Dobiega końca kampania społeczności lokalnej przeciwko budowie łącznika ulic Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej i Sienkiewicza w Pruszkowie. Na nic zdała się zbiórka podpisów pod obywatelskim projektem uchwały o ustanowienie pomnikami przyrody ponadtstuletnich drzew stojących w pasie planowanej drogi. Dokument został odrzucony na ostatniej Sesji Rady Miasta przez przytłaczającą większość radnych.

Przypomnijmy - planowana przez powiat budowa "łącznika" zgodnie z przewidywaniami wzbudziła wiele kontrowersji, jako że wiąże się z nią niemal całkowita likwidacja leciwego skwerku przy rogu ul. Sienkiewicza (przy stacji PKP). Aby ocalić fragment miejskiej zieleni Arek Gębicz (Stowarzyszenie "Za Pruszków!") zebrał wymaganą liczbę podpisów pod projektem uchwały gminnej ustanawiającej najstarsze drzewa na terenie skwerku pomnikami przyrody. W pomyśle tym wspierali go lokalni działacze Lewicy Razem. 

Po wielu perypetiach projekt trafił pod głosowanie radnych. Sesja odbyła się w miniony czwartek (7 października). Wśród wszystkich radnych zaledwie dwie osoby - Eugeniusz Kulpa (SPP) i Andrzej Kurzela (Stowarzyszenie "Za Pruszków!"), opowiedziały się za objęciem prastarych drzew ochroną prawną. Od głosu wstrzymali się Olgierd Lewan (SPP) oraz Anna- Maria Szczepaniak (PiS), na głosowaniu nieobceny był Edgar Czop (KO). Pozostali rajcowie - ze wszystkich ugrupowań - byli przeciwko

[ Przeczytaj również: Hejt na radnych ]

Głosowanie poprzedziła debata, podczas której Arek Gębicz przedstawiał argumenty przemawiające za uczynieniem drzew rosnących w skwerku nieopodal stacji PKP nowymi miejskimi pomnikami przyrody. Wskazał między innymi, że ruch taki jest w pełni uzasadniony, ponieważ grupa drzew rosnących przy ul. Sienkiewicza spełnia przesłanki przewidziane w ustawie o ochronie przyrody oraz w rozporządzeniu Ministra Ochrony Środowiska. Opinię tę poparł opracowaniem sporządzonym nieodpłatnie dla Stowarzyszenia "Za Pruszków!" przez Certyfikowaną Inspektor Drzew inż. Dorotę Koźbiał. 

"(Opracowanie to - przyp. K.Ch.) zawiera również spostrzeżenie, że cały skwer jest bardzo cenny dla Miasta Pruszkowa, ponieważ znajduje się tam wiele drzew, które co prawda nie osiągnęły jeszcze wartości pomnikowych, ale z drugiej strony stanowią dużą wartość przyrodniczą dla całego miasta" - tłumaczył społecznik. Wyraził również zdumienie faktem, że cały obszar skweru nie posiada do tej pory statusu zabytku. "Jest to jedno z najstarszych założeń parkowych w naszym mieście (...). To nie jest coś, co wyrosło wczoraj" - argumentował. 

Gębicz jasno i otwarcie mówił również, że zgłoszona przez mieszkańców uchwała jest sposobem na zablokowanie planowanej budowy drogi powiatowej, stanowiącej łącznik między ulicami Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej i Skienkiewicza. Od miesięcy przekonuje on, że inwestycja ta jest zbędna, ponieważ nie rozwiąże żadnych istotnych problemów komunikacyjnych Pruszkowa, a jedynie zwiększy korki i sprowadzi niechciany ciężki ruch towarowy do spokojnego i zacisznego zakątka miasta.

[ Przeczytaj również: Skwerek kontra ruchliwa ulica ]

Krytycy budowy "łącznika" w Internetowych dyskusjach wielokrotnie zwracali uwagę również na "partyjny" i polityczny aspekt projektu. Jest to bowiem jedna z inwestycji, która została wsparta pieniędzmi  Rządowego Funduszu Rozwoju Dróg (wcześniej Funduszu Dróg Samorządowych). Program ten był zaś wielokrotnie krytykowany jako "ręczny mechanizm" finansowania inwestycji w gminach, w których władzę sprawują ugrupowania sprzyjające rządowi. Stosowny raport na ten temat wydało czasopismo WSPÓLNOTA. Najwyższa Izba Kontroli z kolei zwracała uwagę na nieprzejrzysty, niesprawiedliwy i często niezgodny z literą prawa dobór projektów do realizacji. "Przy przygotowaniu inwestycji drogowych (do finansowania z FDS - przyp. K.Ch.) zdarzały się sytuacje, które mogą świadczyć o występowaniu zjawisk korupcjogennych." - czytamy w materiałach NIK. W ten sposób powstaje podejrzenie, że "łącznik" jest niczym innym, jak tylko próbą zafundowania pruszkowskim władzom popisowego sukcesu przy użyciu środków z budżetu centralnego. 

Argumentacja Gębicza nie spotkała się z ciepłym przyjęciem wśród pruszkowskich radnych. "Ustanowienie pomników przyrody wiąże się z konsekwencjami. W promieniu 15 metrów od tych pomników nie będziemy mogli nic zrobić. Więc mówienie Pana Arkadiusza, że powstanie tam piękny skwer... no nie powstanie!" - kontrargumentował stanowczo wiceprzewodniczący Rady Miasta Piotr Bąk (KO). "(...) podpisuję się dwoma rękami pod tym co (Piotr Bąk - przyp. K. Ch.) powiedział" - wtórował mu radny Kazimierz Mazur (PiS). 

W przypadku tego argumentu warto jednak sprostować słowa miejskich radnych, jako że wypowiedź Piotra Bąka stoi w jawnej sprzeczności z aktualnym stanem prawnym. Nie jest bowiem prawdą, że wokół pomnika nie można nic budować ani remontować. Po pierwsze prace inwestycyjne nadal są dozwolone, jednak każdorazowo wymagają one uzgodnienia z wyspecjalizowanym organem władzy, w tym przypadku z Wojewódzkim Konserwatorem Przyrody. Po drugie - ustawa o ochronie przyrody przewiduje szereg wyjątków od zakazów, którymi objęty jest teren wokół pomnika. Takimi wyjątkami są między innymi przypadki realizacji inwestycji celu publicznego, prace na potrzeby ochrony przyrody (a odpowiednio napisany plan rewitalizacji skweru bez trudu można do takich zakwalifikować) oraz prace związane z remontami urządzeń wodnych (w tym kanalizacji). 

Skwerek przy stacji PKP w Pruszkowie

W 2010 roku w gminie Sulejówek zezwolono na lokalizację niemieckiego dyskontu sieci Lidl w odległości 12,5 metra od istniejącego pomnika przyrody. W sąsiednim Komorowie czeka nas przebudowa Al. Marii Dąbrowskiej, która stanowi pomnik przyrody o długości 500 metrów i obejmuje ponad 140 drzew. Te przykłady, wraz przytoczonymi przepisami prawa, powinny rozwiewać wszelkie wątpliwości co do praktyki ochrony pomników przyrody. Twierdzenie, jakoby wokół nich nie dało się "nic zrobić", oraz że będą one przeszkodą na drodze do rewitalizacji skwerku, jest tyleż nieuprawnione, co zwyczajnie nieprawdziwe. 

Mechanizmów ochrony przyrody w polskim prawie zdała się nie zrozumieć również radna Małgorzata Widera (KO), która w swojej kontrargumentacji wskazywała, że ustanowienie pomników będzie przeszkodą w przypadku konieczności remontu sieci ciepłowniczej znajdującej się pod skwerem. "Pod tym terenem biegną rury ciepłownicze i w przypadku awarii (...) może dojść do sytuacji, w której nie będzie można ich naprawić bez zgody odpowiednich urzędników." - zauważyła - "również ważne jest to, że ten teren znajduje się w pobliżu PKP i w przypadku awarii mogłoby dojśc do sytuacji, gdzie naprawa nie byłaby możliwa". Między innymi te spostrzeżenia skłoniły radną do konkluzji, iż ustanawianie pomników przyrody w tym miejscu nie jest dobrym pomysłem. "Żeby chronić drzewa nie musimy ustanawiać ich pomnikami przyrody tak, żeby takich utrudnień nie było" - przekonywała.

Trudno jednak nie zauważyć, że wspominane przez radną "utrudnienia" są istotą ochrony przyrody w polskim porządku prawnym. Ustawa o ochronie przyrody przewiduje dziesięć jej form i dokładnie każda z nich ustanawia wyspecjalizowany organ (lub instytucję), który sprawuje dodatkowy nadzór lub kontrolę nad terenem lub obiektem objętym ochroną. Na podobnej zasadzie w Polsce funkcjonuje system ochrony zabytków. W obydwu przypadkach są to mechanizmy powszechnie stosowane w Europie i na całym świecie. Konieczność dokonywania dodatkowych uzgodnień przed rozpoczęciem robót w pobliżu obiektów objętych ochroną jest zwyczajowo najlepszym argumentem "za" obejmowaniem ich ochroną - nie "przeciw".

Postulowanie "innych form ochrony przyrody", które wykluczają "utrudnienia", jest de facto postulowaniem braku formalnej ochrony. "Ochrona bez ochrony" to w istocie nic innego, jak pozostawienie każdego drzewa wypadkowej wielu czynników - negocjacji, presji społecznej, przepychanki politycznej oraz pomysłowości urzędników i polityków.

W przypadku skwerku przy stacji PKP inicjatywa pozostanie po stronie powiatu. To od niego będzie zależało, po jakie środki sięgnie (i czy sięgnie po jakiekolwiek), aby ochronić stare drzewa. Radni będą mogli pomysły starostwa pochwalić bądź skrytykować, jednak de facto poprzez odrzucenie proponowanego im projektu uchwały sami sobie zawężają pole działania.

Radna Widera kilkukrotnie skomentowała również wypowiedź Gębicza, a raczej poszczególne słowa wyrwane z kontekstu tak, by sprawić wrażenie, że społecznik tak naprawdę jest zwolennikiem, a nie przeciwnikiem bezsensownej wycinki leciwych drzew (sic!). Radnej szczególnie nie spodobało się również, że działacz miejski, mówiąc o potencjalnej wycince drzew, użył słowa "siekiera". Spostrzeżenie to było kilkukrotnie "eksploatowane" w dalszych atakach na Gębicza. 

W podobnym tonie przemawiał również radny Kazimierz Mazur, który wyraził oburzenie wobec słów, których społecznik w toku sesji nie wypowiedział (a już na pewno nie we wskazanym przez radnego kontekście). "Pan (Gębicz - przyp. K.Ch.) powiedział, że w Pruszkowie wybudowano jakieś drogi przez 30 lat i one nikomu nie służą. Jakie to są drogi, które nic nie poprawiły?" - dopytywał radny. "Ja sobie nie przypominam, żeby taka sytuacja miała miejsce. Wielokrotnie wspominałem, że pruszkowskie inwestycje są niedociągnięte, przewymiarowane, że są wykonane nie tak jak powinny (...). Nie przypominam sobie jednak, żebym kiedykolwiek oponował przeciwko budowie jakiejkolwiek nowej infrastruktury. Jedyny wyjątek to przebudowa skrzyżowania ul. Pogodnej z ul. Komorowską lecz wtedy również nie byłem przeciwko przebudowie tylko przeciwko przebudowie nadmiarowej" - odpowiedział Gębicz. 

Debata trwała ponad godzinę. Od pierwszej jej minuty radni nie pozostawiali widzom złudzeń, że dyskusja nad projektem jest tylko formalnością lub ewentualnie okazją do zaprezentowania swojego stanowiska i polemiki z projektodawcą uchwały. 

Co ciekawe - w całej plejadzie kontrargumentów przeciwko projektowi uchwały radni zdali się nie spostrzec, że być może stosowanie karkołomnych figur retorycznych (jak te o "siekierze"), akrobacji logicznych (patrz - "ochrona przyrody bez ochrony przyrody") i szpagatów prawnych (vide 15-metrowa strefa wokół pomnika, w której "nic nie można zrobić") nie byłoby potrzebne, gdyby ktokolwiek z zebranych podniósł jeden prosty fakt - złożony przez społecznika projekt uchwały obywatelskiej jest wybrakowany. Ustanowienie pomnika przyrody na terenie gminy wymaga odpowiedniego uzgodnienia z Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska. Dokument ten powinien być gotowy i załączony do projektu przed podjęciem głosowania nad uchwałą - tak się jednak nie stało. Dlaczego? 

Możliwość zgłaszania projektów uchwał przez obywateli to swoiste novum w polskim prawie i obowiązuje dopiero od kilku lat. Zwyczajowo o podobne uzgodnienia zwracał się projektodawca uchwały, jednak do tej pory mogli nimi być tylko wójt (burmistrz, prezydent) lub rada gminy. Co więcej - obowiązek ubiegania się o uzgodnienia przez projektodawcę nigdy nie wynikał wprost z przepisów i był dorozumiewany, zaś praktyka wobec przypadków, w którym projektodawcą są obywatele, nie zdążyła się jeszcze wykształcić.

Gdy więc Arek Gębicz zwrócił się do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska o wymagane ustalenia, nie dostał wiążącej odpowiedzi (a jedynie zwykłe pismo nie będące uzgodnieniem). Gdy zaś zwrócił się o to magistrat -  RDOŚ odmówił wydania ustaleń przez wzgląd na źle wskazaną podstawę prawną. Teoretycznie, wobec braku wiążącej odpowiedzi organu w ciągu 30 dni powinna zostać zastosowana tzw. "milcząca zgoda", tj. wiążące zezwolenie na działanie. W tym wypadku jednak konkurencję do "milczącej zgody" stanowi dokument odmowny, który bez wątpienia znajduje się w bieżącym obiegu prawnym. Powstaje w ten sposób skomplikowany spór prawny, którego rozwiązanie (i wypracowanie jednolitej praktyki lub orzecznictwa na przyszłość), może trwać latami. Na chwilę obecną jednak stan prawny byłby w całości wystarczający dla radnych, aby odrzucić projekt zanim debata rozpoczęła się na dobre i nie korzystać z zawiłej i wielokrotnie niespójnej argumentacji.  

Ale to by wymagało od radnych dobrej znajomości prawa oraz materii, nad którą przychodzi im głosować.