Dieta radnego, wbrew powszechnej opinii, nie jest wynagrodzeniem! Radny pełni swoją funkcję społecznie, ale z racji zaangażowania w sprawy miasta często musi ograniczyć aktywność zawodową. Poza tym dojeżdża na posiedzenia komisji, na sesje, spotyka się z mieszkańcami. To oznacza wydatki. Zadaniem diety jest zrekompensowanie kosztów poniesionych z tytułu sprawowania mandatu. Ponieważ każdy radny ma inną pracę (no chyba że jest emerytem), zatrudniony jest w innej formie, ta rekompensata (dieta) ma charakter ryczałtu. Jej wysokość ustalają sami radni w uchwale, nie mogą jednak przekroczyć narzuconego w ustawie przez Sejm pułapu. W przypadku Pruszkowa to ok. 3220 zł miesięcznie.

Pruszkowscy radni dostawali do tej pory znacznie mniej – dlatego, że w naszym mieście obowiązuje uchwała w sprawie diet z 2004 roku. Przez 18 lat nie była nowelizowana, stawki jedynie symbolicznie waloryzowano. Trudno się dziwić, że radni czują się poszkodowani, ich pobory znacznie odbiegają od diet wypłacanych w miastach podobnej wielkości co Pruszków.

Wziąć czy nie wziąć, oto jest pytanie

Pierwsze podejście do podwyżki miało miejsce w styczniu 2022 roku. Projekt uchwały w tej sprawie przygotował prezydent Paweł Makuch. I wywołał burzę. Radni nie mogli dojść do porozumienia, czy nowe stawki przyjąć, czy nie. Ostatecznie zdecydowali, że prezydencka uchwała nie będzie procedowana.

Jednak sprawa zaczęła żyć własnym życiem. Wiosną radni postanowili zorganizować tajne spotkanie we własnym gronie i omówić problem. Tajność w Pruszkowie oznacza tyle, że już następnego dnia nie tylko było wiadomo, że spotkanie się odbyło, ale też po mieście hulały przecieki, kto co powiedział. Wszystkie były podobne i wynikało z nich, że radni chcą dostawać więcej, kilkoro narzeka na trudną sytuację finansową, a paru wręcz z trudem spina domowe budżety i wyższa dieta byłaby dla nich wybawieniem. Głosy sprzeciwu były, ale pojedyncze.

Projekt trafił więc do Rady Miasta Pruszkowa po raz drugi. Tym razem złożył go, korzystając z prawa do inicjatywy uchwałodawczej, przewodniczący Krzysztof Biskupski. Na komisjach referuje go wiceprzewodniczący Piotr Bąk.

Dotychczasowa stawka prawie razy dwa

Jaka byłaby skala podwyżek? Dieta za udział w sesji rady miasta wzrosłaby ze 179 do 350 zł (o 95 proc.), za udział w pracach komisji z 359 do 700 zł (również 95 proc.). Można być członkiem maksymalnie trzech komisji – większość radnych z tego przywileju korzysta – więc stawkę 700 zł należy przemnożyć przez 3. Dla radnych funkcyjnych skala podwyżki byłaby mniejsza, rzędu 50 proc. I tak na przykład przewodniczący komisji będący jednocześnie członkiem dwóch innych komisji miałby dostawać z tego tytułu 2500 zł, plus oczywiście dieta za sesje. Dieta przewodniczącego rady miasta wyniosłaby 2800 zł, wiceprzewodniczącego – 2600 zł. Gdyby suma cząstkowych składników (komisje, sesje itd.) przekroczyła ustawowy pułap – 3220,96 zł, wtedy naliczanie ustałoby i radny dostałby tyle, ile wynosi limit.

Oczywiście, uchwała przewiduje potrącenia za nieobecność na komisji/sesji czy spóźnienie bądź wcześniejsze opuszczenie obrad. Warto też dodać, że diety co do zasady są nieopodatkowane do wysokości 3000 zł miesięcznie.

Jak dzisiaj pruszkowscy radni uzasadniają chęć otrzymania podwyżki? W sumie… nijak. W uzasadnieniu projektu uchwały przytoczone zostało jedynie obecne brzmienie przepisów ustawowych wraz z dopiskiem: „W związku ze zmianą wyżej cytowanych przepisów prawa oraz faktem, iż od 2004 roku uchwała dotycząca wysokości diet radnych nie uległa zmianie, zasadnym jest podjęcie uchwały urealniającej stawki diet dla radnych” (pisownia oryginalna).

Czy się stoi czy się leży, dieta się należy

Inicjatywa jest wysoce ryzykowna w społecznym odbiorze. Radni nie mają dziś dobrej prasy, głównie za sprawą powołanej przez nich samych specjalnej komisji ds. jazu na Utracie. Czwórka jej członków (Olgierd Lewan, Dorota Kossakowska, Józef Osiński oraz Jakub Kotelecki) zbojkotowała czerwcowe posiedzenie, na którym miał być przedstawiamy pierwszy w historii raport naukowców z SGGW poświęcony ekosystemowi parku Potulickich. Oficjalny powód niestawienia się: brak czasu. Ostatecznie komisja, kierowana przez Annę-Marię Szczepaniak, odbyła się, ale z braku kworum miała nieformalny przebieg. Po fali krytyki, która się podniosła, czwórka radnych wystosowała oświadczenie, w którym oskarżyła Szczepaniak o upublicznienie dokumentu bez zgody urzędu miasta – co było oczywistą nieprawdą, bowiem raport SGGW jest dostępny nie tylko dla radnych, ale i dla każdego mieszkańca Pruszkowa (wystarczy wysłać do urzędu prośbę – zwykłym mejlem z powołaniem się na ustawę o dostępie do informacji publicznej). W lipcu komisja ds. jazu znów się nie odbyła, bo radni nie mogli się ze sobą dogadać. Kiedy wreszcie się zbiorą? Nie wiadomo. Może wcale... Raportem SGGW mogliby też zająć się radni z innej komisji – Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska kierowanej przez Karola Chlebińskiego, ale ani w czerwcu, ani w lipcu, ani w sierpniu tego nie zrobili. Zamiast o ratowaniu stawów w parku Potulickich woleli podyskutować na przykład o koncertach organizowanych przez Centrum Kultury i Sportu i posłuchać o spotkaniach dzieci ze Świnką Peppą.

Czas na podwyżkę się znajdzie

Projekt uchwały w sprawie podwyżki diet szybko i gładko przechodzi przez kolejne komisje rady miasta – w tym przypadku nikt brakiem czasu się nie zasłania. Popierają go także radni wsławieni bojkotem prac, w tym Olgierd Lewan, który jest wiceprzewodniczącym speckomisji ds. jazu na Utracie (wcześniej Lewan zasłynął tym, że został wybrany jej szefem z naruszeniem prawa, którego wprowadzenie sam przegłosował ale prawdopodobnie o tym zapomniał – musiał zrezygnować i zadowolić się funkcją zastępcy przewodniczącego).

Ostateczne głosowanie podwyżek diet – na sesji w czwartek 25 sierpnia.

 

Komentarz autora: Diety pruszkowskich radnych wymagają korekty, to nie ulega wątpliwości, jednak styl, w jaki oni to robią, i moment, jaki wybrali, budzą niemałe zdziwienie.

Siedzimy po nocach, komisje potrafią trwać do pierwszej, zarywamy pracę zawodową, wytropiliśmy konkretne błędy w projektach uchwał przygotowanych przez urząd miasta – takie i wiele innych przekonujących argumentów radni mogli zapisać w uzasadnieniu projektu uchwały. Nie zapisali. Poprzestali na konstatacji, że większe pieniądze im się należą. Gdyby w prywatnej firmie do szefa przyszedł pracownik i poprosił o podwyżkę wyłącznie dlatego, że dawno jej nie miał, zapewne napotkałby pełne politowania spojrzenie i ewakuowałby się z gabinetu jak niepyszny.

Grupa radnych zasłynęła bojkotem prac jednej z najważniejszych komisji w mieście. Gdyby w prywatnej firmie zespół pracowników nie stawił się do pracy „bo nie ma czasu”, później próbował okłamać pracodawcę, a na koniec wystąpił o większe pieniądze – z dużym prawdopodobieństwem wyleciałby z roboty z wielkim hukiem.

Pracodawcami radnych jesteśmy my, mieszkańcy, wybierając ich zawarliśmy z nimi 5-letni kontrakt. Jeżeli którykolwiek mieszkaniec Pruszkowa jest dziś zdumiony, zszokowany, zirytowany, a może i wściekły na nich – jego uczucia wydają się całkowicie uzasadnione.