Komisja Skarg, Wniosków i Petycji to nowy twór w samorządach. Z mocy ustawy w tej kadencji rada miasta powołała ją po raz pierwszy. Generalnie – komisja rozpatruje skargi mieszkańców na działania prezydenta i urzędników (radni mają uprawnienia kontrolne). Jeśli uzna skargę za zasadną, przegłosowuje ten fakt i przygotowuje projekt uchwały, który jest potem poddawany pod głosowanie na sesji z udziałem wszystkich radnych. Treść uchwały i ostateczny wynik głosowania nie są wiążące dla prezydenta, ale mogą być istotną wskazówką do dalszych działań. Po co więc komisja, której wyniki prac mają wartość symboliczną? Otóż jej obrady są jawne z mocy art. 61 ust. 2 Konstytucji RP. Są transmitowane, można je nagrywać, mieszkańcy mogą też zabierać głos i zadawać pytania. Publiczna, zarazem krytyczna analiza problemu, bywa pożyteczna i pouczająca.

Jednak dla pruszkowskich radnych nawet niewysokie wymagania postawione przez ustawodawcę wydają się niemożliwe do spełnienia. Na początku kadencji Komisja Skarg, Wniosków i Petycji – wbrew Konstytucji – uniemożliwiała mieszkańcom udział w obradach, wypraszała ich za drzwi, nie informowała nawet na portalu eSesja, kiedy planuje się zebrać. Po głosach krytyki, jakie się podniosły, zaczęła informować, jednak radny Mieczysław Maliszewski (SPP) – jako jedyny spośród przewodniczących wszystkich komisji Rady Miasta Pruszkowa – nie udostępnia na eSesji z zasady jawnych dokumentów. Komisja więc obraduje, można ją obejrzeć na YouTube, ale nad czym – trzeba się domyślać.

Próbkę możliwości przewodniczącego i komisji mieliśmy w ostatni wtorek. Do rozpatrzenia były dwie skargi: mieszkańców budynku przy ulicy Pogodnej, którzy nie dostali w kodeksowym terminie odpowiedzi od urzędu miasta na skargę w sprawie zalania ich posesji po deszczu, oraz stowarzyszenia Za Pruszków! reprezentowanego przez Arka Gębicza. Zdaniem społecznika, urząd nie egzekwuje od firmy Lormax, mającej czyścić kanały w parku Potulickich, wywiązywania się z umowy hojnie opłacanej z naszych podatków. W tym roku Lormax, po wielu ponagleniach, wreszcie pogłębił fragment doprowadzalnika, którym woda z Utraty płynie do stawów, ale wydobyty cuchnący szlam wyrzucił na brzeg i tak zostawił (zgodnie z umową – powinien go wywieźć).

Radni zabezpieczyli się przed udziałem Gębicza w obradach. Nie pozwolili mu skorzystać z telekonferencyjnej aplikacji ZOOM. Gębicz dostał mejlem z Biura Rady informację podpisaną przez mecenas Joannę Kacprowicz: „(…) Komisja nie ma prawnego obowiązku zaprosić na posiedzenie obradującego organu autora skargi. Istnieje możliwość bezpośredniego połączenia się przez mieszkańca w czasie rzeczywistym na numer wskazany, oraz obserwacji posiedzenia. (…) Wymaga podkreślenia, że Komisja Skarg musi się odnieść tylko i wyłącznie do zarzutów stawianych Prezydentowi w złożonej skardze opierając się na przedłożonych dokumentach”.

O ile radni skwapliwie skorzystali z pierwszej części opinii prawnej, o tyle nie dostosowali się już do wskazówek, że mają opierać się na dokumentach. W przypadku skargi mieszkańców ulicy Pogodnej dotyczącej braku terminowej odpowiedzi z urzędu miasta – problemu nie dostrzegli (bo mamy COVID i ludzie chorują). Woleli skupić się na udowadnianiu, że jak pada deszcz i „pół Polski jest zalane”, to na Pogodnej też musi być mokro. – Żadne rury odwadniające nie odbiorą takiej ulewy – perorował Mieczysław Maliszewski. – Jakby nie było ulewy to by nie było zalania. Ulewy nie zależą ani od pani naczelnik ani od pana prezydenta.

Mówiąc o pani naczelnik Maliszewski miał na myśli Elżbietę Jakubczak-Garczyńską z Wydziału Ochrony Środowiska, którą z uporem nazywał Graczyńską. Ostatecznie skargę mieszkańców Pogodnej radni odrzucili.

A jak poszło im z Arkiem Gębiczem? Braku obiektywizmu w tej sprawie od początku nie krył radny Józef Moczuło (SPP): – Ja mam dosyć pozytywną opinię na temat tej firmy. Kiedyś przez kilka kadencji byłem przewodniczącym spółki wodnej Żbików, ta firma często wygrywała u nas przetargi. Nie mieliśmy nigdy zastrzeżeń, zdarzały się jakieś opóźnienia, ale to chyba normalka w takiej sytuacji. Ja mogę wystawić bardzo pozytywną opinię firmie Lormax – stwierdził Moczuło. Z kolei radnemu Olgierdowi Lewanowi (SPP) pozostawienie cuchnącego szlamu na brzegu kanałku nie przeszkadza: – Namuł rzeczny to żyzna gleba, niektórzy chcieliby taką glebę posiadać. To raczej nie niszczy środowiska ani gleby, raczej ją wzbogaca. Moim zdaniem, to użyźnienie ziemi.

Arek Gębicz dwukrotnie wdzwaniał się na posiedzenie, żeby przedstawić swoje argumenty. – Tylko trzy minuty! – ostrzegł go przewodniczący Maliszewski. Za drugim razem nie pozwolił zabrać głosu: – Nie ma zgody! – krzyknął, w końcu zezwolił, ale znów z zastrzeżeniem: – No trzy minuty… Ale trzy minuty!

Niektórzy radni sprawiali wrażenie, że bardziej od kwestii ochrony przyrody i jakości pracy urzędników interesuje ich wbicie paru szpil Gębiczowi. – Ja tych urzędników znam trzydzieści lat, a pan ich zna cztery lata! Ja wiem, jak pracowali. Pan nagle wyskakuje, że wszyscy w urzędzie źle pracują. No nie wiem… to może pan by się zatrudnił w urzędzie, byłby przynajmniej jeden dobry pracownik? – poradził Gębiczowi Józef Moczuło. Pod koniec obrad nie wytrzymał po raz drugi: – Odniosłem takie wrażenie, że w Pruszkowie jest jeden dobry szeryf, a radni są niedobrzy, urzędnicy są niedobrzy, wszyscy do wyrzucenia. To się zaczyna robić nieznośne. Panie Arku, troszkę bardziej obiektywnie, bez emocji. Pan się zna na namułach, na chodnikach, na budowach, nie ma rzeczy, na której by się pan nie znał. Niech pan bezpodstawnie nie oskarża, że wszyscy mają złą wolę.

Nie ma sensu relacjonować wymiany zdań Gębicza, radnych i pani naczelnik Garczyńskiej, bo każdy argument mieszkańca o niewywiązywaniu się firmy Lormax z umowy spotykał się z odpowiedzią, że tak nie jest, ale bez przedstawienia dowodów. Podobno Lormax część mułu wywiózł – Wydział Ochrony Środowiska, na prośbę Olgierda Lewana i radnej Małgorzaty Widery (KO), spróbuje znaleźć na to dowody w postaci zdjęć, raportów odbioru mułu i informacji na temat jego wagi albo objętości. Ma je przedstawić na kolejnym posiedzeniu komisji. – Spotkalibyśmy się w grudniu na piętnaście, dwadzieścia minut, żeby to uwiarygodnić, że jesteśmy po prostu nie dlatego że jesteśmy, ale dlatego że chcemy po prostu zbadać jak to praktycznie wygląda – oznajmił w swoim stylu przewodniczący Maliszewski.

Jakie wnioski można wysnuć po obejrzeniu wtorkowych obrad?

1. Jeśli mieszkaniec Pruszkowa liczy na to, że komisja Skarg Wniosków i Petycji pracuje transparentnie, a dokumenty są jawne, może srogo się zawieść.

2. Mieszkaniec musi pogodzić się z tym, że zamiast głębokiej analizy dokumentów usłyszy ludowe mądrości, na przykład o użyźnianiu gleby mułem.

3. Musi przygotować się na docinki i uwagi dotyczące jego osobowości i charakteru.

4. Jeśli mieszkaniec zechce ustosunkować się do tych docinków, niech nie oczekuje, że zostanie wpuszczony na wizję poprzez program do obsługi telekonferencji.

5. Mieszkaniec może za to liczyć na dobre życiowe rady, na przykład, że skoro taki mądry, to niech pójdzie popracować w urzędzie miasta.

Ja dzisiaj obawiałbym się poskarżyć Komisji Skarg nawet na to, że potknąłem się o krzywy chodnik przed urzędem miasta. W odpowiedzi mógłbym usłyszeć, że krzywe to są moje nogi, a do tego niewykluczone, że mam zeza.