SPP nie jest ugrupowaniem typu wodzowskiego

(60)

Co łączy członków Samorządowego Porozumienia Pruszkowa? Czy za rok kolejny raz nie udzielą prezydentowi Pruszkowa wotum zaufania, co stworzy możliwość rozpisania referendum w sprawie jego odwołania? Pytamy radnego Olgierda Lewana, chyba najbardziej znanego mieszkańca Malich.

Jest pan pruszkowiakiem od urodzenia?

Nie. Urodziłem się w Warszawie, więc można powiedzieć, że jestem elementem napływowym.  Ale ponieważ napłynąłem tu już 20 lat temu, twierdzę że Pruszków, a szczególnie Malichy – to moje miejsce na ziemi!

Dlaczego wybrał pan akurat Pruszków?

Z Malichami miałem kontakt od dziecka, tu od lat 50. mieszkał mój wuj. Bardzo często do niego przyjeżdżaliśmy. Malichy to było wtedy kilkanaście zabudowań. Pamiętam, jak do Utraty szło się przez ugory, stały zabudowania ze stodółkami. Wuj zmarł bezdzietnie, zostawił dom, który w ramach schedy rodzinnej przeszedł na mnie. W Warszawie mieszkałem przy ulicy Lwowskiej, w secesyjnej kamienicy sprzed pierwszej wojny światowej. Jedyna zieleń, jaką tam widziałem, to był czubek topoli wyrastającej z wewnętrznego dziedzińca. Dom w Malichach był spełnieniem moich marzeń.

To nie była degradacja? Znam rodowitych warszawiaków, którym przez myśl nie przeszłaby wyprowadzka na prowincję, a takim mianem określają Pruszków.

Dziwię się takim ludziom. Od małego chciałem mieć kawałek własnej zieleni, żeby z domu wychodzić do ogródka, a nie na klatkę schodową i betonowe podwórko. Dziś w Pruszkowie mieszkam, w Pruszkowie pracuję, w Pruszkowie działam społecznie i od wielu lat żyję życiem tego miasta. Nie sądzę, żeby to, czy się jest rodowitym czy nierodowitym pruszkowiakiem, miało większe znaczenie. Znam wielu „rodowitych”, którzy czynią z tego swoją wielką cnotę, a jedyne co potrafią to narzekać na miasto.

Większość pruszkowiaków zna Malichy tylko z okien WKD. A gdyby tak wysiedli z kolejki, czym osiedle by ich zaskoczyło?

Na pierwszy rzut oka niczym specjalnym. Ot, typowa podmiejska, ogrodowa zabudowa jednorodzinna. Spokój i sporo zieleni, życie prawie jak na wsi. Ale są i plusy ujemne – wszędzie mamy daleko. Nie ma u nas szkoły, przychodni, kościoła, przedszkola miejskiego. Dopiero na granicy z Tworkami jest jedno przedszkole niepubliczne.

Dlatego moim zdaniem Malichy do Pruszkowa nie pasują. Są zbyt willowe, zbyt spokojne, zbyt sielskie. Czy są takie, bo władze Pruszkowa o nich zapomniały?

Nie zgodzę się z używaniem określenia „zbyt”. Są takie w sposób naturalny, to dalekie, peryferyjne przedmieścia Pruszkowa. Historycznie rzeczywiście, w przekonaniu mieszkańców, Malichy były przez długi czas zaniedbywane, szczególnie pod względem infrastruktury socjalnej. Z drugiej strony pozwoliło nam to odnaleźć zbiorową tożsamość. W 2010 roku założyliśmy stowarzyszenie mieszkańców, które skutecznie przypomniało władzom o istnieniu dzielnicy i mam nadzieję, że do dzisiaj tę świadomość udaje nam się we władzach Pruszkowa utrzymywać. Malichy to specyficzne osiedle. Ponad 80 proc. mieszkańców to ludzie napływowi. Znaleźli się tu uciekając z Warszawy, albo przyjechali z kraju i szukając pracy w stolicy dostrzegli atrakcyjne miejsce do zamieszkania. Dojazd do pracy mają znakomity, kolejką WKD i Alejami Jerozolimskimi. To zazwyczaj ludzie, którzy już coś w życiu osiągnęli, dlatego ich świadomość społeczna i obywatelska często są wyższe od statystycznej średniej.

Coś takiego jak społeczność Podkowy Leśnej?

Tak. Przy okazji każdych wyborów rywalizujemy na frekwencję. Podkowa jest zawsze o punkt lepsza od nas, ale w najbliższej okolicy to u nas frekwencja jest najwyższa. Tego poczucia wspólnoty mieszkańcy innych dzielnic trochę nam zazdroszczą, wielu podpytuje, jak udało nam się to zrobić.

Jest w Malichach coś, co powinno stamtąd zniknąć, bo nie pasuje do osiedla?

O, tak! Zanim udało nam się doprowadzić do zmiany miejscowego planu zagospodarowania i uszczelnienia jego zapisów cwani deweloperzy zdążyli w kilku miejscach powstawiać jakieś koszmarki, które budynkami jednorodzinnymi są jedynie z zapisów w urzędowych papierach, a de facto pasują do osiedla jak skarpetki do sandałów. Chętnie byśmy się pozbyli paru budowli, na przykład „willi starościny” na rogu ulic Dolnej i Sadowej, nazwanej tak swego czasu przez mieszkańców „ku czci organu nadzoru” (pozwolenie na budowę zostało wydane, gdy starostą pruszkowskim była Elżbieta Smolińska – przyp. aut.). Bardzo nam zależy, żeby utrzymać ogrodowy charakter osiedla. Udało nam się przekonać poprzednie władze miasta, że Malichy mogą być zieloną wizytówką Pruszkowa. Mamy nadzieję, że nowe władze też będą tak na nas patrzyły.

Olgierd Lewan: “Jestem radnym niezależnym wybranym z listy SPP, a do startu z tej listy zmusiła mnie decyzja Sejmu o wycofaniu okręgów jednomandatowych i przywróceniu starej ordynacji wyborczej”

Jest pan radnym drugą kadencję. W wyborach w 2014 roku wystartował pan z lokalnego komitetu założonego przez mieszkańców Malich. Dlaczego postanowił pan zostać radnym?

Byliśmy bardzo niezadowoleni, że ówcześni radni mieszkający w Malichach w niewystarczający sposób dbają o nasze interesy. Tak naprawdę żaden się osiedlem nie interesował. Skoro nie mogliśmy doczekać się ich działania, postanowiliśmy wziąć sprawy we własne ręce. Wybór padł na mnie, jako inicjatora i lidera stowarzyszenia mieszkańców.

I co dzięki panu Malichy zyskały?

Nie dzięki mnie, co najwyżej przy mojej mojej pomocy. Nie chcę przypisywać sobie żadnych zasług, bo to, że Malichy zyskały „swojego” radnego, to wybór i zasługa mieszkańców, a dla mnie oczywiste zobowiązanie, że nie mogę zawieść ich zaufania. Przede wszystkim udało nam się zbudować świadomość władz miejskich, że mieszkańcy peryferyjnych dzielnic mają swoje problemy i tych problemów nie można nie zauważać. Z pewnością sukcesem jest autobus miejski. Niezbędny, żeby dzieci mogły dotrzeć do szkoły, która znajduje się w Tworkach po drugiej stronie Alej Jerozolimskich. Gdy go nie było, część mieszkańców zapisywała dzieci do szkoły w gminie Michałowice. Do osiedla przy ulicy Czarnieckiego, które znajduje się już na terenie Reguł, przyjeżdża gimbus i dzieci z Malich korzystały z niego. Z kolei seniorzy dzięki linii autobusowej nr 5 mogą dziś szybko i bezpiecznie dotrzeć do kościoła. W poprzednich latach aż przykro było patrzeć, jak wędrowali na niedzielną mszę do parafii św. Edwarda, szczególnie zimą, w błocie i śniegu. Mogą też dostać się do lekarzy w centrum Pruszkowa. Od wielu lat walczymy, żeby na terenie szpitala tworkowskiego powstała przychodnia dla jego pracowników oraz dla mieszkańców Malich i Tworek, ale konkretów wciąż nie ma. 

W zeszłym roku wystartował pan już z listy Samorządowego Porozumienia Pruszkowa. Skąd ta zmiana?

Jestem radnym niezależnym wybranym z listy SPP, a do startu z tej listy zmusiła mnie decyzja Sejmu o wycofaniu okręgów jednomandatowych i przywróceniu starej ordynacji wyborczej, która preferuje duże ugrupowania. Lokalny komitet mieszkańców Malich tym razem nie miałby szans, żeby przekroczyć pięcioprocentowy próg wymagany w ordynacji.

Powiedział pan: radny niezależny.

Nigdy nie należałem bezpośrednio do SPP. Jestem natomiast członkiem tego klubu radnych, jako ludzi mających podobne podejście do działalności samorządowej.

Dlaczego wybrał pan SPP, a nie na przykład Koalicję Obywatelską?

My w Malichach działamy ponad podziałami. W stowarzyszeniu mieszkańców są zwolennicy prawej i lewej strony sceny politycznej, ale o polityce w ogóle nie rozmawiamy i to nasz klucz do sukcesu w sprawach społecznych. Spoiwem, które nas wiąże ponad podziałami, jest chęć działania dla lokalnego wspólnego dobra. Nie mogłem przykleić się do jakiejkolwiek partii. W poprzedniej kadencji jako radnemu niezależnemu z SPP współpracowało mi się dobrze i bez specjalnych zadrażnień, dlatego teraz przyjąłem propozycję startu. Do tego ugrupowania było mi z powodu mojej społecznej działalności najbliżej.

Jak SPP przyjęło zmianę na stanowisku prezydenta Pruszkowa?

Jak taka wola nieba, to z nią się zgodzić trzeba. Nie wiem, czy jestem osobą kompetentną do przedstawiania opinii SPP, ale ponieważ stowarzyszenie popierało innego kandydata, myślę że wynik wyborów był dla SPP rozczarowaniem. Niemniej jednak początkowo dominowała nadzieja na dobrą współpracę z nowym prezydentem, który w kampanii podkreślał niezależność od polityki i układów. Proszę zauważyć, że mając do wyboru cały zestaw kandydatów z różnych opcji politycznych mieszkańcy Pruszkowa, opowiadając się za wymianą pokoleniową, zdecydowanie wskazali jedynego – oprócz Jana Starzyńskiego – kandydata apolitycznego. I to był dla SPP  bardzo dobry prognostyk, prawie taki sam jak silny mandat zaufania wyrażony dla SPP w wyborach do rady miasta. Jednak decyzje personalne podjęte przez nowego prezydenta szybko zweryfikowały początkowe nadzieje na dobrą współpracę. Oczywiście zmian nie należy się bać, ważne tylko, żeby to były zmiany na lepsze. A czy ta taka jest? Zobaczymy… Dajmy prezydentowi czas na działanie, a sobie na odpowiedzialne oceny.

Chodzi o powołanie na zastępcę polityka Prawa i Sprawiedliwości?

Funkcja prezydenta pochodzi z wyboru mieszkańców, ale jego zastępcy są z mianowania. Prezydent niekoniecznie musi być od razu ekspertem we wszystkich dziedzinach zarządzania samorządowego, dlatego może dobrać sobie do pomocy doświadczonych specjalistów. Takich przykładów nie trzeba daleko szukać, wystarczy wskazać Brwinów, czy Michałowice. Ale nasz prezydent poszedł w zupełnie innym kierunku – sięgnął po świeżo wybranych radnych motywując to decyzją wyborczą mieszkańców. Ale przecież ludzie wybrali ich na radnych, a nie na zastępców prezydenta. To zupełnie co innego – inne zadania i oczekiwania wobec kompetencji. Dodatkowo, zamiast starać się utrzymać równowagę pomiędzy głównymi opcjami politycznymi, mianując zastępcą członka jednej z nich zrezygnował z deklarowanej wcześniej apolityczności. Tym posunięciem zyskał przeciwników jednocześnie na dwóch frontach – zarówno wśród sympatyków pozostałych opcji politycznych, jak i wśród wyznawców idei samorządu apolitycznego. A to, jeśli posłużymy się wprost wynikami ostatnich wyborów, prowadzi do wniosku, że już na samym początku urzędowania nowy prezydent zraził do siebie znaczną większość pruszkowskich wyborców. Sądzę, że właśnie dlatego obecna ocena tej sytuacji przez SPP nie jest entuzjastyczna.

Czy to prawda, że podczas rozmów koalicyjnych, zaraz po wyborach, SPP proponowało jako wiceprezydenta przewodniczącego klubu KO Piotra Bąka?

Wiem, że takie informacje były rozpowszechniane, ale są całkowicie nieprawdziwe. My postawiliśmy dwa warunki. Pierwszy, to niedopuszczenie jakiejkolwiek opcji politycznej na szczebel władzy wykonawczej w Pruszkowie. Dotyczyło to także Koalicji Obywatelskiej. Drugim była kandydatura Michała Landowskiego na stanowisko wiceprezydenta. O ile pierwszy warunek prezydent wydawał się akceptować, co jak czas pokazał było zasłoną dymną, o tyle na drugi zareagował zdecydowanie negatywnie. Zgodziliśmy się więc nie forsować tej kandydatury, jednak nie ustąpiliśmy i do dziś podtrzymujemy sprzeciw wobec upolitycznienia zarządu miasta.

Podczas głosowania za wotum zaufania dla Pawła Makucha pan się wstrzymał. Dlaczego?

W tym głosowaniu mieliśmy jako radni ocenić działanie prezydenta w 2018 roku. Dotyczyło więc ono zaledwie 40 dni prezydentury. Moim zdaniem w takiej sytuacji wymaganie od radnych oceny w formie wotum zaufania jest nieporozumieniem. Za co oceniać? Za wygląd? Za pierwsze kroki, których nie ma, bo nie było czasu ich zrobić? Dlatego się wstrzymałem.

W klubie SPP nie było jednomyślności. Jeden radny był za udzieleniem wotum, jeden przeciw, pozostali, podobnie jak pan, wstrzymali się. Jak by pan to zinterpretował?

Niektórzy w ogóle nie wzięli udziału w tym głosowaniu. Nikt w SPP jednomyślności od nas nie wymagał. Każdy decydował na podstawie własnej oceny sytuacji. Myślę że w tej pozornej niejednomyślności była jedna wspólna myśl – ocenialiśmy okres, w którym prezydent kompletował zespół swoich zastępców i niestety w naszej ocenie obrał złą drogę.

Dlaczego w klubie SPP nie została wprowadzona dyscyplina podczas tego głosowania?

Bo u nas coś takiego jak dyscyplina głosowania nie funkcjonuje. Odbyło się wcześniej spotkanie klubowe, na którym po prostu wymieniliśmy się opiniami, omówiliśmy i podsumowaliśmy sytuację, a wnioski każdy wyciągał sam. 

Jeśli przez najbliższy rok nic się nie zmieni i Konrad Sipiera pozostanie wiceprezydentem, to za rok prezydent wotum znów nie dostanie?

To nie tak. Powtarzam, że to głosowanie nad wotum zaufania dotyczyło roku 2018 i ocenialiśmy prezydenta za 40 pierwszych dni, w tym za decyzje personalne. Kolejne wotum będzie dotyczyło całego roku 2019 i to będzie zupełnie osobna i znacznie szersza karta do oceny. Osobiście bardzo bym chciał, żeby wybory podjęte przez prezydenta okazały się słuszne, a realizowane w tym czasie działania pozwoliły nam ocenić je właśnie poprzez udzielenie mu wotum zaufania. I mam nadzieję, że tak będzie, bo chodzi przecież o dobro naszego miasta, a jego elementem powinna być dobra współpraca między władzą wykonawczą i uchwałodawczą.  

Ponowny brak wotum otwierałby radnym furtkę do rozpisania referendum w sprawie odwołania Pawła Makucha.

Teoretycznie tak, ale my w tę furtkę nie celujemy. Wstrzymanie się od głosu przez większość radnych SPP nie było podyktowane takim planem. Przypadła nam rola sędziego, a brak wotum zaufania dla prezydenta to tak, jak w piłce nożnej żółta kartka za naruszenie reguł gry. Przecież nie oznacza zaraz konieczności wyciągania czerwonej. Opcja referendum to ostateczna ostateczność, o której w obecnej sytuacji nikt chyba nie myśli.

Czym w ogóle jest SPP? Co łączy radnych – członków tego klubu?

To dobre pytanie i niełatwa odpowiedź, bo SPP nie da się standardowo zaszufladkować. W mojej ocenie jest to zespół bardzo zróżnicowany, ale głęboko spojony przekonaniem, że naszym miastem nie powinni rządzić politycy, członkowie takiej czy innej partii. Uzasadnienie jest proste – samorząd, jak sama nazwa wskazuje, powinien rządzić na swoim terenie sam, a nie być dyspozycyjny wobec ideologii czy koncepcji płynących z jakiejś centrali. My, samorządowcy, powinniśmy kierować się przede wszystkim naszym lokalnym dobrem i potrzebami mieszkańców, a nie dopasowywać te powinności do poleceń z góry. I to bez względu na to, jaki kolor ma aktualna góra i przy jakiej ulicy w stolicy urzęduje. Moim zdaniem partie polityczne w ogóle nie powinny mieć prawa zgłaszania swoich kandydatów i list w wyborach samorządowych na szczeblu gminnym. Przenoszenie polityki partyjnej na szczebel samorządowy działa jak kij w szprychach koła rowerowego – czas i energia potrzebne do rozwiązywania problemów są trwonione na jałowy, antagonizujący spór pomiędzy ludźmi, którzy mogliby wspólnie zrobić wiele dobrego dla mieszkańców, gdyby odłożyli na bok polityczne krucjaty.

Jak wygląda podejmowanie decyzji w SPP, odkąd Jan Starzyński, naturalny lider, przestał być prezydentem?

To że obecnie nie ma zdecydowanego lidera nie znaczy, że ugrupowanie się dezintegruje. Na szczęście SPP nie jest ugrupowaniem typu wodzowskiego, upadającym po utracie jedynego pana i władcy.

To kto dziś podejmuje decyzje?

A mogę uchylić się od odpowiedzi?

Interesuje mnie to jako mieszkańca.

Po prostu nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie ma jednoznacznego lidera. Współpraca jest bardzo demokratyczna i decyzje, jeśli muszą być podjęte, zapadają po przedyskutowaniu. Jest wspólna idea, której wszyscy się trzymają i są w tym konsekwentni. Moim zdaniem dominuje przekonanie, że jesteśmy silni i możemy na sobie polegać. Były liczne próby przeciągania naszych radnych do innych klubów, ale zespół okazał się skonsolidowany.

W obecnej, mocno podzielonej radzie miasta Pruszkowa, dostrzega pan możliwość pracy ponad podziałami?

Oczywiście, i chciałbym w to wierzyć, że tak będzie. Takie podejście deklaruje też SPP. U nas nie ma nastawienia, że trzeba iść na zwarcie. Dominuje myślenie w kategoriach, czy dane rozwiązanie jest dobre dla miasta. Nie tylko doraźnie, ale i perspektywicznie. Mam nadzieję, że tak pozostanie do końca kadencji.

Dziękuję za rozmowę.

Ja również. Cieszę, że była okazją do przekazania mieszkańcom informacji o naszym ugrupowaniu. Moim zdaniem SPP brakuje dobrego przekazu medialnego, przybliżającego idee, które nas łączą i tłumaczącego, dlaczego, jako siła wiodąca w radzie miasta, podejmujemy takie a nie inne decyzje. W mediach, nie tylko społecznościowych, dominuje przekaz z drugiej strony i wiem, że mieszkańcy oczekują od nas większej ilości informacji. Będę namawiał kolegów, żebyśmy nad tym popracowali.

“Jakiekolwiek opinie zawarte w artykule są osobistymi poglądami jego autora i nie odzwierciedlają opinii innych autorów bloga zpruszkowa.pl ani opinii wydawcy bloga zpruszkowa.pl. Polityka wydawcy wymaga kategorycznie od autorów, by nie używali określeń zniesławiających, nie naruszali ani nie zezwalali na naruszanie praw autorskich ani jakichkolwiek innych regulacji prawnych korzystając z bloga zpruszkowa.pl. Jakiekolwiek publikacje sprzeczne z polityką wydawcy stanowią przekroczenie zakresu uprawnień autora publikacji. Wydawca nie bierze odpowiedzialności za tego typu publikacje, a autor będzie osobiście ponosić odpowiedzialność za powstałe w wyniku jego publikacji szkody i zobowiązania.”

Sławomir Bukowski

Rodowity pruszkowiak, dziennikarz prasowy, podróżnik. Pracował jako reporter miejski, redaktor, wydawca. Specjalizuje się w tematyce samorządowej. Interesuje się rozwiązaniami smart city, problematyką transportu i mobilności miejskiej. Prywatnie zwariowany podróżnik, jeździ tam gdzie dowiozą go tanie linie, uwielbia wędrówki z plecakiem od rana do nocy, lokalną kuchnię i wino.

PROFIL REDAKTORA