Budżet na 2020 rok uchwalony, jednak wydarzenia towarzyszące procedurze pokazały, że zarówno prezydent, jak i większość radnych, znajdują się na wojennej ścieżce – z ogromną szkodą dla miasta. 

Układ sił w radzie miasta wygląda następująco. Klub Samorządowego Porozumienia Pruszkowa liczy 9 radnych, Prawa i Sprawiedliwości – 6, Koalicji Obywatelskiej – 4, trójka radnych reprezentuje Komitet Wyborczy Wspólnie Pruszków Rozwijamy, a Eliza Kurzela, która szeregi WPR opuściła, jest niezależna. Najbardziej nieprzewidywalny jest dziś SPP – Jacek Rybczyński głosuje najczęściej ramię w ramię z radnymi PiS, którzy z kolei karnie przegłosowują projekty uchwał zgłaszane przez prezydenta. U reszty radnych SPP też jednomyślności nie ma, na przykład na Komisji Skarbu, Budżetu i Finansów projekt budżetu na 2020 rok został zaopiniowany pozytywnie zaledwie jednym głosem – Krzysztofa Biskupskiego (SPP), podczas gdy pozostali radni SPP od decyzji się wstrzymali.

Wywodzący się z WPR prezydent Paweł Makuch większości w radzie miasta nie ma. Oczywiście zawsze może liczyć na głosy PiS oraz WPR, ale to za mało, aby zgłaszane przez niego projekty każdorazowo przechodziły gładko. Na początku kadencji współpraca z radnymi – choć szorstka – jeszcze jakoś się układała, być może głównie dlatego, że podstawą polityki finansowej miasta był budżet opracowany przez poprzednią ekipę i zgłoszony przez Jana Starzyńskiego. Jednak ta współpraca zakończyła się wraz z uruchomieniem procedury związanej z budżetem na 2020 rok. Ostatnie tygodnie dobitnie pokazały, że zarówno w kierownictwie urzędu miasta, jak i wśród radnych, mimo deklarowanej współpracy ponad podziałami dominują uprzedzenia, brak zaufania, a większość zainteresowanych jest na wojennej ścieżce – czy to z prezydentem, czy z innymi klubami w radzie.

Paweł Makuch wytrzymałość i cierpliwość radnych testował kilkakrotnie. Występując o zwołanie nadzwyczajnej sesji na początku listopada, aby wprowadzić poprawki do bieżącego budżetu oraz wieloletniej prognozy finansowej, udostępnił radnym obszerne i skomplikowane materiały tuż przed długim weekendem, utrudniając, albo wręcz uniemożliwiając ich gruntowną analizę. Trudno wymagać od ludzi, którzy nie są ekonomistami, umiejętności biegłego zestawiania liczb rozsianych po dziesiątkach tabel i natychmiastowego wyciągania wniosków. Do zarzutu, że nie traktuje ich poważnie, prezydent odniósł się tak: „Jeden z radnych i to wcale nie z mojego komitetu wyborczego powiedział mi, że nie było potrzeby czytania od deski do deski wszystkich załączników, doświadczony radny wystarczy, że zerknie do odpowiednich tabelek i już wie, jakie zmiany mają zostać wprowadzone. Nie było mowy o zawalaniu weekendu”. Ale po pierwsze, w szeregach rady są osoby sprawujące mandat dopiero od kilku czy kilkunastu miesięcy (i reprezentują mieszkańców na równi z radnymi starszymi stażem), a po drugie rzut oka na tabele jednak nie wystarczy. Boleśnie przekonała się o tym sama pani skarbnik Lidia Sadowska-Mucha, gdy Regionalna Izba Obrachunkowa negatywnie zaopiniowała pierwszy projekt wieloletniej prognozy finansowej (WPF) Pruszkowa towarzyszący projektowi budżetu na 2020 rok – z powodu nieścisłości w zestawieniach. Skoro doświadczony finansista popełnia poważne błędy, miałby je wychwycić radny?

Radni – głównie z SPP – skarżyli się, że nowy, obszerny projekt WPF z naniesionymi poprawkami dostali dosłownie w ostatniej chwili przed sesją budżetową. Kiedy mieli się z nim zapoznać? A przecież to oni poprzez akt głosowania mają uczynić dokument obowiązującym prawem. Czy mają zaufać prezydentowi i pani skarbnik? Jak, skoro w poprzedniej wersji, którą opiniowali, znalazły się błędy?

Radny Karol Chlebiński (SPP) na sesji budżetowej podniósł problem niefortunnego zaproszenia go – jako szefa klubu – na spotkanie z prezydentem poświęcone budżetowi. Zaproszenie miał dostać… na pięć godzin przed spotkaniem! O braku zapowiedzianych konsultacji z klubami wspominała również radna Dorota Kossakowska (KO).

Wreszcie cieniem na konsultacji projektu budżetu położyła się nieobecność na komisjach rady miasta pani skarbnik, która, jak to określił prezydent Paweł Makuch, odpowiada za dotrzymanie wymaganych prawem wskaźników. Owszem, kodeks pracy pozwala każdemu zatrudnionemu na umowie o pracę skorzystać z urlopu wypoczynkowego, ale nieobecność w kluczowym dla polityki finansowej miasta momencie nie dała radnym możliwości uzyskania odpowiedzi na ważne pytania, na przykład dotyczące przyczyn gigantycznego, blisko 90-milionowego deficytu. Pracownicy wydziału finansowego, którzy przychodzili w zastępstwie pani skarbnik, wili się w tłumaczeniach usiłując zaspokoić oczekiwania radnych, ale odpowiadali naokoło i niekonkretnie – i trudno im się dziwić, skoro są jedynie wykonawcami decyzji zapadających na wyższych szczeblach.

“(…) prezydent solidnie zapracował sobie na nieufność radnych”

Jak widać, prezydent solidnie zapracował sobie na nieufność radnych, czego owocem było gremialne powstrzymywanie się od głosu podczas sesji budżetowej oraz odrzucenie projektu (poprawionego) wieloletniej prognozy finansowej. Nie tak powinno wyglądać budowanie w radzie większości – dla przyszłości Pruszkowa.

Ale radni nie pozostawali dłużni. SPP, największy klub w radzie miasta, od samego początku kadencji ma kłopot z ustaleniem swojej polityki względem projektów zgłaszanych przez Pawła Makucha i jego zastępców. Z upływem miesięcy kąśliwe wymiany uwag i demonstrowana niechęć wobec wiceprezydenta Konrada Sipiery (PiS) stopniowo ustępowały miejsca bardziej rzeczowej dyskusji. Wydawało się nawet, że merytoryka ostatecznie zwycięży, ale procesowi uspokajania emocji kres położył sam prezydent nie traktując radnych po partnersku. U części członków SPP momentalnie odżyły skrywane żale. Na Komisji Skarbu, Budżetu i Finansów mogliśmy obserwować kompromitujące sceny w postaci zabierania przez przewodniczego Józefa Moczułę mikrofonu wiceprezydentowi Sipierze czy posłuchać pokrzykiwań Moczuły, że prezydent Makuch odpowiadając mieszkańcowi na pytanie o przyczyny deficytu budżetowego mówi tak, „jakby udzielał wywiadu”. Na grudniowej sesji rady miasta Moczuło kontynuował swoją utarczkę z Sipierą mówiąc mu, że „chyba ma wybujałe ego”. Atmosfera wrogości powróciła, mimo koncyliacyjnych wystąpień Olgierda Lewana, który dziś jest jedną z najjaśniej świecących pozytywnym blaskiem postaci w SPP.

Do merytorycznej współpracy nie przykłada się też PiS – najbardziej milczący klub w radzie miasta. Radni tego ugrupowania wyjątkowo rzadko zabierają głos, jeśli już, to w reakcji na zaczepki radnych SPP. Ich rola sprowadza się do podnoszenia ręki i wciskania przycisku „za” podczas głosowania projektów uchwał. Z zasady nie dopytują o zagrożenia dla polityki finansowej, o zadłużenie, deficyt, problem niedoszacowania przyszłorocznych wydatków. Owszem, kluby SPP i KO zmarginalizowały ich rolę nie pozwalając PiS-owi – wbrew dobrym obyczajom – przewodniczyć żadnej komisji w radzie miasta, jednak ten brak aktywności nie służy dyskusjom nad przyszłością Pruszkowa. W klubie najaktywniejsza wydaje się Ewa Białaszewska-Szmalec, która dopytuje o problemy zgłaszane przez mieszkańców, a w jej wystąpieniach nie słychać politycznego zacietrzewienia. Niestety, PiS jako całość coraz częściej nazywany jest prezydencką maszynką do głosowania. Gdybym ja był radnym, raczej nie byłbym zadowolony z takiego epitetu.

Niewiele konstruktywnego można też powiedzieć o radnych z WPR. To milczące postaci niepodnoszące trudnych kwestii, a najczęściej niepytające o nic. Radny Piotr Bąk (KO) zaskoczył ostatnio Jakuba Koteleckiego pytaniem o jego wkład pracy w opiniowanie budżetu, w odpowiedzi usłyszał, że przecież nie ma obowiązku uczestniczenia we wszystkich posiedzeniach komisji.

Piotr Bąk z Koalicji Obywatelskiej wraz klubową koleżanką Dorotą Kossakowską wykonali w tej kadencji chyba największą pracę analizując budżet przedłożony przez prezydenta i zasypując pracowników urzędu seriami precyzyjnych i szczegółowych pytań – bez politycznego kontekstu. Do tej dwójki zainteresowanych liczbami i wskaźnikami można dopisać Karola Chlebińskiego z SPP, który jednak – z uwagi na dramaturgię i teatralność póz demonstrowanych na sesjach oraz skłonność do ironicznych komentarzy – postrzegany jest przez pryzmat swojej niechęci do obecnego obozu władzy.

Wspomniałem o radnych milczkach. To zastanawiające, że wśród osób starannie wyselekcjonowanych przez mieszkańców w wyborach, mających ich reprezentować, są postaci sprawiające wrażenie introwertycznych. Bardzo jestem ciekaw, co o finansach miasta, inwestycjach, wydatkach bieżących, problemach oświaty czy o szeregu innych problemów sądzą na przykład Marta Dziudzi (PiS), Anna Maria Szczepaniak (PiS), Katarzyna Wal (SPP), Andrzej Kurzela (SWPR) czy Grzegorz Szachogłuchowicz (WPR).

Dobiegający końca rok, mimo deklarowanej niegdyś współpracy, z merytoryczną pracą dla miasta miał chwilami niewiele wspólnego. Prezydent nie tylko nie szuka wsparcia w radzie, ale wręcz nastawia ją przeciwko sobie. Niemogący wciąż odnaleźć się po utracie władzy klub SPP, rozedrgany emocjonalnie, nie wychodzi prezydentowi naprzeciw. Klub KO, najsolidniej pracujący w tej kadencji, czasem jakby obawiał się zbyt dużej koncyliacyjności, by nie zostać posądzonym o sprzyjanie wiceprezydentowi z PiS. Klub PiS… milczy. Niemogący stworzyć własnego klubu radni WPR (bo po odejściu Elizy Kurzeli jest ich za mało) wydają się nieobecni duchem. Najmłodsi radni sprawiają zaś wrażenie zaskoczonych faktem, że udało im się dostać do rady miasta i na razie energię pożytkują na popijanie kawy i herbaty.

Chciałbym skwitować, że w przyszłym roku może być już tylko lepiej. Ale czy będzie?