Logo facebook - Ikona Logo instagram - Ikona Logo youtube - Ikona Logo spotify - Ikona
zpruszkowa.pl logo

Remont bez wzięcia za niego odpowiedzialności. Co naprawdę dzieje się w Parku Potulickich?

Sławomir BUKOWSKI
Park zamarzł – nie tylko dosłownie. Zamarzła też komunikacja miasta z mieszkańcami. Gdy w stawach brakuje wody i tlenu, urzędnicy nawet nie przyszli na spotkanie, by o tym porozmawiać. W Café Malavi radny Bartosz Brzeziński mówił wprost: to nie natura zawiodła, lecz ludzkie decyzje i brak kontroli nad systemem, który powinien działać precyzyjnie jak zegarek.
Spotkanie W Cafe Malavi
Ilustracja: Spotkanie W Cafe Malavi

W Café Malavi w Pruszkowie, prowadzonej przez radną Katarzynę Włodarczyk, odbyło się spotkanie z radnym Bartoszem Brzezińskim zatytułowane „Remont doprowadzalnika w Parku Potulickich. Fakty i mity”. Jego celem było przekazanie mieszkańcom oraz lokalnym mediom rzetelnych informacji na temat przebiegu remontu urządzeń hydrotechnicznych w parku. Warto podkreślić, że były to informacje pozyskane przez radnego z oficjalnie dostępnych źródeł oraz wyniki jego rozmów, obserwacji i badań. Oficjalna narracja płynąca z Urzędu Miasta Pruszkowa pozostaje bowiem niespójna, fragmentaryczna i – zdaniem uczestników spotkania – stoi w sprzeczności z faktami widocznymi gołym okiem.

Przypomnijmy: od jesieni w Parku Potulickich w Pruszkowie prowadzone były prace przy układzie wodnym, przede wszystkim przebudowa tzw. przepustozastawek. Urząd miasta podkreślał, że roboty realizowane są na podstawie projektu technicznego i pod nadzorem inspektora posiadającego odpowiednie uprawnienia. Kontrowersje wybuchły jednak wokół faktycznego wpływu tych prac na stawy i przyrodę parku oraz wokół pytania, czy ryzyko dla ekosystemu zostało właściwie oszacowane. Doprowadzalnik bowiem całkowicie osuszono, poziom wody w stawach znacząco spadł, a szanse przetrwania ryb i płazów zimujących w mule – jak alarmują mieszkańcy – są minimalne.

Dyskusja w Café Malavi trwała dwie godziny. Uczestniczyło w niej kilkanaście osób, transmisję na żywo można było obejrzeć – i nadal jest tam dostępna – na profilu Facebook „Jestem z Pruszkowa”.

10 wniosków płynących ze spotkania

1. Miasto deklaruje transparentność, ale na kluczowe spotkanie z radnymi i mieszkańcami nie przysyła żadnego przedstawiciela. Gdy pojawia się okazja do bezpośredniej rozmowy, urząd miasta po prostu znika.

2. Nikt nie chce wziąć odpowiedzialności za Park Potulickich. Miasto wskazuje na Polski Związek Wędkarski, PZW na miasto, a w rzeczywistości woda do stawów nie płynie, a życie pod lodem się dusi.

3. Układ wodny parku to konstrukcja wymagająca stałej kontroli. To nie jest jezioro, które „samo się ogarnie”, lecz precyzyjny system zależny od ludzkich decyzji. Tych decydentów dziś nie widać.

4. Prace techniczne wykonano, ale urząd miasta porzucił myślenie o tym, jak system ma funkcjonować po ich zakończeniu. Wdrożono jedynie fragment zaleceń SGGW, ignorując monitoring, bieżące zarządzanie i sprzężenie zwrotne.

5. Oficjalne komunikaty urzędu rozmijają się z rzeczywistością. Hasło „remont zakończony” nie zgadza się z tym, co mieszkańcy widzą w terenie. Gdy komunikaty mówią jedno, a na miejscu nadal pracują maszyny, zaufanie do władz lokalnych znika.

6. Zima brutalnie zweryfikowała błędy planowania. Remont prowadzony podczas silnych mrozów sparaliżował cały układ wodny. Fakty są jednoznaczne – prace rozpoczęto w najgorszym możliwym momencie.

7. Ryzyko tzw. przyduchy nie jest teorią, lecz konsekwencją konkretnych decyzji i zaniechań. Niski poziom wody, gruby lód, brak przepływu i brak reakcji tworzą warunki, które każdy hydrobiolog uznałby za alarmowe.

8. Polski Związek Wędkarski intensywnie zarybia stawy karpiem, mimo że naukowcy wskazują ten gatunek jako szkodliwy dla płytkich zbiorników. Park coraz bardziej przypomina łowisko, a coraz mniej przestrzeń przyrodniczą – bez publicznej debaty i jasnej decyzji miasta w tej sprawie.

9. Zagrożeniem dla Parku Potulickich nie są wyłącznie mróz czy susza, lecz brak właściwych działań ze strony urzędu miasta. Bez dialogu, bez obecności decydentów i bez jasno określonego celu park będzie mierzył się z kolejnymi kryzysami.

10. Obecny kryzys w Parku Potulickich nie jest wypadkiem przy pracy. To efekt wieloletnich zaniedbań władz Pruszkowa, braku nadzoru i nieobecności urzędników tam, gdzie potrzebne są decyzje.

W dalszej części artykułu przedstawiamy najważniejsze informacje ze spotkania, na którym prelegentem był radny Bartosz Brzeziński.

Jak działa układ wodny Parku Potulickich?

Tereny, na których dziś znajduje się Park Potulickich, pierwotnie były obszarem podmokłym, poprzecinanym naturalnym biegiem rzeki Utraty i jej rozlewiskami. To właśnie na tych mokradłach, na przestrzeni lat i przy zmieniających się właścicielach, zaprojektowano oraz zbudowano sztuczny system stawów.

Utrata została częściowo wyprostowana i uregulowana tak, aby nie zalewała okolicznych terenów, a jednocześnie mogła zasilać zbiorniki. W ten sposób powstał układ siedmiu stawów – do dziś zachowało się ich pięć.

Kluczowe jest jedno: stawy w Parku Potulickich są konstrukcją w pełni sztuczną. To nie jest naturalny ekosystem, który potrafi funkcjonować samodzielnie. Taki układ wymaga stałej konserwacji, regulacji i kontroli. Wbrew obiegowym opiniom nie został zaprojektowany jako system zależny od kaprysów natury – wręcz przeciwnie, miał być możliwie odporny na zjawiska takie jak susza – podkreślał Bartosz Brzeziński.

Zasilanie stawów rozpoczyna się na jazie na Utracie w rejonie Malich. Jaz spiętrza wodę do określonego poziomu, po czym trafia ona do doprowadzalnika – kanału prowadzącego w kierunku parku. Następnie przepływa pod torami WKD, przez zalewisko bobrowe przy ul. Lipowej, pod ścieżką pieszo-rowerową i zasila kolejne stawy, aż do największego zbiornika. Tam, za pomocą tzw. mnicha spustowego, woda wraca z powrotem do rzeki Utraty.

Cały system został precyzyjnie obliczony i zaprojektowany jako układ grawitacyjny – bez pomp i urządzeń mechanicznych, oparty wyłącznie na minimalnym spadku terenu.

– I tu dochodzimy do sedna: różnica wysokości pomiędzy początkiem a końcem systemu wynosi zaledwie 20–30 centymetrów na całej jego długości. To sprawia, że jest on niezwykle delikatny i wrażliwy na wszelkie zakłócenia. Każde zamulenie, zator, zarastanie roślinnością czy zmiana nastaw jazu może skutecznie zaburzyć przepływ – tłumaczył radny.

Brzeziński wielokrotnie powoływał się na opracowanie poświęcone parkowi, przygotowane w poprzedniej kadencji przez naukowców z SGGW. Cały system hydrologiczny – jak wskazali specjaliści – należy traktować holistycznie, jako połączenie inżynierii i ekologii. Elementy mechaniczne muszą współpracować z procesami biologicznymi. Jeśli pojawiają się zakwity, przyduchy, niedobór tlenu lub wody, oznacza to, że któryś z elementów przestał działać prawidłowo. To delikatna, precyzyjna inżynieria, oparta na centymetrach różnic wysokości i współpracy wielu elementów. I właśnie dlatego wymaga stałej uwagi oraz bieżącego zarządzania, a nie jednorazowych interwencji.

Kontrowersyjny, wybiórczy zakres prac wykonanych w Parku Potulickich

Doprowadzalnik2

Remont elementów hydrotechnicznych, zlecony w ubiegłym roku przez Urząd Miasta Pruszkowa, od początku budził emocje. Nie kwestionowano samej potrzeby naprawy, lecz zakres i sposób realizacji prac, które – jak podkreślał radny Bartosz Brzeziński – znacząco odbiegły od zaleceń sformułowanych przez naukowców.

SGGW – przypominał radny – potraktowała parkowy układ wodny całościowo. Zidentyfikowała problemy, wskazała ich przyczyny, opisała newralgiczne miejsca i zaproponowała nie tylko konkretne naprawy, ale również model dalszego utrzymania systemu. – To było podejście od początku do końca: co zrobić teraz i co robić potem, żeby to naprawdę działało – podkreślał Brzeziński. Tymczasem do realizacji trafił jedynie fragment tej koncepcji. – W praktyce wyjęto z niej samą część inżynieryjną – mówił. Miasto zdecydowało się na naprawę urządzeń technicznych, bez równoległego wdrażania mechanizmów, które miały zapewnić trwałość efektów.

Zakres prac objął m.in. naprawę jazu, czyszczenie i remont przepustozastawek, uzupełnianie ubytków oraz odświeżenie infrastruktury. Kluczowym problemem – zdaniem Brzezińskiego – jest jednak brak ciągłego nadzoru i reagowania na zmiany w układzie wodnym. – On działa dobrze tylko wtedy, gdy funkcjonuje w nim sprzężenie zwrotne: stałe sprawdzanie parametrów i szybkie korekty – tłumaczył. Bez tego nawet wyremontowany system z czasem ponownie się rozreguluje.

Jedną z największych rozbieżności między zaleceniami SGGW a projektem wykonawczym jest kwestia zapobiegania nanoszeniu piasku do doprowadzalnika. Z czasem zamula on rury i obniża ich przepustowość. – Uczelnia rekomendowała rozwiązania, które ograniczają dopływ tego materiału. Tymczasem ten element pominięto. Efekt jest prosty: możemy mieć pięknie wyremontowane rury, które wkrótce znów się zapchają – podkreślał radny.

Podobnie wygląda sprawa monitoringu. SGGW zaleciła stworzenie większej liczby wodowskazów oraz prowadzenie pomiarów w trybie ciągłym, również w zakresie parametrów fizykochemicznych wody. Na razie nie widać, by taki monitoring faktycznie funkcjonował.

Informacje z urzędu miasta a fakty. Co mamy w parku dziś?

Spotkanie2

– Bardziej sensownym rozwiązaniem byłoby rozpoczęcie remontu jesienią, a nie zimą – przyznał radny Bartosz Brzeziński. Jak podkreślał, gdyby prace ruszyły kilka miesięcy wcześniej, byłyby znacznie łatwiejsze technologicznie, a kluczowym utrudnieniem nie stałby się mróz i zamarzająca woda.

Zima szybko zweryfikowała podjęte decyzje. Na głównym stawie utrzymuje się gruba warstwa lodu. – Oficjalnie mówi się o około 15 centymetrach, ale z moich obserwacji wynika, że miejscami lodu jest nawet około 30 centymetrów – relacjonował radny. Jak dodał, był na miejscu, dysponuje dokumentacją zdjęciową i sam sprawdzał sytuację w terenie. Niezależnie od dokładnych pomiarów jedno jest pewne: lodu jest dużo i utrzyma się on jeszcze przez dłuższy czas, realnie utrudniając jakiekolwiek działania.

Tymczasem – jak mówi Brzeziński – oficjalne komunikaty nie pokrywają się z tym, co widać w parku. – Otrzymuję informacje, że roboty zostały zakończone i rozpoczęło się udrażnianie układu, a gdy idę na miejsce, widzę coś zupełnie innego. Te informacje nie składają mi się w spójną całość – podkreślał. Dlatego regularnie sam chodzi do parku i sprawdza sytuację, bo między oficjalnym przekazem a rzeczywistością wciąż widzi wyraźny rozdźwięk.

Obecnie lodu w stawach jest tak dużo, że woda w zasadzie omija je całkowicie. Zamiast zasilać system, wraca skrótem do Utraty. Kanały i elementy układu hydrologicznego są skute lodem niemal „na kamień”. Zwałowiska lodu skutecznie blokują przepływ.

Podczas remontu jaz był opuszczany i ponownie podnoszony w momencie, gdy całość układu była już zamarznięta. Woda zaczęła wlewać się na lód, a nie pod niego, tworząc charakterystyczne warstwy: woda – lód – woda – lód. Dopiero później znalazła ujście bocznym kanałem, powodując zapadanie się warstw lodu. – Dziś dokładnie widać te miejsca. To czytelny zapis tego, jak ten system funkcjonował – albo nie funkcjonował – podkreśla Brzeziński.

Czy życie w stawach przetrwa?

Ryzyko przyduchy w stawach Parku Potulickich przestało być abstrakcyjnym pojęciem znanym jedynie z podręczników hydrobiologii. Jak ostrzega Bartosz Brzeziński, zimowe warunki i obecny stan układu wodnego tworzą scenariusz, który może mieć bardzo realne konsekwencje dla całego ekosystemu.

– Woda natlenia się wyłącznie na powierzchni. Jeżeli ta powierzchnia nie pracuje, nie faluje i nie ma przepływu, tlenu po prostu ubywa – tłumaczy radny. W normalnych warunkach rolę tę pełni ruch wody: przepływy, spiętrzenia i przelewanie się między stawami. Zimą jednak ten mechanizm zostaje brutalnie przerwany. Gruba warstwa lodu odcina wodę od kontaktu z powietrzem. Ryby – niezależnie od tego, czy schodzą w głębsze partie stawu, czy zostają uwięzione w lokalnych zagłębieniach – nadal oddychają i zużywają tlen.

Przyducha, fachowo nazywana hipoksją, pojawia się wtedy, gdy poziom tlenu rozpuszczonego w wodzie spada do wartości krytycznych. – Już przy około czterech miligramach tlenu na litr zaczyna się robić naprawdę źle – ostrzega Brzeziński. Karpie są w stanie przetrwać takie warunki, jednak inne gatunki, jak szczupak, wymagają znacznie lepszego natlenienia. Na niedobór tlenu wrażliwe są również płazy i gady. Żaby zimują w mule, pobierając tlen przez skórę, co dodatkowo uzależnia je od jakości wody.

Dziś – jak wylicza Brzeziński – skumulował się niemal pełen zestaw czynników sprzyjających przydusze: niski poziom wody, długotrwały mróz, gruba warstwa lodu, brak wymiany gazowej oraz ograniczony przepływ. – Z naukowego punktu widzenia to są warunki podręcznikowe dla hipoksji – mówi wprost. Do tego dochodzi czas. – To nie jest cienki lód, który zniknie po jednym ciepłym dniu. To masa lodu, która będzie topnieć długo – ostrzega. W efekcie wiosną może dojść do gwałtownego pogorszenia warunków tlenowych, a skutki tego procesu mogą być dotkliwe i trudne do odwrócenia.

– Ryzyko przyduchy jest realne, a nie teoretyczne – podsumował radny. I dodał: – Kluczem nie są doraźne działania ani estetyczne dodatki, lecz sprawny przepływ wody i bieżące, świadome zarządzanie całym układem. Bez tego nawet najlepsze intencje nie wystarczą, by ochronić stawy przed kryzysem.

W trakcie dyskusji mieszkańcy poruszyli również wątek fontanny uruchamianej latem na dużym stawie. Czy przyczynia się do natleniania wody w sezonie, zapobiegając zakwitaniu glonów? Brzeziński nie ma złudzeń co do jej realnego znaczenia. – To przede wszystkim element estetyczny. Oczywiście, w minimalnym stopniu powoduje falowanie, ale nie jest to rozwiązanie, które natleni cały zbiornik – mówił. Skuteczne natlenianie wymaga intensywnego mieszania wody i zwiększania powierzchni jej kontaktu z powietrzem, na przykład poprzez przelewy lub urządzenia pracujące pod powierzchnią wody. W dobrze funkcjonującym układzie takie „protezy”, jak fontanna, w ogóle nie są potrzebne.

Polski Związek Wędkarski i jego rola w utrzymaniu stawów

Wątek wędkarzy wielokrotnie powracał podczas piątkowego spotkania w Café Malavi. Stawy w Parku Potulickich mają bowiem dziś jednego kluczowego dzierżawcę – PZW. I to właśnie w tej dzierżawie, bardziej niż w samej pasji do wędkowania, kryje się znaczna część napięć i kontrowersji narastających wokół parku. PZW nie jest bowiem wyłącznie użytkownikiem rekreacyjnym. To podmiot, który korzysta z miejskiego zasobu wodnego, prowadzi gospodarkę rybną, nadzoruje wędkarzy, a w praktyce ma również realny wpływ na funkcjonowanie całego układu hydrologicznego.

Jak podkreślał Bartosz Brzeziński, z dostępnych informacji wynika, że stawy są regularnie zarybiane karpiem – w ilościach sięgających nawet pół tony rocznie. Z punktu widzenia wędkarzy to rozwiązanie atrakcyjne: karp jest rybą odporną, szybko rosnącą i dającą dużą satysfakcję z połowu. W wielu środowiskach wędkarskich karpiarstwo urasta wręcz do rangi osobnej kultury, a nawet „religii”.

Problem polega jednak na tym, że to, co dobre dla wędkarstwa rekreacyjnego, niekoniecznie służy płytkiemu, parkowemu zbiornikowi wodnemu. Karp nie jest gatunkiem rodzimym i w licznych opracowaniach naukowych bywa określany jako inwazyjny lub co najmniej silnie przekształcający środowisko. Żerując przy dnie, intensywnie wzrusza osady denne, uwalniając do wody związki azotu i fosforu. To właśnie one napędzają eutrofizację – proces nadmiernego wzbogacenia wody w substancje odżywcze, prowadzący do zakwitów glonów, zmętnienia wody i spadku zawartości tlenu.

Specjaliści ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, analizując układ wodny Parku Potulickich, jednoznacznie wskazywali, że obecna struktura zarybień – oparta głównie na karpiu – działa na niekorzyść jakości wody. Wśród rekomendacji pojawiły się sugestie ograniczenia liczebności tego gatunku lub zmiany struktury rybostanu, na przykład poprzez wprowadzenie ryb drapieżnych, takich jak szczupak, które stabilizują ekosystem w zupełnie inny sposób. Tego rodzaju rozwiązania trudno jednak pogodzić z obecnym, intensywnie rekreacyjnym modelem wędkowania.

Radny przypominał również, że pierwotna idea stawów w Parku Potulickich nie miała nic wspólnego z komercyjnym łowiskiem. Ich funkcją miały być estetyka, spokój, rekreacja i walory krajobrazowe. Ryby pełniły w tym układzie rolę elementu ekosystemu, a nie głównego celu użytkowania. Dzisiejszy model – intensywne zarybianie jednym gatunkiem – stanowi więc wyraźne odejście od tej koncepcji.

Wniosek nasuwa się sam: PZW jest istotnym elementem systemu utrzymania parku, ale sam system musi mieć jasno określony cel. Dopóki nie zapadnie decyzja, czy stawy mają być przede wszystkim łowiskiem karpiowym, czy parkowym zbiornikiem o dobrej jakości wody, napięcia będą się pojawiać. A mieszkańcy nadal będą patrzeć na zielone stawy latem i z niepokojem zaglądać w przeręble zimą, zastanawiając się, kto tak naprawdę trzyma ten system w ryzach.

Czy na alejki w zabytkowym parku sypana jest zabójcza dla przyrody sól?

Słona Zima

Ten wątek wzbudził podczas spotkania wyjątkowo duże emocje. Przypomnijmy: według oficjalnych zapewnień wiceprezydent Pruszkowa Doroty Kossakowskiej na parkowe alejki sypany jest piasek. Obserwacje uczestników spotkania temu jednak przeczą. Pojawia się więc pytanie, czy mieszkańcy otrzymują od swoich władz prawdziwe informacje?

– Nigdy nie zakładam, że ktoś chce kogokolwiek wprowadzać w błąd – zaznaczył radny Bartosz Brzeziński. – Ale jeśli pojawia się rozbieżność między tym, co słyszymy w komunikatach, a tym, co widzimy w terenie, to trzeba to po prostu sprawdzić i nazwać po imieniu.

Jak wyjaśniał, informacja przekazana mieszkańcom (że alejki są posypywane piaskiem) była prawdziwa, lecz niepełna. – Tak, alejki są posypywane piaskiem. Ale nie tylko piaskiem. Stosowana jest również sól – mówił. – To nie jest tak, że ktoś skłamał. Po prostu nie została powiedziana całość.

Różnica dotyczy także skali i sposobu stosowania soli. Brzeziński podkreślał, że dziś nie mamy do czynienia z intensywnym soleniem znanym sprzed lat. – Nie ma już ręcznego dosypywania ani ciężkiego sprzętu sypiącego czystą sól – zaznaczył. – Ale nadal stosowana jest mieszanka piasku i soli. Potwierdzają to zarówno oznaczenia na pojemnikach, jak i obserwacje w terenie.

Aby nie opierać się wyłącznie na deklaracjach, radny postanowił sprawdzić sprawę w sposób techniczny. – Wykonaliśmy proste badania przewodności, czyli konduktancji, materiału używanego do posypywania alejek. Wynik nie pozostawił wątpliwości: nie był to czysty piach, lecz mieszanina zawierająca sól lub chlorki sodu – relacjonował.

Wnioski, jak podkreślał Brzeziński, są proste i nie wymagają emocji. – To nie jest zero-jedynkowe „albo–albo” – podsumował. – Alejki są posypywane piaskiem, ale z dodatkiem soli. I właśnie takie doprecyzowanie było w tej dyskusji potrzebne: bez szukania winnych, wyłącznie na podstawie sprawdzenia, jak jest naprawdę.

Prezydent – nieobecny. Dialogu z urzędem miasta – brak

Spotkanie3

Podczas spotkania przypominano, że gdy wybuchły kontrowersje wokół sposobu prowadzenia prac w Parku Potulickich, temat trafił na obrady Komisji Ochrony Środowiska i Innowacyjności Rady Miasta Pruszkowa. Do dyskusji doszło mimo prób jej zablokowania przez radnych Pruszkowa Obywatelskiego i Pruszkowskiej Wspólnoty Samorządowej – ugrupowań tworzących polityczne zaplecze prezydenta Piotra Bąka (pisaliśmy o tym TUTAJ).

Podczas posiedzenia komisji radna Katarzyna Włodarczyk (Koalicja Obywatelska) zwracała uwagę na konieczność rzetelnego i bieżącego informowania mieszkańców o tym, co faktycznie dzieje się w parku. Podkreślała, że brak jasnej komunikacji prowadzi do napięć, frustracji i sytuacji, w których mieszkańcy zgłaszają problemy, a następnie słyszą, że „nic się nie dzieje” albo że ich obserwacje są nieprawdziwe.

– Na komisji poprosiłam wprost o regularną, uczciwą informację ze strony miasta – mówiła radna. Otrzymała wówczas zapewnienie zarówno od wiceprezydent Doroty Kossakowskiej, jak i od naczelniczki Wydziału Ochrony Środowiska Elżbiety Jakubczak-Garczyńskiej, że taka komunikacja będzie prowadzona. W praktyce skończyło się na pustych deklaracjach.

To właśnie wobec braku informacji ze strony Urzędu Miasta Pruszkowa zorganizowane zostało spotkanie w Café Malavi poświęcone Parkowi Potulickich. Jak zaznaczała Włodarczyk, od początku było jasne, że wydarzenie nie ma charakteru konfrontacyjnego ani personalnego. – Jego celem jest przekazanie informacji oraz spokojna rozmowa z mieszkańcami i mediami, a nie atakowanie kogokolwiek – podkreślała.

Na spotkanie w Cale Malavi zaproszono przedstawicieli władz Pruszkowa. Radna poinformowała urząd o planowanym terminie i formule wydarzenia. Mimo to żaden przedstawiciel urzędu nie pojawił się na miejscu. – Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi na przekazane zaproszenie – powiedziała Włodarczyk.

Taka postawa, w zestawieniu z wcześniejszymi deklaracjami o chęci informowania mieszkańców, rodzi pytania o spójność zapowiedzi i realnych działań władz miasta. Jak podkreślała radna, transparentna komunikacja ma kluczowe znaczenie w sprawach budzących duże zainteresowanie społeczne i silne emocje. – Bez dialogu i obecności strony miejskiej trudno rozwiewać wątpliwości i uspokajać nastroje – podsumowała.

Zdjęcia ze spotkania publikujemy za zgodą i dzięki uprzejmości PR24TV.

Artykuły, które również mogą Cię zainteresować: