jest od 15 lat Tak, wiem, Sienkiewicza nie jest ulicą miejską, podlega staroście. Ale ja, mieszkaniec, oczekuję realnych działań – i od prezydenta, i od radnych. A nie bicia piany i zabawy w politykę.