Od nowego roku wiele się zmieniło na Pływalni “Kapry”. Czy na lepsze?

Pod koniec zeszłego roku ze stanowiska dyrektora Miejskiej Pływalni “Kapry” ustąpił dyrektor Jacek Elżanowski. Jego miejsce zajęła Patrycja Relska, pracująca wcześniej w Urzędzie Miasta Pruszkowa. Pozostanie ona osobą pełniącą obowiązki dyrektora przynajmniej do czasu rozstrzygnięcia konkursu na dyrektora pływalni. Nieoficjalnie mówi się jednak, że jest ona najpoważniejszą pretendentką na to stanowisko. Sama zainteresowana w rozmowie z portalem zpruszkowa.pl nie ukrywa zamiaru wzięcia udziału w konkursie. Obecnie jednak skupia się na uporządkowaniu pracy pływalni. A – jak się dowiedzieliśmy – jest co porządkować.

Pływalnia “na gębę

“Wszystko tu było na gębę” – skarży się jeden z pracowników pływalni “Kapry” – “każdy robił co chciał, żadnej kontroli. W ogóle to cud, że z tego jeszcze żadnej afery nie ma”. Z jego relacji wynika, że przez ostatnie lata wiele osób korzystających z basenu cieszyło się szeregiem nieoficjalnych przywilejów. Policjanci, strażacy, urzędnicy, emerytowani nauczyciele oraz całe rodziny tych osób (w tym również mieszkańcy m.in. Grodziska Mazowieckiego czy Warszawy) – wszyscy oni mieli korzystać z pływalni zupełnie za darmo. A czy to nielegalne? Nie, dopóki preferencyjne ceny biletów (w tym przypadku – z ulgą 100%) są uregulowane odpowiednimi umowami lub innymi dokumentami. W tym przypadku jednak podobne dokumenty miały nigdy nie powstać. Według naszego informatora, pracownicy kas po prostu wiedzieli kogo mogą wpuścić bez konieczności pobierania opłaty. “Uprzywilejowanym” użytkownikom basenu wydawano też niekiedy specjalne, nieoficjalne talony, które miały być rozpoznane na kasach. Od naszego informatora wiemy, że ilość tego typu dokumentów wydana na przestrzeni ostatnich lat przekracza setkę.

Informacje te potwierdza pełniąca obowiązki dyrektora Patrycja Relska. Według niej, kasjerzy mieli dostawać ustne dyspozycje do przepuszczania wskazanych osób przez bramki. Dowiedzieliśmy się, że od czasu likwidacji nieoficjalnych przywilejów kasa basenu zaczęła przynosić nawet o 10 tysięcy złotych więcej w skali tygodnia. Dyrektor zaznaczyła, że nie jest przeciwnikiem budowania zróżnicowanego cennika zawierającego preferencyjne stawki np. dla określonych grup zawodowych. Wskazała jednak, że cennik taki powinien opierać się na konkretnych porozumieniach lub umowach i wskazywać zamknięty katalog osób, które mogą cieszyć się ulgami. W przeciwnym razie sytuacja łatwo wymyka się spod kontroli, a cierpią na tym przede wszystkim finanse pływalni.

Relska zauważyła również, że poprzedni dyrektor pływalni podpisywał dość niekorzystne finansowo umowy ze swoimi kontrahentami, w tym z podmiotami korzystającymi z powierzchni usługowej lub dostawcami usług typu “benefit”. Według niej, już po korekcie warunków podpisanych umów, pływalni udało się zwiększyć zyski o kolejne tysiące złotych.

Zmiany na “Kaprach” objęły nie tylko basenowych “gapowiczów”. Rykoszetem dostało się również sportowcom i przedsiębiorcom, którzy do tej pory żyli z pływalnią w symbiozie.

Kajakarze – miło było, do widzenia

Marek Ożóg jest liderem nieformalnej grupy sportowej trenującej kajakarstwo i pokrewne sporty wodne. Część treningów jego ekipy – zwłaszcza w okresie zimowym – odbywała się na pływalni “Kapry”. Sportowcy – jak do tej pory – zbierali się kilka razy w miesiącu po godzinie 22:00, a zatem już po oficjalnym zakończeniu pracy basenu. Na pływalni ćwiczyli m.in. manewry kajakami czy ratownictwo wodne. W zamian za nieodpłatne korzystanie z basenu świadczyli usługi na rzecz miasta i pływalni tam, gdzie tylko było to możliwe. Za przykład ich zaangażowania może służyć interwencja na stawie w Parku Potulickich, którą kajakarze przeprowadzili w minioną niedzielę. Ekipa Marka Ożóga, zaalarmowana przez uczestników zimowego ptakoliczenia, wypłynęła kajakami na wodę by ratować zaplątaną w plastikową torbę mewę srebrzystą. Ekipa pozostaje zwykle do dyspozycji również podczas organizacji miejskich imprez czy zawodów.

W tym miesiącu okazało się jednak, że kajakarze nie mogą dłużej korzystać z dobrodziejstw “Kaprów”. Powód? Kwestie bezpieczeństwa, brak sformalizowanej umowy oraz koszty, jakie pływalnia ponosi na rzecz sportowców. Informację o tej decyzji sportowcy otrzymali telefonicznie. W rozmowie z portalem zpruszkowa.pl Marek Ożóg stwierdził, że żaden z wykazanych im problemów nie wydaje się być nie do rozwiązania. Zespół jest w stanie zapewnić i opłacić ratowników wodnych we własnym zakresie. Nie ma również nic przeciwko zmianie kalendarza treningów tak, by dostosować go do godzin otwarcia pływalni. Sportowcy są również w stanie wynajmować tory odpłatnie, jednak – zgodnie z relacją ich lidera – najpierw ktoś musi chcieć z nimi rozmawiać. A woli rozmów, a co za tym idzie, woli wsparcia lokalnej grupy sportowej, po stronie nowej dyrekcji basenu jak na razie nie widać.

Kucyki niemile widziane

“Domek Białego Kucyka” to miejsce dość popularne w Pruszkowie i okolicach. Właściciele koni, kucyków i kóz mają swoją siedzibę na tyłach pływalni “Kapry”. Od ponad 10 lat zajmują się nauczaniem jazdy konno dzieci i młodzieży. Mało kto wie, że konie, na których Trzej Królowie przemierzyli Pruszków na początku stycznia, pochodzą właśnie z “Domku”.

“Domek” ma swoją siedzibę na tyłach budynku pływalni, przy ul. Cyklistów. Oprócz budynku zaaranżowanego na stajnie, właściciele przedsiębiorstwa dzierżawią również kilka okolicznych działek – część z nich od prywatnych właścicieli oraz jedną od pływalni. Na tej ostatniej odbywały się m.in. nauki jazdy na kucach dedykowane najmłodszym jeźdźcom. I właśnie ta działka stanęła kością w gardle dyrekcji ośrodka.

W rozmowie z portalem zpruszkowa.pl, Patrycja Relska skarży się na kwestie bezpieczeństwa związane z przebywaniem zwierząt na terenie dzierżawionej działki. Jak się okazuje, należące do “domku” kucyki i kozy były niejednokrotnie widziane na terenie należącym do pływalni i nie będącym przedmiotem umowy o dzierżawę zawartej między pływalnią a przedsiębiorstwem – słowem, wymykały się spod kontroli grasując swobodnie po terenie ośrodka. Relska wskazuje również na problemy natury sanitarnej, wynikające z sąsiedztwa bezpośredniego sąsiedztwa zagrody dla zwierząt.

Bazując na tych zastrzeżeniach, nowa dyrekcja postanowiła nie przedłużać rzeczonej umowy, co wiąże się w sposób oczywisty z koniecznością “zwinięcia interesu” z działki należącej do “Kaprów”.

Decyzja ta zszokowała właścicieli przedsiębiorstwa. O sprawie zaalarmowała nas właścicielka firmy, Ewa Muszyńska. Tutaj scenariusz wyglądał podobnie jak w przypadku kajakarzy – żaden ze wskazanych problemów nie wydaje się być nierozwiązywalnym, zaś sama zainteresowana deklaruje chęć porozumienia się z pływalnią, chociażby co do ustanowienia nowych zabezpieczeń na dzierżawionym kawałku gruntu czy wprowadzenia procedur bezpieczeństwa, które odpowiadałyby restrykcjom narzuconym przez “Kapry”. Problem polega na tym, że niewiele chęci do rozmów widać po stronie pływalni.

Nadgorliwość gorsza od faszyzmu

Bazując na informacjach otrzymanych od Patrycji Relskiej trudno zachować w sobie choćby szczyptę wątpliwości co do tego, że zmiany i porządki na pływalni “Kapry” są niezbędne. Jednak w przypadkach podobnych do grupy kajakarzy Marka Ożóga, czy “Domku Białego Kucyka” na myśl przychodzi pytanie, czy porządki te nie powinny być przeprowadzane z większym zrozumieniem potrzeb i interesów lokalnej społeczności. Wszak – koniec końców – to jej powinny służyć instytucje publiczne w całej gminie.

Oczywiście linia oddzielająca konieczność podjęcia bezkompromisowych działań od powinności przeprowadzenia dialogu przed zakasaniem rękawów do działania jest bardzo cienka i niekiedy trudna do wyznaczenia. To nie oznacza jednak, że przedstawiciele instytucji publicznych nie powinni stale jej poszukiwać.

Zarówno Marek Ożóg jak i Ewa Muszyńska nadal liczą na dojście do porozumienia z dyrekcją pływalni “Kapry”. Podobne nadzieje wyraża również autor niniejszego artykułu.