To jedna z najbardziej nielubianych instytucji w Pruszkowie. Zła sława okrywa zwłaszcza oddział przy Kościuszki. Ogromne kolejki, puszczające nerwy. Co parę chwil ktoś daje upust emocjom i wyładowuje się na pracownicach poczty. To, czego one zmuszone są wysłuchiwać, niekoniecznie nadaje się do cytowania.

Poczta Polska z mojej perspektywy jest niereformowalna. Przesyłki idą tygodniami, czasem giną, listonosze wrzucają w budynkach listy do niewłaściwych skrytek, zamiast dostarczyć polecony zostawiają awizo, mimo że adresat jest w domu. Chyba nie ma pruszkowiaka, który choć raz nie padłby ofiarą tej wiecznie niewydolnej instytucji. Do kompletu dodajmy legendarne kolejki do okienek i konieczność nawet kilkudziesięciominutowego oczekiwania, zwłaszcza w oddziale przy Kościuszki, żeby cokolwiek załatwić. Kiedyś myślałem, że w miarę popularyzacji możliwości opłacania rachunków i faktur przez internet kolejki będą maleć. Byłem w błędzie. Owszem, osób przychodzących na pocztę jest mniej, ale… zmniejszono też liczbę czynnych okienek.

Mam do nadania polecony i już sama perspektywa pójścia na pocztę wpycha mnie w lekką depresję. Postanawiam zrobić to wracając z pracy w małym oddziale przy dworcu PKP. Jestem na miejscu koło godz. 17 i… zastaję zamknięte drzwi. W środku ciemno. Okazuje się, że we wtorki poczta czynna jest tylko do 15. To dla kogo jest ta instytucja? – zadaję sobie retoryczne pytanie, a przez głowę zaczynają przelatywać mi różne nieprzyjemne myśli. Nie mam wyjścia, idę do mojej „ulubionej” placówki przy Kościuszki. W środku tradycyjnie kolejka, ale tym razem nieduża, przede mną osiem osób i czynne dwa okienka. Ostatecznie spędzam tu 20 minut będąc mimowolnym świadkiem „rozmów” klientów z pracownicami.

Najpierw klientka w średnim wieku. Podniesionym głosem informuje, że już drugi raz stała pół godziny, a przesyłki nadal nie ma. Dalej jest litania narzekań zakończonych krzykiem, że cała ta firma już dawno powinna paść, że ona jej tego życzy i w ogóle świat bez poczty byłby lepszy. Po chwili młody człowiek. Żąda widzenia się z kierownikiem. Kiedy słyszy, że nie ma, zaczyna podniesionym głosem mówić, że doprowadzi do tego, że listonosz straci pracę, i w ogóle wszystkich pozwalnia. Kiedy wychodzę słyszę, jak przy okienku dobrze ubrana kobieta informuje cały świat, że ona nie ma czasu, że jej czas kosztuje, że pracownicy poczty nie szanują tego i straconego czasu jej nie zwrócą.

Chyba nie ma pruszkowiaka, który choć raz nie padłby ofiarą tej wiecznie niewydolnej instytucji.

Takich zdarzeń jestem świadkiem niemal za każdym razem. Krzyczą starsi i młodsi, kobiety i mężczyźni. Mam wrażenie, że najgorsi są ci przed czterdziestką. Najpierw stoją w kolejce z telefonem przy uchu i rozmawiają na tyle głośno, żeby doskonale było ich słychać, informując kogoś tam, że są na tej cholernej, popapranej, zasr… (albo i jeszcze gorzej) poczcie, że się spóźnią, ale nie mają innego wyjścia. A potem wyładowują niezadowolenie na pracownicach, że powinno być więcej okienek, że co ta instytucja sobie myśli, że tylko podnosi ceny, a jakość obsługi się nie poprawia.

A jak na krzykaczy reagują panie w okienkach? Nijak. Zdają się w ogóle nie zauważać emocji, grzecznie odpowiadają, że brakuje ludzi do pracy, że koleżanka musiała wyjść na przerwę, bo od paru godzin nic nie jadła, że musiała pójść poszukać przesyłki, a to czasem trwa, że nie jest kierowniczką listonosza i nie ma wpływu na długość wędrówki paczki do adresata.

Sięgam pamięcią wstecz i zastanawiam się, czy kiedykolwiek zostałem na poczcie źle obsłużony. Nie przypominam sobie. Zawsze słyszę „proszę”, „dziękuję”, na moje „do widzenia” pada taka sama odpowiedź. Na każde pytanie dotyczące nadawania przesyłek dostaję rzeczową i grzeczną odpowiedź.

Lubimy wyładowywać się na ludziach, których przez sam fakt kontaktu z klientem traktujemy nie tylko jako reprezentantów firmy, ale niemal jak prezesów odpowiedzialnych za jakość usług. Atakujemy konduktora, że pociąg znowu jedzie opóźniony (tak jakby on był temu winien), kasjerkę w markecie, że tylko jedna kasa jest czynna (choć ona akurat pracuje i to ciężko, a za układanie dyżurów odpowiada kierownik sklepu), kierowcę autobusu, że przyjechał po czasie (jakby celowo stał w korku), panią na poczcie, że listonosz jest chory i nie ma komu roznieść korespondencji (no właśnie, choruje listonosz, a nie ta pani).

Poczty Polskiej jako instytucji nie cierpię, ale pracownice okienek w pruszkowskich placówkach szanuję jak mało kogo. Zastanawiam się, jak długo bym wytrzymał, gdybym musiał którąś zastąpić. Obawiam się, że nie dałbym rady nawet tygodnia. Zresztą chyba nigdy na poczcie przy Kościuszki przy obsłudze klienta nie pracował żaden facet. Ciekawe dlaczego…