Milena Tomaszewska jest mieszkanką Pruszkowa. Systematycznie zawozi do Jadłodzielni jedzenie, które przygotowała w domu. Czasem nie zdąży nawet postawić go na półce, a już zjawiają się chętni – bynajmniej nie cwaniacy próbujący zaoszczędzić na zakupach. – Poznałam panią, która przychodziła po jedzenie, bo znalazła się w tak ciężkiej sytucji, że posiłek z Jadłodzielni był jedynym, jaki w ciągu dnia dawała dzieciom – pani Milenie łamie się głos. – Ciężko mi o tym opowiadać, sama jestem matką.

Pruszkowianka niedawno zamieściła post na jednym z forów w internecie. „Moi drodzy, byłam dziś w pruszkowskiej Jadłodzielni i jestem załamana. Widziałam kilka osób czekających na coś do jedzenia, wszyscy to byli seniorzy. Proszę, jeśli macie jedzenie, które zostały z obiadu, lub macie restaurację lub inne miejsce, gdzie jest jedzenie, które wam zostaje, wystarczy że wstawimy 1 słoik około 1 litr – to już jest posiłek. Pomóżmy jak możemy. Wierzę w nasze serca”. – To był bardzo przykry widok, ludzie czekający że ktoś coś przyniesie – mówi portalowi zpruszkowa.pl. – Pruszkowianie mają wielkie serca, przywożą posiłki, ale to ciągle za mało.

– Wszystko, co tutaj trafia, znajduje chętnych w pół godziny, godzinę – przyznaje Artur Pawełczyński ze stowarzyszenia Jaspis, pomysłodawca pruszkowskiej Jadłodzielni. – Tylko raz zdarzyło się, że mieszkańcy przywieźli tak dużo, że część jedzenia się zmarnowała. To było trzy lata temu, niedługo po uruchomieniu Jadłodzielni, w okolicach Wigilii.

Jak mówi, idea była zupełnie inna. Jadłodzielnia miała spełniać funkcję ekologiczną i po prostu pozwalać uratować jedzenie przed zmarnowaniem, na zasadzie: kupiłem za dużo, ugotowałem za dużo, widzę że termin przydatności do spożycia wkrótce upłynie, więc oddaję innym. A jednocześnie biorę sobie coś, czego akurat potrzebuję. Typowy foodsharing. Jednak akcja poszła w zupełnie innym kierunku. Jadłodzielnia zaczęła karmić osoby, które zwyczajnie są głodne. – Czasem widzę, że ktoś zabiera dużo więcej, niż potrzebuje na posiłek. Proszę, żeby to wszystko wykorzystał, żeby się nie zmarnowało. Słyszę w odpowiedzi, że mieszka w starej kamienicy i rozdaje jedzenie jeszcze kilku rodzinom – mówi Pawełczyński.

Kto przywozi jedzenie do Jadłodzielni? Zwykli mieszkańcy, ale też restauratorzy. Pan Artur wspomina, jak właściciel baru przyjechał z 20 kilogramami zapakowanych kurczaków z rożna. Po kilku godzinach już ich nie było. Posiłki przywożą właściciele WPR Burger. Ale są też anonimowi dostawcy. Ostatnio ktoś wstawił kilka skrzynek bananów.

Gdy opowiadam Milenie Tomaszewskiej o pierwotnej idei Jadłodzielni, że chodziło przede wszystkim o foodsharing, oponuje: – Aspekt ekologiczny jest w Pruszkowie na dalszym planie. Jadłodzielnia gwarantuje jedyny posiłek w ciągu dnia naprawdę dużej ilości ludzi – mówi. – Biedy w Pruszkowie na pierwszy rzut oka nie widać, ale ta bieda jest. Po jedzenie nie przychodzą ci, których stać na zrobienie zakupów. Przychodzą ci, którzy nie mają co ugotować na obiad, którzy znaleźli się w takiej sytuacji, że zdani są na pomoc innych. Nie wnikam, dlaczego życie im tak się potoczyło, czy ich problemy są do rozwiązania. Mamy XXI wiek, a w Pruszkowie, dużym mieście pod Warszawą, są ludzie, których nie stać na normalny obiad.

Pani Milena rozmawiała z kobietą, która przyszła do Jadłodzielni coś wziąć do domu. Zapytała, gdzie mieszka, ale nie dostała odpowiedzi. Poprosiła więc tylko, żeby tamta następnym razem odniosła pusty słoik. Wkrótce znalazła cały karton słoików. – To nie była pani nastawiona na życie na czyjś koszt. Ta pani przychodzi tylko dlatego, że jest głodna – mówi.

Pytam Artura Pawełczyńskiego, jakie jedzenie przynosić do Jadłodzielni. Zasady są proste: to, co ugotowaliśmy w domu i nam zostało, ale musi być zapakowane i opisane, co znajduje się w słoiku, wraz z datą przygotowania. Może być jedzenie zawinięte w folię aluminiową – też opisane. Produkty sypkie. Owoce i warzywa, byle nie psujące się. Ciasta. Generalnie wszystko, co sami byśmy jeszcze zjedli. Nie należy zostawiać mrożonek, surowego mięsa, produktów przeterminowanych (po upływie daty „należy spożyć do…”), świeżych jaj, produktów zawierających surowe jaja (kremy, domowe majonezy), otwartych konserw, alkoholu.

Jadłodzielnia znajduje się przy ul. Kraszewskiego 18, w pobliżu urzędu miasta, przy budynku nazywanym potocznie „pod bocianem”. Otwarta jest codziennie do godz. 21.

Podobne punkty od kilku lat są popularne w całej Europie, ich główną ideą jest ratowanie żywności, ale też wspieranie osób gorzej sytuowanych. W samym Amsterdamie z działającego tam Banku Żywności korzysta około 1600 gospodarstw domowych – około 4 tys. mieszkańców. W grudniu zeszłego roku w centrum Amsterdamu stanął nawet tzw. odwrócony supermarket – nie można było nic kupić, ale przynieść i zostawić produkty spożywcze, które następnie trafiły do Banku Żywności, a stamtąd do najbardziej potrzebujących.

W Polsce ruch foodsharingu zainicjowały Karolina Hansen i Agnieszka Bielska – w 2016 roku uruchomiły pierwszą jadłodzielnię na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Dziś w całej Polsce jadłodzielni jest około 90, w tym nasza w Pruszkowie. Ich lokalizacje można łatwo znaleźć na mapach Google.

Szokująco wygląda zestawienie dwóch faktów: tysięcy ludzi nie stać na zrobienie normalnych zakupów, tymczasem ogromne ilości jedzenia trafiają do kosza. W Polsce co roku marnujemy około 5 milionów ton żywności, więcej niż połowa pochodzi z gospodarstw domowych. Do najczęściej wyrzucanych produktów należą: pieczywo, wędliny, warzywa i owoce. Najnowsze dane i tak są lepsze od tych podawanych jeszcze w 2017 roku, kiedy szacunki mówiły nawet o 9 mln ton wyrzucanego jedzenia rocznie, co dawało nam niechlubne 5. miejsce w całej Unii Europejskiej. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (Food and Agriculture Organization od the United Nations – FAO) każdego roku na świecie marnuje się 1,3 mld ton jedzenia, co stanowi jedną trzecią produkcji. W samej Unii Europejskiej do śmietnika trafia rocznie 88 mln ton – średnio 173 kg na mieszkańca.