Niedziela 8 maja. Piękna pogoda, słońce, ciepło. Tysiące mieszkańców wychodzi na spacer, na lody. Park Sokoła tętni życiem. Na placach zabaw – wrzawa. W lodziarniach – kolejki. Na ławeczkach całe rodziny. Dorośli zajęci rozmowami albo swoimi komórkami. Spacerowiczów pełne są też alejki w parku Potulickich. W rejonie studni oligoceńskiej przy Lipowej – atmosfera piknikowa.

Niecałe 200 metrów od parku Sokoła, na skwerku przy PKP, trwa pikieta przeciwko budowie łącznika ulic Sienkiewicza i Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej. Przychodzi około setki osób – i tak więcej, niż w 2019 roku protestowało przeciw budowie megabloku przy parku Potulickich, jednak mniej, niż pikietowało przed siedzibą PSM w związku z planami dogęszczania osiedla Bolesława Prusa. Protest przed PSM był zwołany spontanicznie, ludzie stawili się ad hoc, niemal z dnia na dzień. Spotkanie na skwerku było zaś anonsowane przez cały tydzień w większości pruszkowskich publikatorów, w najpopularniejszych mediach społecznościowych. Zdawało się, że jest numerem jeden rozmów wśród osób zaangażowanych w życie miasta.

Kto przyszedł na protest zorganizowany przez Arka Gębicza, prezesa stowarzyszenia Za Pruszków!, aby wziąć w nim czynny udział? Żelazna grupa społeczników, wśród nich popularna publicystka Małgorzata Kochańska, Jan Słupski, aktywiści Anna Gawryś, Bartek „Brzoza” Brzeziński, Dorota Smak, Paulina Chełmicka, historyk Marian Skwara, popularny niegdyś lokalny dziennikarz Antoni Platowski, zaangażowany w obronę skwerku radny Edgar Czop i coraz bardziej opozycyjna wobec władz miasta radna Anna-Maria Szczepaniak. Plus mieszkańcy znani z protestów w sprawie megabloku oraz grupa ludzi zachęconych informacjami w social mediach. Jeśli od przybyłych odjąć dziennikarzy, trzymających się z boku radnych-obserwatorów KO, to w protest rzeczywiście zaangażowanych było 70–80 osób. W mieście mającym – ostrożnie licząc – 60 tys. mieszkańców. Dla uzmysłowienia sobie skali – 100 to orientacyjna liczba mieszkańców jednego niedużego czterokondygnacyjnego bloku w naszym mieście.  

Uczestnicy pikiety już na samym początku obwieścili sukces frekwencyjny i ogłosili się przynajmniej moralnymi zwycięzcami walki o zablokowanie budowy łącznika. Pomińmy tym razem wszystkie argumenty „za” i „przeciw" inwestycji i poszukajmy odpowiedzi na pytanie, jak wielu mieszkańców jest żywotnie zainteresowanych sprawą?

Podkreślmy jeszcze raz: niedziela, piękna pogoda, tysiące ludzi na ulicach, w parkach, co chwilę z Warszawy przyjeżdża pociąg albo SKM-ka, ludzie przechodzą obok pikiety i… idą dalej. Pikieta jest magnesem głównie dla grupy aktywistów – setki pruszkowiaków wolą siedzieć 100 metrów dalej na ławeczkach i jeść lody.

Oto możliwe odpowiedzi:

1. Mieszkańcy czują się zwolnieni z obowiązku protestowania, skoro mają aktywistów.

Z pewnością pewna grupa wychodzi z takiego założenia, ale z drugiej strony mieszkańcy Pruszkowa udowodnili, że jeśli sprawa budzi duże emocje, potrafią wyjść na ulice. Tak było w przypadku ulicznych marszów po wyroku Trybunału Konstytucyjnego zaostrzającego przepisy aborcyjne. Wniosek: sprawa budowy łącznika nie jest aż tak drażliwa, jak może się wydawać czytając codzienne posty i komentarze na forach społecznościowych.

2. Arek Gębicz zbudował sobie na tyle znaczący negatywny elektorat, że zamiast przyciągać na protest, zniechęcił do niego.

Znów, jest w tym sporo prawdy, społecznik znany jest z ciętego języka i nazywania ignorantami wszystkich, którzy mają inne zdanie niż on. Zraził do siebie grupę mieszkańców. Jednak gdyby sprawa autentycznie budziła duże emocje, ludzie przyszliby na protest niezależnie od nazwiska organizatora.

Pikieta2

3. Społeczeństwo obywatelskie w Pruszkowie dopiero raczkuje.

Teza z pewnością ma w sobie wiele słuszności. Pruszków nigdy nie był areną większych protestów przeciwko władzom lokalnym, mieszkańcy zwykli narzekać i na tym poprzestawać. Trzeba ich dopiero ośmielić, zachęcić, a to wymaga wielu lat pracy. Ale z drugiej strony, spontaniczny protest mieszkańców os. Bolesława Prusa pod siedzibą PSM pokazał, że jeśli sprawa rzeczywiście odbierana jest jako istotna, ludzie są w stanie wyjść z domów i głośno wyrazić niezadowolenie.

4. Większości mieszkańców Pruszkowa jest wszystko jedno, czy łącznik w miejscu skwerku powstanie, czy nie.

I ta teza może – niestety dla protestujących – okazać się najbardziej prawdziwa. Aktywiści zaangażowani w temat zupełnie nieświadomie żyją w bańce informacyjnej, z czego wywodzą przekonanie o nośności i randze problemu. Kiedy jednak wyjść z tej bańki okazuje się, że dla tysięcy mieszkańców Pruszkowa ważniejsze są lody w parku Sokoła i przeglądanie Facebooka na ławeczce niż pojawienie się – choćby na chwilę, z czystej ciekawości – kilkaset metrów dalej na pikiecie, szeroko od tygodnia reklamowanej.

A może są jeszcze jakieś inne wytłumaczenia? Setka osób na demonstracji w dużym mieście wliczając dziennikarzy, pojedyncze małe tabliczki zamiast wielkich transparentów, o które prosił organizator – naprawdę ciężko to nazwać oszałamiającym sukcesem.