Zanim porównamy plusy i minusy obu systemów opłat (przygotowanego przez miasto oraz przeforsowanego przez radną Małgorzatę Widerę) musimy napisać kilka zdań o świadczeniach na małe dzieci wypłacanych przez ZUS, ponieważ fakt, że one istnieją (od kilku miesięcy) i ich wysokość mają tutaj kluczowe znaczenie.

Na każde dziecko chodzące do żłobka przysługuje państwowe dofinansowanie wypłacane przez ZUS. Na pierwsze dziecko (w dowolnym wieku) oraz drugie i każde kolejne (w wieku do 12 miesięcy) ZUS płaci co miesiąc do 400 zł. Przelew trafia nie na konto rodzica, ale bezpośrednio na konto żłobka i ma zadanie pokryć (w całości lub części) opłatę za pobyt. Jeśli opłata jest niższa i wynosi np. 350 zł, to ZUS płaci żłobkowi właśnie tyle. Jeśli jest wyższa i wynosi np. 500 zł, to ZUS przelewa 400 zł, a 100 zł dopłaca rodzic. To świadczenie pokrywa koszty opieki, ale już nie wyżywienia – za wyżywienie w żłobku rodzic musi zapłacić sam (w samorządowych placówkach to obecnie 200–300 zł co miesiąc).

Z kolei dla drugiego i każdego kolejnego dziecka, które osiągnęło wiek 12 miesięcy, ZUS uruchamia tzw. Rodzinny Kapitał Opiekuńczy (RKO). Do wzięcia jest 12 tys. zł płatne w miesięcznych ratach – albo 500 zł przez 24 miesięcy, albo 1000 zł przez 12 miesięcy. Tutaj pieniądze wpływają bezpośrednio na konto rodzica – to żywa gotówka, którą można pokryć dowolne wydatki, np. pobyt w żłobku (także wyżywienie).

System opłat zaproponowany przez Urząd Miasta Pruszkowa

W związku z faktem, że świadczenia zusowskie ruszyły, władze miasta postanowiły zmienić opłaty za żłobki w Pruszkowie, a stawki godzinowe (jak to było do tej pory) zastąpić ryczałtem: 350 zł co miesiąc za maksymalnie 10 godzin pobytu dziennie. Jeśli dziecko przebywałoby dłużej, wtedy pojawiałaby się opłata specjalna – 10 zł za każdą kolejną godzinę (do tej pory – aż 25 zł). Ale nas interesuje podstawowy przedział czasowy. Co ten system oznaczałby dla rodziców maluszków?

Dla osób pobierających z ZUS dopłaty w wysokości do 400 zł – pobyt dzieci byłby bezpłatny (w rozumieniu: całość finansowałby ZUS). Rodzice płaciliby tylko za wyżywienie. Nieważne czy dziecko chodziłoby do żłobka cały miesiąc, czy tylko przez jeden tydzień w miesiącu, bo resztę czasu przechorowało, rodzic nie ponosiłby żadnych wydatków za pobyt. Proste, wygodne, przewidywalne.

Dla rodziców pobierających RKO oznaczałoby to, że sami (bo raty RKO wpływają na ich konta) co miesiąc płaciliby 350 zł. To korzystniejsze od stawki godzinowej (o czym w następnym rozdziale) dla rodziców, których dzieci chorują niewiele albo wcale. Poszkodowani byliby jednak ci, których dzieci chorują dużo i przez cały rok, przez co spędzają w żłobku na przykład tylko połowę zadeklarowanego czasu bądź mniej. Dla nich stawka godzinowa byłaby korzystniejsza (płaciliby mniej niż 350 zł). Ale podkreślmy: tę korzyść mieliby tylko rodzice dzieci chorujących dużo i często i którzy korzystają z RKO, a nie z 400-złotowych dopłat.

System przeforsowany przez Małgorzatę Widerę

Radnej nie spodobała się forma ryczałtu i postanowiła przywrócić stawkę godzinową – wynoszącą odtąd 2,50 zł. Skutek? Najważniejszy jest taki, że znika zasada finansowania w całości pobytu dziecka przez ZUS. Część rodziców będzie musiała dopłacać.

Rodzice pobierający 400-złotowe świadczenia nie zapłacą z własnej kieszeni za pobyt tylko, gdy dziecko dużo choruje. Gdy jest zdrowe, miesięczna opłata przekroczy 350 zł i wyniesie nawet 525 zł (przy założeniu 10-godzinnego pobytu). Ponieważ ZUS pokrywa koszt do 400 zł, rodzic będzie musiał dopłacić 125 zł. Oczywiście, w praktyce będzie to mniej (wszystkie dzieci czasem chorują, a rodzice deklarują np. 8- czy 9-godzinny pobyt w placówce), ale nawet kilkadziesiąt złotych miesięcznie przemnożone przez 10 miesięcy daje już kilkusetzłotową kwotę, która musi pojawić się w budżecie rodziców w rubryce „wydatki”.

W przypadku rodziców pobierających RKO podobnie. Im więcej dzieci chorują, tym rodzice płacą mniej. Ale jeśli chorują mało, rodzice będą płacić nawet 525 zł miesięcznie. Gdy rata RKO wynosi 500 zł, dołożą jeszcze 25 zł. W praktyce zysk rodziców (w systemie radnej Widery) o ile w ogóle będzie, to niewielki.  Bo jeśli dziecko choruje dużo tylko przez 3 miesiące w roku, a resztę miesięcy chodzi do żłobka, to dopłaty w miesiącach „zdrowych” będą wyższe niż zysk w miesiącach „chorych” w porównaniu z 350-złotowym ryczałtem.

Przykład: dziecko spędza w żłobku 9 godzin dziennie, a rodzice korzystają z RKO

Przyjmujemy założenie, że w miesiącu jest 21 dni roboczych. Jeśli dziecko nie przechorowało ani jednego dnia, rodzice korzystający z RKO zapłacą w systemie radnej Widery 472,50 zł miesięcznie. Gdyby obowiązywał ryczałt, zapłaciliby tylko 350 zł (mniej o 122,50 zł).

Jeśli dziecko choruje przez 5 dni roboczych w miesiącu, rodzice zapłacą 360 zł (więcej o 10 zł niż przy ryczałcie).

Jeśli dziecko przechorowało 6 dni roboczych w miesiącu, rodzice zapłacą 337,50 zł, czyli pojawi się oszczędność wobec ryczałtu proponowanego przez miasto i wyniesie ona 12,50 zł.

Wniosek: żeby system radnej Widery opłacał się rodzicom, dziecko musi opuścić co najmniej 6 dni roboczych w miesiącu. W przeciwnym razie będą stratni w porównaniu z ryczałtem.

Przykład: dziecko spędza w żłobku 9 godzin dziennie, a rodzice korzystają z 400-złotowych dopłat od ZUS

Jeśli dziecko choruje co najmniej 6 dni roboczych w miesiącu, rodzic w systemie Widery nie płaci nic (całość pokrywa ZUS). Jeśli choruje mniej, rodzic będzie dopłacać za żłobek, maksymalnie 122,50 zł miesięcznie.

Ponieważ ZUS przelewa dotacje bezpośrednio na konto żłobka, w przeciwieństwie do RKO niezależnie od liczby dni przechorowanych przez dziecko w kieszeni rodzica ani razu nie zostaje gotówka.

Który system lepszy?

System ryczałtowy w założeniu był prosty, bezkosztowy dla przytłaczającej większości rodziców, przewidywalny. Dla miasta oznaczałby dużą stabilność wpływów z opłat. Poszkodowana byłaby jedynie nieliczna grupa rodziców, którzy po pierwsze pobierają RKO, a po drugie których dzieci chorują dużo i przez cały rok.

System radnej Widery jest skomplikowany i nieprzewidywalny dla rodziców. Można o nim powiedzieć, że premiuje chorowanie, bo wielu rodziców dzieci zdrowych będzie musiało płacić miastu swoisty „haracz od zdrowia”. Dla miasta oznacza też potężne wyzwanie sprawozdawcze – trzeba odnotowywać liczbę godzin spędzonych w żłobku przez każde dziecko i dodatkowo raportować te dane do ZUS (bo w przypadku 400-złotowych dopłat ZUS finansuje rzeczywisty koszt pobytu dziecka do wysokości tych 400 zł; gdyby obowiązywał ryczałt ZUS po prostu przelewałby 350 zł co miesiąc za każdego zapisanego malucha).

Reasumując: pruszkowscy radni przyjmując poprawkę Małgorzaty Widery może i chcieli dobrze, ale wylali dziecko z kąpielą, bo nie dość, że wprowadzili swoiste „dopłaty do żłobka od dzieci zdrowych”, to jeszcze potwornie skomplikowali naliczanie opłat i rozliczanie się nich z rodzicami oraz z ZUS-em.

Dlaczego radni poparli pomysł Widery?

Projekt uchwały w sprawie opłat za żłobki opiniowany był we wtorek 23 sierpnia na posiedzeniu Komisji Oświaty, Kultury i Sportu, której przewodniczy Małgorzata Widera. Radni sprawiali wrażenie, że nie mają bladego pojęcia o świadczeniach dla rodziców z ZUS. Karol Chlebiński zaczął nawet stukać w komputer próbując znaleźć wyrywkowe informacje na ten temat. Przewodnicząca Widera do dopłat zusowskich nie odniosła się ani razu. Wyglądało, jakby przyszła na komisję z obmyślonym zawczasu planem – szybko zgłosiła poprawkę mówiąc, że chcieli jej rodzice (mimo wszystko trudno uwierzyć w to, że rodzice chcą płacić więcej…). A radni bez dyskusji ją przegłosowali.

Radni SPP i KO prawdopodobnie padli ofiarą własnej strategii. W Pruszkowie od początku tej kadencji obowiązuje nieformalna zasada, że jeśli radny opozycyjny wobec prezydenta Pawła Makucha (czyli z SPP lub KO) zgłosi poprawkę do projektu chwały przygotowanej przez urząd miasta, to natychmiast przechodzi ona głosami pozostałych radnych SPP i KO. Czasem dochodzi do absurdów, bo radni potrafią zgłaszać poprawki wzajemnie sprzeczne i za każdym razem są one przegłosowywane tylko dlatego, że autorami są dysponujący większością radni opozycji (kiedyś na jednej sesji zdjęto pieniądze z budowy ulicy Przytorowej – bez uzasadnienia, tylko po to, żeby na następnej sesji je przywrócić – bez uzasadnienia). W przypadku opłat za żłobki zadziałał ten sam syndrom stadnego zachowania – poprawkę zgłosiła Małgorzata Widera (KO), więc natychmiast znalazła ona uznanie SPP i KO bez sprawdzania skutków finansowych, zasadności czy choćby racjonalności.

Radni się pogubili, ale urząd miasta też

Warto przy okazji odnotować wpadkę miasta. Po głosowaniu radnych na stronie pruszkow.pl pojawiła się informacja na ten temat zatytułowana „Radni zdecydowali: droższy pobyt w pruszkowskich Żłobkach Miejskich”. Czytamy w niej, że radni narazili rodziców na dodatkowe wydatki, ale pojawiło się też następujące zdanie: „Biorąc pod uwagę dofinansowanie ZUS pobytu dziecka w żłobku w wysokości 400 zł miesięcznie na pierwsze dziecko, niezależnie od dochodów rodziny, projekt Uchwały oznaczał, że opłata de facto nie byłaby pokrywana z kieszeni rodziców i opiekunów, co więcej z dofinansowania w rodzinie pozostawałoby jeszcze 50 zł miesięcznie”.

To nieprawda. Jak pisaliśmy, ZUS dysponując 400-złotową dotacją pokrywa rzeczywiste koszty pobytu dziecka w żłobku, a więc przelewałby placówkom 350 zł. Żadne 50 zł do kieszeni żadnego rodzica by nie wpadło.

Co dalej z uchwałą?

Od piątku w pruszkowskich mediach społecznościowych trwa dyskusja na ten temat. Małgorzata Widera nie zabrała w niej głosu, chociaż lajkowała nieliczne korzystne dla niej wpisy. Radna niechętnie rozmawia z mediami, na wysłanie mejla na adres podany przez nią samą do kontaktu z mieszkańcami potrafi zareagować oskarżeniami o stalking. Mimo wszystko wysłaliśmy do niej prośbę o komentarz w sprawie przeforsowanego przez nią rozwiązania oraz pytanie, czy na najbliższym posiedzeniu Komisji Oświaty złoży poprawkę wycofującą niekorzystny dla części rodziców system naliczania opłat za żłobki. Jeśli radna odpisze, wrócimy do tematu.

Warto na koniec zauważyć, że na tej samej sesji Rady Miasta Pruszkowa, w czwartek 25 sierpnia, na której ostatecznie „przyklepano” poprawkę Widery, radni przegłosowali podwyżkę diet dla siebie. Małgorzata Widera zagłosowała za podniesieniem sobie diety.