Jeśli radni przez dwa lata z rzędu nie udzielą prezydentowi wotum zaufania, mają prawo przyjąć uchwałę o rozpisaniu referendum w sprawie odwołania go.

Ta kadencja samorządowa jest pierwszą w historii, w której funkcjonuje instytucja wotum zaufania dla wójta, burmistrza oraz prezydenta miasta. Wotum powinno być głosowane w pierwszej połowie roku za rok poprzedni, ale w 2020 r. wyjątkowo – z powodu pandemii koronawirusa – maksymalny termin został przesunięty o dwa miesiąca. W Pruszkowie poświęcona mu sesja rady miasta zaplanowana jest na 27 sierpnia.

To będzie specjalna sesja. Radni zdecydują, czy udzielić Pawłowi Makuchowi absolutorium za wykonanie budżetu za 2019 rok – z tym nie powinno być problemu, jest już nawet pozytywna rekomendacja Komisji Rewizyjnej w tej sprawie. Zresztą – gdyby nawet radni postanowili absolutorium nie udzielić, prezydent, mając w ręku korzystną dla niego opinię Regionalnej Izby Obrachunkowej, może zaskarżyć uchwałę do sądu z dużym prawdopodobieństwem wygranej. Radni będą też debatować nad przedstawionym przez prezydenta raportem o stanie miasta oraz wotum zaufania. Wynik tej debaty i głosowania jest z góry przesądzony. Prezydent, podobnie jak rok temu, wotum nie dostanie. Radni SPP niemal bez wyjątku zagłosują przeciw albo wstrzymają się od głosu – decyzję ta formacja już podjęła. Wszystko wskazuje, że podobnie zachowa się klub KO. Głosów PiS oraz SWPR będzie za mało, aby wotum przeszło. Trzeba pamiętać, że aby zostało ono udzielone, „za” musi opowiedzieć się bezwzględna większość ustawowego składu rady. W Pruszkowie głos na „tak” musiałoby oddać 12 radnych. Każdy wstrzymujący się działa w tym przypadku na niekorzyść prezydenta – dla wotum ważne są tylko głosy „za”.

Na analizy przyczyn decyzji radnych przyjdzie jeszcze czas, ale już teraz warto zastanowić się nad konsekwencjami nieudzielenia wotum. Zgodnie z art. 28aa ust. 10 ustawy o samorządzie gminnym, w przypadku nieudzielenia prezydentowi wotum zaufania w dwóch kolejnych latach rada miasta może podjąć uchwałę o przeprowadzeniu referendum w sprawie odwołania prezydenta. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę, że byłoby to referendum arbitrażowe, niosące ryzyko, że… rada miasta zostanie rozwiązana! Dlaczego?

Odpowiedzi należy szukać w art. 67 ustawy o referendum lokalnym. Czytamy w nim: „Jeżeli w ważnym referendum o odwołanie wójta (burmistrza, prezydenta miasta), przeprowadzonym na wniosek rady gminy z innej przyczyny niż nieudzielenie absolutorium, przeciwko odwołaniu wójta (burmistrza, prezydenta miasta) oddano więcej niż połowę ważnych głosów, działalność rady gminy ulega zakończeniu z mocy prawa”. Czyli jeśli radni zdecydują się przyjąć uchwałę o referendum, będzie ono ważne (spełniony zostanie wymóg minimalnej frekwencji, a więc do urn pójdzie co najmniej trzy piąte liczby osób, które w ostatnich wyborach wzięły udział w wyborze prezydenta), zaś większość mieszkańców w referendum zagłosuje przeciwko odwołaniu prezydenta – to zachowa on stanowisko, jednak rada miasta przestanie istnieć i przeprowadzone zostaną nowe wybory. Stąd nazwa: arbitraż. Celem referendum jest bowiem przecięcie sporu pomiędzy dwoma organami władzy samorządowej. Skoro nie mogą się dogadać i decydują się na wariant ostateczny w postaci referendum, przedstawiciele jednego z tych organów powinni stracić stanowiska.

Pruszkowscy radni musieliby więc podjąć podwójne ryzyko. Po pierwsze, zmobilizować mieszkańców, żeby w ogóle zechcieli głosować. Już z tym byłby problem – zdecydowana większość referendów odwoławczych w Polsce jest nieważna z powodu zbyt małej frekwencji. Dokładnie tak zakończyło się w czerwcu głosowanie w Milanówku w sprawie odwołania burmistrza Piotra Remiszewskiego. Mimo zmasowanej i bardzo ostrej kampanii jego przeciwników, mieszkańcy woleli zostać w domach. Po drugie, radni nie mają żadnej gwarancji, że gdyby jednak pruszkowiacy do urn poszli, większość opowie się za pozbawieniem prezydenta stanowiska.

Z dużym prawdopodobieństwem, graniczącym z pewnością, można więc dziś założyć, że radni w Pruszkowie na referendum się nie odważą. Sesja 27 sierpnia będzie miała wymiar symboliczny. Nieprzychylni prezydentowi radni powygłaszają oświadczenia, w których odwołają się do obietnic z kampanii wyborczej, będą szermować oskarżeniami o braku współpracy, zaufania i zrozumienia. Na koniec zagłosują przeciwko wotum. Sesja będzie swoistym spektaklem, po zakończeniu którego każdy widz – zarówno zwolennik Pawła Makucha, jak i jego przeciwnik – tylko utwierdzi się w swojej dotychczasowej ocenie jakości pruszkowskiego samorządu.

Czy jednak wynik głosowania w sprawie wotum można bagatelizować? Nie do końca. Wygłoszone na sierpniowej sesji deklaracje – zarówno radnych, jak i Pawła Makucha – pozwolą zdefiniować bazę ich współpracy jesienią i na koniec roku, kiedy opiniowany i głosowany będzie budżet Pruszkowa na 2021 rok. Skala otwartości obu stron przełoży się na scenariusz prac nad najważniejszą dla miasta uchwałą. Scenariusz, mam nadzieję, pozbawiony akcentów politycznych, zaś pełen troski o rozwój Pruszkowa. Czy na najbliższej sesji radnym uda się powstrzymać emocje, z czym tak często mają problem? Czy prezydent zamiast tylko udowadniać, jak ciężko pracuje dla mieszkańców, wykaże szczerą chęć współdziałania z organem stanowiącym, na współpracę z którym jest z mocy ustawy skazany? Okaże się już za dwa tygodnie.