Logo facebook - Ikona Logo instagram - Ikona Logo youtube - Ikona Logo spotify - Ikona
zpruszkowa.pl logo

Po odwołaniu prezydenta Krakowa – fala referendalna może przetoczyć się przez polskie miasta. Czy Piotr Bąk jest bezpieczny?

Sławomir BUKOWSKI
Sprawdziliśmy, jakie zarzuty mieszkańcy Krakowa najczęściej wysuwali pod adresem swojego (już byłego) prezydenta i czy z podobnymi zmaga się włodarz Pruszkowa.
Piotr Bąk I Aleksander Miszalski
Ilustracja: Piotr Bąk I Aleksander Miszalski

Aleksandra Miszalskiego, polityka Koalicji Obywatelskiej, w niedzielę 24 maja mieszkańcy Krakowa pozbawili w referendum stanowiska prezydenta. Dla niego samego, jak i dla wielu Polaków, to był szok. Jak bowiem wyliczył Związek Miast Polskich, w ciągu ostatnich 20 lat w Polsce odbyło się aż 320 głosowań dotyczących odwołania wójta, burmistrza lub prezydenta miasta, jednak tylko w 43 przypadkach okazały się one skuteczne. Co więcej, zdecydowana większość referendów była i jest przeprowadzana w mniejszych ośrodkach. Aleksander Miszalski jest raptem ósmym prezydentem miasta odwołanym w tym trybie.

Wydarzenia w Krakowie rozgrzały scenę polityczną w Polsce. Premier Donald Tusk rozwiązał lokalne struktury KO w Małopolsce, chcąc ukarać działaczy, którzy zawiedli. Aleksander Miszalski stracił stanowisko nie tylko z powodu własnych decyzji, lecz także w następstwie polityki realizowanej w Krakowie przez jego partię (choć nie brakuje głosów, że skoro pojawiła się okazja do uderzenia w samego Tuska, to mieszkańcy z niej skorzystali).

W całym kraju zaczęły pojawiać się inicjatywy, których celem jest doprowadzenie do kolejnych referendów odwoławczych – szczególnie w miastach rządzonych przez Koalicję Obywatelską.

Referendum jest już niemal pewne w Rzeszowie (prezydent: Konrad Fijołek – oczywiście z KO). Trwa zbiórka podpisów pod wnioskiem o referendum w Radomiu (prezydent: Radosław Witkowski z KO). Emocje narastają w Kielcach (prezydentka: Agata Wojda z KO), we Wrocławiu (prezydent: Jacek Sutryk, bezpartyjny, ale niegdyś wspierany przez KO), a nawet w Gdańsku (prezydentka: Aleksandra Dulkiewicz z KO) – choć w tym ostatnim mieście szanse na odwołanie wydają się znikome.

Realne ryzyko utraty stanowiska w referendum ciąży nad prezydentem Częstochowy Krzysztofem Matyjaszczykiem (Lewica), który w lutym został zatrzymany przez CBA. Po przedstawieniu zarzutów korupcyjnych otrzymał zakaz wstępu do urzędu miasta, a jego obowiązki wykonuje obecnie zastępca.

Głosowania mogą odbyć się także w mniejszych ośrodkach, jak na przykład w Bochni. Już raz zbierano tam podpisy pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania burmistrz Magdaleny Łacnej (KO), jednak nie udało się zgromadzić wymaganej liczby podpisów. Na celowniku politycznych przeciwników jest również prezydentka Gliwic Katarzyna Kuczyńska-Budka – żona Borysa Budki, polityka Koalicji Obywatelskiej, obecnie europosła.

Pruszków bastionem KO – na jak długo?

Po wyborach samorządowych w 2024 roku Pruszków znalazł się w rękach Koalicji Obywatelskiej. Do tej partii należy zarówno prezydent miasta Piotr Bąk, jak i starosta Adrian Ejssymont. W przeciwieństwie do Gdańska ten polityczny bastion wcale jednak nie musi być trwały.

Po pierwsze, w poprzedniej kadencji miastem rządził duet Paweł Makuch (bezpartyjny) i Konrad Sipiera (Prawo i Sprawiedliwość). Zmiana układu sił politycznych w mieście nie jest niczym nadzwyczajnym.

Po drugie, już kilka miesięcy po wyborach klub KO w Radzie Miasta Pruszkowa rozpadł się. Grupa, która go opuściła, nazwała się Pruszków Obywatelski, pozostając jednocześnie w permanentnym konflikcie z radnymi, którzy barwom KO są wierni.

Po trzecie wreszcie, prezydent z KO i starosta z KO prowadzili publiczne spory dotyczące zasad współpracy między dwoma szczeblami samorządu. W pewnym momencie starosta zagroził nawet prezydentowi likwidacją linii autobusowych. Z kolei radni miejscy przyjęli stanowiska oskarżające powiat o brak współdziałania, przy okazji obnażając słabość negocjacyjną własnego prezydenta. To nie buduje wizerunku skutecznych rządów Koalicji Obywatelskiej, nawet wśród sympatyków tej partii.

W Pruszkowie dotychczas nie pojawił się choćby zalążek inicjatywy referendalnej. Nie oznacza to jednak, że jej prawdopodobieństwo – w obliczu nastrojów panujących w Polsce – jest zerowe. Czy mieszkańcy Pruszkowa mieliby powody, aby odwołać prezydenta, którego wybrali zaledwie dwa lata temu?

Aby poszukać odpowiedzi na to pytanie, przyjrzeliśmy się zarzutom wysuwanym przez mieszkańców Krakowa, które przyczyniły się do usunięcia Aleksandra Miszalskiego z urzędu. Czy analogiczne zarzuty można by postawić Piotrowi Bąkowi?

Aleksander Miszalski a Piotr Bąk

1. Gwałtowny wzrost zadłużenia miasta

Jednym z głównych argumentów przeciwników Aleksandra Miszalskiego było zwiększanie zadłużenia Krakowa oraz planowanie kolejnych kredytów. Krytycy zarzucali władzom miasta prowadzenie polityki finansowej, która w przyszłości może ograniczyć możliwości inwestycyjne samorządu.

W Pruszkowie budżet na 2026 rok, przyjęty przez radnych, również przewiduje gwałtowny wzrost zadłużenia – do 215 mln zł. Oznacza to, że po raz pierwszy w historii miasta przekroczona zostanie symboliczna granica 200 mln zł długu.

Piotr Bąk, Dorota Kossakowska, Michał Landowski, Karol Chlebiński

Władze miasta nie udzieliły dotąd jednoznacznej odpowiedzi na kluczowe pytanie: co takiego wydarzyło się w finansach Pruszkowa, że konieczny okazał się tak znaczący wzrost zadłużenia? Nie przedstawiły także mechanizmu tej zmiany – nie wyjaśniły, które konkretnie pozycje budżetowe wpłynęły na nią, jakie ryzyka zostały przyjęte, jakie warianty alternatywne były rozważane oraz dlaczego właśnie ten scenariusz uznano za najbardziej realny i właściwy.

2. Zarzuty kolesiostwa i układów

W Krakowie jednym z najczęściej powtarzanych zarzutów było obsadzanie stanowisk osobami związanymi z Koalicją Obywatelską lub środowiskiem prezydenta. Krytycy określali takie praktyki mianem kolesiostwa i zarzucali władzom brak przejrzystości przy nominacjach do spółek miejskich oraz jednostek podległych magistratowi. Najbardziej jaskrawym przykładem było zatrudnienie polityka KO, który nie ma nawet matury, na stanowisku doradcy największej miejskiej spółki, gdzie zarabia około 13 tys. zł miesięcznie.

W Pruszkowie polityka kadrowa budzi nie mniejsze emocje. W 2024 roku, zaledwie kilka tygodni po wyborach samorządowych, rada nadzorcza spółki TBS „Zieleń Miejska” odwołała z funkcji prezesa Annę Brożynę, a obowiązki prezesa powierzyła Pawłowi Wiśniewskiemu. Wiśniewski kandydował wcześniej do Rady Miasta Pruszkowa z listy Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej (MWS). W czasie kampanii był aktywny, uczestniczył w spotkaniach organizowanych przez ówczesnego lidera MWS w Pruszkowie Michała Landowskiego, pomagał mu także przy akcjach związanych z tzw. Ławeczką Dialogu. Do rady się nie dostał, ale na profity nie musiał długo czekać.

Paweł Wiśniewski W TBS

Kiedy rada nadzorcza spółki ogłosiła konkurs na stanowisko prezesa, wiele osób nie miało wątpliwości, że wygra go Wiśniewski (który przystąpił do konkursu jako p.o. prezesa), bo choćby się paliło i waliło, „Wiśniewski ma go wygrać”. I rzeczywiście, wygrał.

Co istotne, wymagania stawiane kandydatom nie należały do szczególnie wygórowanych. Aby ubiegać się o kierowanie TBS-em, wystarczyło mieć wyższe wykształcenie, pięcioletni staż pracy (za który uznawane jest również prowadzenie działalności gospodarczej) oraz trzyletnie doświadczenie na stanowiskach kierowniczych lub jego odpowiednik w postaci prowadzenia własnej firmy. Kryteria te spełniał więc praktycznie każdy, kto ukończył studia i prowadził działalność gospodarczą przez co najmniej osiem lat.

W drugiej dużej miejskiej spółce – Centrum Kultury i Sportu – po rezygnacji prezes Agnieszki Wierzbickiej obowiązki prezesa powierzono Grzegorzowi Chwiłocowi-Fiłocowi, harcerzowi z Marek. Jak pisaliśmy w kwietniu 2024 roku: „Nagły zwrot jego kariery w kierunku Pruszkowa z pewnością ma bardzo wiele racjonalnych wyjaśnień. Jednym z nich może być fakt, że przez lata działał w strukturach Związku Harcerstwa Polskiego. Tam zaś, sądząc po ogólnodostępnych materiałach zamieszczonych na stronie internetowej i w mediach społecznościowych ZHP, miał więcej niż jedną okazję, by poznać obecnego wiceprezydenta Pruszkowa Michała Landowskiego”.

Co ciekawe, niedługo później Chwiłoc-Fiłoc został już formalnie prezesem CKiS, bez p.o. przed nazwą stanowiska – i to bez przeprowadzania otwartego konkursu.

Grzegorz Chwiloc

Prezes CKiS utrzymał się w fotelu do dziś mimo głośnych kontrowersji, do których sam się przyczynił. Pierwszą z nich było wynajęcie miejskiej hali na tzw. galę MMA. Decyzja wzburzyła część mieszkańców i radnych, jednak prezes nie zmienił zdania i wydarzenie doszło do skutku.

Jeszcze większy rozgłos – wręcz międzynarodowy – wywołała kolejna decyzja. Chwiłoc-Fiłoc postanowił wynająć pruszkowską halę na występy Anatolija Kaszpirowskiego – rosyjskiego „cudownego uzdrowiciela” z czasów Związku Radzieckiego. Informacje o zaproszeniu do Pruszkowa sowieckiego psychiatry, przez wielu uznawanego za szarlatana, obiegły ogólnopolskie media. W ostrych słowach zareagowała Naczelna Izba Lekarska, która wskazała, że udostępnienie obiektu „samorządowego, otwartego i teoretycznie zaufanego” osobie propagującej pseudonaukowe treści może podważać społeczne zaufanie do medycyny opartej na faktach. Sprawą zainteresowało się nawet Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Ostatecznie występy Kaszpirowskiego po cichu odwołano, a prezes Chwiłoc-Fiłoc nie odpowiedział na żadne pytania prasowe, które do niego skierowaliśmy, choć ustawa do udzielania odpowiedzi go obliguje.

Kontrowersje związane z działalnością prezesa CKiS nie przeszkodziły prezydentowi Piotrowi Bąkowi w powołaniu Chwiłoca-Fiłoca do Komitetu Organizacyjnego obchodów 110. rocznicy nadania Pruszkowowi praw miejskich, choć jak już wspomnieliśmy, Chwiłoc-Fiłoc jest harcerzem z Marek.

3. Niespełnianie obietnic wyborczych

Część mieszkańców Krakowa uważała, że Aleksander Miszalski wygrał wybory jako kandydat „zmiany po Jacku Majchrowskim”, jednak po objęciu urzędu nie przeprowadził oczekiwanych reform. Zarzucano mu przede wszystkim działania o charakterze wizerunkowym zamiast realnych zmian w funkcjonowaniu miasta.

Choć w tym roku minie już połowa obecnej kadencji samorządowej, realizacja obietnic wyborczych przez Piotra Bąka w Pruszkowie pozostawia wiele do życzenia. W kampanii zapowiadał stabilizację budżetu miasta: „Będę pracować nad systematyczną redukcją zadłużenia poprzez efektywne zarządzanie budżetem i priorytetyzację wydatków”. Tymczasem w 2026 roku zadłużenie Pruszkowa może osiągnąć historycznie wysoki poziom 215 mln zł.

Finanse Kryzys

„Wspólnie przeprowadzimy audyty wydatków, aby zapewnić przejrzystość i skuteczność naszych działań” – obiecywał Bąk. Jeśli takie audyty rzeczywiście zostały przeprowadzone, mieszkańcy nie zostali dotąd zapoznani z ich wynikami.

„Planuję utworzyć centrum przesiadkowe przy stacji PKP Pruszków”. W budżecie na 2026 rok próżno szukać wydatków przeznaczonych na ten cel. Prezydent nie przedstawił dotąd choćby koncepcji realizacji takiej inwestycji.

„Przewiduję modyfikację linii autobusowych oraz włączenie Pruszkowa do sieci Grodziskich Przewozów Autobusowych. Dzięki tym zmianom mieszkańcy będą mieli lepszy dostęp do komunikacji aglomeracyjnej, co przyczyni się do ułatwienia codziennych podróży”. Ta obietnica zostanie spełniona jedynie częściowo. 1 lipca 2026 roku wejdzie w życie reforma komunikacji miejskiej w Pruszkowie – na liniach pojawi się nowy tabor, a układ tras zostanie zmieniony. Z planów włączenia miejskiej komunikacji do sieci GPA Piotr Bąk, już jako prezydent, ostatecznie się wycofał. Co więcej, pomiędzy nim a starostą wybuchł publiczny spór dotyczący zasad współfinansowania połączeń autobusowych.

W poprzedniej kadencji Piotr Bąk wiele uwagi poświęcał również planom stworzenia w Pruszkowie reprezentacyjnego placu miejskiego oraz potrzebie budowy nowego gmachu urzędu miasta. Po wyborach oba te tematy zniknęły z listy priorytetowych inwestycji i wydatków samorządu.

4. Niesłuchanie mieszkańców i ignorowanie ich postulatów

W Krakowie najbardziej jaskrawym przykładem konfliktu pomiędzy władzami miasta a mieszkańcami było utworzenie oraz zakres ograniczeń związanych ze Strefą Czystego Transportu. Miszalskiemu zarzucano brak odpowiednio szerokich konsultacji społecznych, a także nakładanie nadmiernych obciążeń finansowych na właścicieli starszych samochodów.

Petycja W Sprawie 817

W Pruszkowie Strefy Czystego Transportu nie ma i zapewne nigdy nie będzie. Nie oznacza to jednak, że nie można wskazać przykładów sytuacji, w których głos mieszkańców został zignorowany. Za najbardziej wyrazisty wielu mieszkańców uznaje sposób organizacji połączeń komunikacyjnych z Warszawą, a konkretnie funkcjonowanie linii autobusowej 817.

Autobus kursuje wyłącznie w dni robocze i jedynie w godzinach szczytu. Jakby tego było mało, w ubiegłoroczne wakacje linia została zawieszona na wiele tygodni. Mieszkańcy, którzy codziennie dojeżdżali nią do pracy, zostali na lodzie.

Pruszkowianie zorganizowali się i przygotowali petycję do prezydenta Bąka, domagając się przywrócenia połączenia oraz przekształcenia 817 w linię kursującą przez cały tydzień. W sprawę zaangażowała się również posłanka Paulina Matysiak, która przyjechała do Pruszkowa, aby wesprzeć mieszkańców i podjąć interwencję. Bezskutecznie. Prezydent pozostał nieugięty, mimo że petycję podpisało ponad tysiąc osób.

Jak wynika z informacji zamieszczonych na rozkładach jazdy, za kilka tygodni linia 817 ponownie przestanie kursować. Dla wielu mieszkańców jest ona dziś symbolem lekceważenia przez prezydenta postulatów społecznych i braku gotowości do uwzględniania ich potrzeb.

5. „Błaznowanie”

Takiego określenia użył w Krakowie Łukasz Gibała – przedsiębiorca i kontrkandydat Aleksandra Miszalskiego w ostatnich wyborach na prezydenta miasta. Gibała przegrał zaledwie o włos w drugiej turze, a dziś ponownie zapowiada walkę o fotel prezydenta.

Określenie odnosiło się do głośnego filmu opublikowanego przez Miszalskiego w sierpniu 2025 roku. Na nagraniu zamieszczonym w serwisie TikTok prezydent tańczył na dachu magistratu pod biało-czerwoną flagą, na tle panoramy Krakowa. Film był nawiązaniem do popularnego wówczas internetowego trendu określanego mianem „aura farming”, polegającego na tworzeniu krótkich, efektownych materiałów budujących wizerunek osoby lub miejsca.

Miszalski tłumaczył, że jego celem było dotarcie do młodszych odbiorców za pomocą formatu popularnego w mediach społecznościowych. Nagranie wywołało jednak liczne kontrowersje. Część mieszkańców skrytykowała prezydenta za „tiktokizację” urzędu i pytała, czy taka forma komunikacji przystoi gospodarzowi jednego z największych polskich miast.

Taniec Miszalskiego I Bąka

W Pruszkowie taneczne występy prezydentów zaczynają już mieć swoją tradycję. Aktywny udział w miejskich imprezach brał poprzedni prezydent Paweł Makuch. W mediach społecznościowych rozpowszechniano między innymi jego zdjęcia wysmarowanego kolorowymi farbami podczas jednego z wydarzeń plenerowych.

Śladami Makucha podąża Piotr Bąk. Zdjęcia tańczącego prezydenta wywołują zarówno entuzjastyczne reakcje części mieszkańców, ale i bardzo krytyczne komentarze.

O tym w Pruszkowie się nie mówi

Lista zarzutów formułowanych wobec Aleksandra Miszalskiego w Krakowie była znacznie dłuższa. Dla porządku przywołajmy również te, dla których trudno znaleźć bezpośrednie odpowiedniki w Pruszkowie.

Jednym z nich był zarzut konfliktowego stylu zarządzania. Krakowskie media wielokrotnie opisywały spory prezydenta z radnymi, organizacjami społecznymi oraz częścią środowisk miejskich. Krytycy twierdzili, że Miszalski nie potrafił budować trwałego poparcia dla swoich projektów ani skutecznie pozyskiwać sojuszników dla proponowanych rozwiązań.

Pojawiały się kontrowersje dotyczące wysokości premii i wynagrodzeń wypłacanych kierownictwu urzędu oraz miejskich instytucji. Krytyka była tym silniejsza, że temat ten zbiegł się w czasie z podwyżkami opłat odczuwanymi przez mieszkańców.

Wreszcie istotnym wątkiem była polityka miasta wobec turystyki i funkcjonowania centrum Krakowa. Część środowisk miejskich zarzucała Miszalskiemu brak skutecznych działań ograniczających negatywne skutki masowej turystyki oraz imprezowego charakteru śródmieścia. Temat ten regularnie powracał w debacie dotyczącej jakości życia mieszkańców Starego Miasta i ochrony jego funkcji mieszkalnej

Ilu głosów potrzeba, by odwołać wójta, burmistrza lub prezydenta?

W referendum odwoławczym nie obowiązuje z góry określona liczba głosów „za”, która automatycznie przesądza o odwołaniu wójta, burmistrza lub prezydenta miasta. Aby referendum zakończyło się sukcesem, muszą zostać spełnione dwa warunki:

1. referendum musi być ważne, co oznacza, że musi w nim wziąć udział co najmniej 3/5 liczby osób uczestniczących w wyborze odwoływanego wójta, burmistrza lub prezydenta miasta;

2. większość ważnie głosujących musi opowiedzieć się za odwołaniem włodarza, czyli liczba głosów „tak” musi być większa niż liczba głosów „nie”.

Ile wynosi wspomniane trzy piąte? To zależy od konkretnej gminy lub miasta. W każdej jednostce samorządu terytorialnego próg jest inny, ponieważ wynika bezpośrednio z frekwencji osiągniętej podczas wyboru urzędującego włodarza.

Sprawdzenie wymaganych wartości jest proste. W internecie dostępny jest kalkulator Policz Referendum. Wystarczy wpisać nazwę miejscowości, a system automatycznie analizuje dane z ostatnich wyborów i podaje wymagane progi.

Sprawdziliśmy Pruszków. Kalkulator wyświetlił: wymagana liczba podpisów pod wnioskiem o referendum – 4572, próg ważności referendum – udział co najmniej 11 726 osób.

Artykuły, które również mogą Cię zainteresować:

REDAKCJA POLECA
Liceum Ogólnokształcące im. Tomasza Zana w Pruszkowie Edukacja i Oświata

Wyluzowany wuefista czy przekroczenie granic? Skargi na nauczyciela w "Zanie" wpływały przez cały rok, ale rzecznik dyscyplinarny ich nie zobaczył

Konstanty CHODKOWSKI

Przez cały rok szkolny 2025/2026 do dyrekcji Liceum Ogólnokształcącego im. Tomasza Zana w Pruszkowie wpływały skargi na zachowanie nauczyciela wychowania fizycznego wobec uczennic: od niestosownych komentarzy, przez wizyty w żeńskiej przebieralni, po zamknięcie trzech uczennic w szkolnym magazynku. Dyrekcja ani razu nie zawiadomiła rzecznika dyscyplinarnego, choć wymaga tego Karta Nauczyciela. Rodzice załamują ręce z bezradności, nauczyciele mówią o zamiataniu sprawy pod dywan.