„Różowa skrzyneczka” to nazwa ogólnopolskiej inicjatywy walczącej z wykluczeniem i tabu menstruacyjnym. „Zabiegamy o powszechny dostęp do bezpłatnych środków higieny osobistej na czas menstruacji w przestrzeni publicznej. W różowych skrzyneczkach znajdziesz darmowe podpaski i tampony. W Polsce blisko 500 000 kobiet nie stać na zakup podpasek i tamponów. Staramy się o zniesienie tabu, którym obciążona jest w Polsce menstruacja, włączając do dyskusji zarówno kobiety, jak i mężczyzn” – czytamy na stronie internetowej ogólnopolskiej akcji społecznej.

W Pruszkowie pomysł podchwyciły Dorota Smak i Paulina Chełmicka, aktywistki prowadzące na Facebooku profil WPR w walce o kobiety. W wakacje do dyrektorów wszystkich szkół w Pruszkowie – podstawowych i średnich – wysłały prośby o zgodę na zawieszenie na korytarzach różowych skrzyneczek. Pozytywnie odpowiedziało pięć placówek. Dwie podstawówki: SP 1 i SP 2 oraz trzy średnie: LO im. Kościuszki, LO im. Zana i Zespół Szkół im. Stanisława Staszica na Gąsinie, czyli popularna Budowlanka. – Wyjątkowo szybko zareagował pan dyrektor SP 2, osobiście do mnie zadzwonił i powiedział, że jest zainteresowany przystąpieniem do akcji. Ta rozmowa bardzo mnie podbudowała – mówi portalowi zpruszkowa.pl Paulina Chełmicka. – Niemal natychmiastowy odzew miałyśmy też z LO im. Kościuszki, pierwsza skrzyneczka w Pruszkowie została zainstalowana właśnie w tym liceum.

Zakupy skrzyneczek sfinansowały rady rodziców albo same szkoły. Jedna kosztuje 67,99 zł plus cena przesyłki. Placówki zobowiązały się do systematycznego uzupełniania ich zawartości, ale w każdej wygląda to trochę inaczej – w jednej zajmą się tym członkowie rady rodziców, w innych nauczyciele. Generalna zasada jest taka: „Zostaw jeśli masz, weź jeśli potrzebujesz” – chodzi o to, aby uczennice również czuły się współodpowiedzialne za sukces społecznej akcji. Skrzyneczki zostały zainstalowane przede wszystkim w damskich toaletach.

Niestety, dyrektorzy 10 szkół w Pruszkowie nie wyrazili zgody na udział w akcji. Jakie powody odmowy przedstawili? – Niektórzy w ogóle nie odpowiedziały na naszą prośbę. Zadzwoniłyśmy więc do nich. Jedna dyrektorka zakomunikowała, że skoro nie odpisała, to znaczy, że nie jest zainteresowana. W innych szkołach słyszałyśmy po prostu: dziękuję, ale nie. Nie ciągnęłyśmy za język, nie dopytywałyśmy, dlaczego. Trochę nas dziwi ten brak zainteresowania, bo inicjatywa ma jasny, konkretny przekaz i chodzi w niej wyłącznie o wsparcie uczennic. Co więcej, dyrektorkami szkół, które odmówiły, są kobiety – mówi Paulina Chełmicka. – Staramy się patrzeć na problem od drugiej strony. Pięć szkół postanowiło przyłączyć się do akcji i zasługują na ogromne uznanie. Może jej nagłośnienie spowoduje zmianę nastawienia dyrekcji pozostałych placówek? Jeśli jakaś kolejna szkoła zdecyduje się na różową skrzyneczkę, może liczyć na nasze wsparcie, zaangażowanie, doradztwo – deklaruje.

Dorota Smak dodaje, że niektórzy dyrektorzy wyszli z założenia, że środki higieniczne dostępne są u szkolnej pielęgniarki – wystarczy pójść i poprosić – dlatego skrzyneczki nie potrzebują. Jednak w akcji chodzi o to, żeby dostęp do podpasek był dla uczennic nieskrępowany i nie wymagał proszenia, bo to bywa krępujące. – W jednej szkole usłyszałam, że pani dyrektor obawia się, że artykuły będą wykorzystywane w sposób niezgodny z przeznaczeniem. Że młodsze dzieci młodsze mogą robić sobie żarty – mówi Dorota Smak. 

Może zadziałał też inny czynnik – Pruszków uchodzi za zamożne miasto, ubóstwo nie jest tu specjalnie widoczne. Rozmawialiśmy o tym aspekcie z aktywistkami w wakacje, kiedy ruszały z akcją. – Zapotrzebowanie na artykuły higieniczne jest w każdym polskim mieście, choć na pierwszy rzut oka go nie widać, bo o problemie kobiecej menstruacji na co dzień się nie mówi. To temat tabu – tłumaczyła wtedy Chełmicka. – Chodzi nam w pierwszej kolejności o wsparcie najuboższych dziewcząt, ale akcja jest adresowana do całej społeczności szkolnej.

Na stronie www.rozowaskrzyneczka.pl na mapie Polski zaznaczono miejscowości, gdzie skrzyneczki już są. To duże miasta, jak Warszawa, Gdańsk czy Kraków, ale i niewielkie ośrodki z konserwatywnego Wschodu – Sokółka czy Hrubieszów. Najwięcej różowego koloru jest na Dolnym Śląsku, bo tam akcja się narodziła. Wymyśliły ją miejscowe aktywistki i zdobyły poparcie Dolnośląskiego Kongresu Kobiet oraz wrocławskiego oddziału fundacji Centrum Praw Kobiet. W niektórych miastach akcja wzbudziła duży entuzjazm prezydentek, wiceprezydentek oraz radnych. W Gdańsku skrzyneczka znalazła się nawet w budynku urzędu miasta – z własnych pieniędzy sfinansowała ją przewodnicząca rady miasta Agnieszka Owczarczak. Także wiceprezydent Pruszkowa Beata Czyżewska, gdy pytaliśmy ją w sierpniu, zadeklarowała przychylność dla akcji. – Nie mam wątpliwości, że inicjatywa, której celem jest zapewnienie dostępności środków higieny i poczucia komfortu każdej kobiecie, jest pożyteczna. Jeśli dyrektor szkoły podejmie decyzję, że skrzyneczka będzie u niego funkcjonować w taki sposób, że spełni swoją funkcję, to z naszej strony będzie duża przychylność dla takich działań – powiedziała Beata Czyżewska.

Różowe skrzyneczki to niejedyna inicjatywa pruszkowskich aktywistek. Dorota Smak i Paulina Chełmicka mają już na koncie spory sukces: Rada Miasta Pruszkowa pod koniec września jednogłośnie przegłosowała projekt przedłożonej przez nie w ramach inicjatywy społecznej uchwały w sprawie nadania nazwy 100-lecia Praw Kobiet rondu na skrzyżowaniu ulic Komorowskiej oraz Pogodnej. Aktywistki zebrały pod projektem ponad 300 podpisów mieszkańców. Od początku podkreślały, że ich pomysł nie ma politycznego podtekstu i odnosi się wyłącznie do historycznych wydarzeń. Może to właśnie zadecydowało, że zdobyły tak mocne i jednoznaczne poparcie radnych ze wszystkich ugrupowań.