Małgorzata Urbańska mieszka przy ulicy Strumykowej w Malichach. Pobudowała się w latach 90. – Jednak wcześniej zleciłam badania geologiczne, żeby sprawdzić, czy w tym miejscu nie ma cieków wodnych, które uniemożliwiłyby mi budowę podpiwniczonego domu. Zrobiono odwierty. Badania potwierdziły, że zagrożenia nie ma. Na tej podstawie starostwo powiatu pruszkowskiego wydało mi pozwolenie – mówi portalowi zpruszkowa.pl pani Małgorzata. – Na wszelki wypadek piwnica została dodatkowo obudowana tzw. wanną. Z początku wszystko było dobrze, ale od 2010 roku w piwnicy zaczęła pojawiać się woda. To pokazuje, jak duże musi być ciśnienie wód podziemnych napierających od strony rzeki, że wanna się rozszczelniła.

Wody w piwnicy gromadzi się tak dużo, że kobieta na własny koszt kupiła i zainstalowała pompę. – Jej obsługa jest ciężka. Nie jest tak, że włączam przycisk i woda znika. Muszę schodzić do piwnicy i zagarniać szuflą wodę do pompy, żeby ta ją zebrała. Czasem kilka razy dziennie – mówi Urbańska.

Izabela Tworek również mieszka przy Strumykowej. Nieco dalej od rzeki, to jednak nic nie daje. Wody zbierało się tak dużo, że zmuszona była na swój własny koszt wykonać tzw. iniekcję krystaliczną całej piwnicy i przyziemia. – To był bardzo duży wydatek, którego miasto mi nie zrefunduje – mówi nam pani Izabela. – Wielu mieszkańców Malich od kilku lat regularnie walczy z wodą. Moi sąsiedzi kupili pompę i ona musi pracować nawet po kilka godzin każdego dnia, żeby osuszyć piwnicę. A kto nie ma pompy, wylewa wodę wiadrem.

Mieszkańcy mówią, że podsiąkająca woda powoduje nie tylko zalewanie piwnic. Oznacza również postępujące zawilgocenie tynków, śmiertelnie niebezpieczny dla zdrowia grzyb, który będzie atakował pomieszczenia. Tych problemów, ich zdaniem, nie byłoby, gdyby miasto naprawiło zepsuty jaz na Utracie pozwalający regulować poziom wody. W czasie silnych opadów można by zwiększać jej przepływ, tym samym obniżając poziom wód gruntowych w pobliżu rzeki.

Jaz nie działa, urząd czeka

Maliszanie zjawili się w niedzielę przy jazie na zaproszenie Arka Gębicza, prezesa stowarzyszenia Za Pruszków! Stawiła się także dwójka radnych z Malich: Olgierd Lewan (SPP) oraz Anna Maria Szczepaniak (PiS).

Jaz2

Na zdjęciu: Na pierwszym planie mieszkanka Malich Małgorzata Urbańska

Arek Gębicz mówił, że od blisko trzech lat bezskutecznie próbuje nakłonić prezydenta Pruszkowa Pawła Makucha do wyłożenia pieniędzy na remont jazu. Kosztowałby około 500 tys. zł. To nie jest duża suma dla budżetu miasta wynoszącego 400 mln zł rocznie. Jednak prezydent nie jest skłonny do asygnowania pieniędzy, gdyż po pierwsze, jaz nie należy do miasta (jego właścicielem, z mocy ustawy, są Wody Polskie), a po drugie, w wyniku czyjegoś zaniedbania żaden podmiot (w tym Wody Polskie) nie ma jazu w swojej w ewidencji. On formalnie nie istnieje, choć o tym, że jest, może przekonać się każdy mieszkaniec Pruszkowa wybrawszy się na spacer wzdłuż Utraty i ogrodzenia szpitala tworkowskiego.

– Tłumaczenia pana prezydenta doprowadziły nas w to miejsce, w jakim jesteśmy teraz – mówił na niedzielnym proteście Arek Gębicz. – Pan prezydent twierdzi, że nie ma wpływu na decyzje Wód Polskich. To oczywista nieprawda. Są co najmniej 3 dokumenty mówiące, że miasto może samodzielnie naprawić jaz.

Pierwszym z tych dokumentów jest decyzja wodnoprawna z 2010 roku, gdzie jest wprost napisane o „utrzymaniu w pełnej sprawności technicznej urządzeń służących do piętrze i i zrzutu wody ze stawów poprzez prowadzenie prawidłowej ich eksploatacji”. – Jaz to urządzenie piętrzące, które miasto ma obowiązek utrzymać w pełnej sprawności – mówił społecznik.

Drugi dokument to „Ocena stanu technicznego” z grudnia 2019 roku. Liczy 19 stron i powstał na zamówienie Urzędu Miasta Pruszkowa. Może w nim przeczytać, że „niezależnie od wyboru wariantu realizacyjnego konieczne będzie zgłoszenie planowanych prac organowi władającemu jazem, czyli Wodom Polskim”. Gebicz: – Wynika z tego, że obowiązkiem miasta jest zgłosić Wodom Polskim zamiar naprawy jazu. Czyli w praktyce miasto zgłasza i może rozpoczynać prace.

Trzecim dokumentem jest rezolucja przyjęta w grudniu ub. roku na sesji przez pruszkowskich radnych – jednomyślnie! – w sprawie zintensyfikowania prac nad rozwiązaniem problemu nieczynnego jazu. – Prezydent z każdej strony ma zielone światło, żeby działać, nie ma żadnych barier formalnych do wydatkowania środków na tę inwestycję. Jedyna obawa związana jest z Urzędem Zamówień Publicznych, który mógłby zgłosić zastrzeżenia, że miasto wydało pieniądze na budowlę niebędącą jego własnością. Jednak w polskim prawie jest coś takiego, jak stan wyższej konieczności. To na przykład awaria, w wyniku której mieszkańcy doznają szkody. UZP badając sprawę z pewnością wziąłby to pod uwagę i panu prezydentowi włos by z głowy nie spadł, tym bardziej, że dysponuje poparciem wszystkich radnych – tłumaczył Arek Gębicz. – Działając w stanie wyższej konieczności miasto powinno naprawić jaz, zapłacić wykonawcy fakturę, a potem fakturę w identycznej wysokości przedstawić do zapłaty Wodom Polskim. W razie odmowy – pójść do sądu. Po kilku latach nasz urząd wygrałby sprawę i odzyskał pieniądze. To jest ta strategia, której w Pruszkowie brakuje. Bo gdyby nawet sprawa w sądzie ciągnęła się długo, my mielibyśmy już sprawny jaz.

Społecznik zapowiedział, że w najbliższym czasie stowarzyszenie skieruje do Pawła Makucha wniosek, aby prezydent „wszedł w postępowanie” prowadzone aktualnie przez organy nadzoru budowlanego, zmierzające do ustalenia, kto jest zobowiązany do naprawy jazu. – To postępowanie trwa już blisko 3 lata, a my jako stowarzyszenie nie mamy narzędzi, aby ponaglić nadzór budowlany, ponieważ od strony formalnej nie jesteśmy stroną tego postępowania i nigdy nią nie będziemy. Jedynym interesariuszem jest prezydent Pruszkowa. Nie rozumiem, dlaczego od dwóch i pół roku roku nie wykazuje on woli politycznej w tym kierunku – mówił Arek Gębicz. – Do diabła, przecież tu nie chodzi o inwestycje na Księżycu. Tu chodzi o naprawę dwóch klap w małym jazie – stwierdził zirytowany.

Mały jaz, a szkody wielkie

Jaz na Utracie zbudowano prawdopodobnie w latach 60. XX wieku. Jego głównym zadaniem jest spiętrzanie wody w razie niskiego poziomu rzeki, żeby wpływała do kanału zasilającego stawy w parku Potulickich. Dziś jaz, zepsuty, nie tylko nie spełnia żadnej funkcji, ale wręcz przynosi szkody. Latem, gdy jest sucho, nie pozwala wtłoczyć wody do kanałku, zaś po dużych opadach nie pozwala opuścić unieruchomionych klap, żeby zwiększyć przepływ wody w rzece. W efekcie Utrata podtapia domy w Malichach. Wylewa też rzeczka Raszynka, która przed Pruszkowem wpada do Utraty – gdy poziom wody w Utracie jest wysoki, Raszynka rozlewa się na terenie gminy Michałowice (raz zatopiła nawet budowaną tam ścieżkę rowerową).

Z jazem nie mielibyśmy dziś kłopotu, gdyby w poprzednich kadencjach był konserwowany. To niezwykle proste urządzenie – ręczny mechanizm z korbą pozwalający opuszczać i podnosić dwie klapy. Wystarczyło urządzenie regularnie smarować, żeby działało bez zarzutu. Nikt tego nie robił, stąd dziś potrzebny jest kapitalny remont.

Nie da się ukryć, że presja na prezydenta Pawła Makucha, żeby podjął energiczne działania, jest coraz większa. Wspomniana przez Arka Gębicza specjalna komisja Rady Miasta Pruszkowa ds. jazu powołana została w styczniu. Nie rozpoczęła pracy, bo pojawił się kłopot formalny: radni na jej szefa wybrali Olgierda Lewana, co jest wbrew statutowi miasta – nie można przewodniczyć dwóm komisjom jednocześnie, a Lewan kieruje pracami Komisji Prawa, Administracji i Bezpieczeństwa. Radni swój błąd mogą naprawić dopiero na kolejnej sesji. Wyjścia mają dwa: albo wybiorą nowego przewodniczącego, albo Olgierd Lewan zrezygnuje z kierowania Komisją Prawa, żeby móc legalnie zająć się sprawą dotyczącą mieszkańców Malich.

Lobbing, presja... Czy wystarczą?

Olgierd Lewan jest świadom chwilowych kłopotów, w jakich znalazła się komisja, ale jak mówi, już sam fakt jej utworzenia odniósł skutek, bo działania związane z naprawą jazu przyspieszą. – Komisja ma być dodatkową siłą na rzecz rozwiązania problemu. Nic więcej i tak nie może zrobić, bo radni nie dysponują narzędziami pozwalającymi nakłonić prezydenta do podjęcia określonych działań – powiedział nam Lewan.

Podobnego zdania o roli komisji jest jej członkini Anna Maria Szczepaniak, radna Pruszkowa, mieszkanka Malich: – Jako radni z prawnego punktu widzenia nie mamy narzędzi, aby rozwiązać problem – mówi portalowi zpruszkowa.pl. – Uważam jednak, że nie potrzeba kompetencji decyzyjnych zapisanych w ustawie do tego, aby nadać sprawie określony bieg. Wystarczy zbudować lobbing, wywierać presję, formułować jednoznaczny przekaz w przestrzeni medialnej. My takimi narzędziami dysponujemy. Jeśli chodzi o naprawę jazu, sytuacja jest skomplikowana, ponieważ to urządzenie w świetle prawa nie istnieje, nie ma go w ewidencjach. W pewnym sensie to kukułcze jajo. Nie zakładam niczyjej złej woli, jednak uważam, że sprawą trzeba zająć się jak najszybciej, bo skutki awarii jazu mieszkańcy Pruszkowa bardzo mocno odczuwają – dodaje Szczepaniak.

Zaś mieszkańcy mają dosyć czekania. Jak mówią, wartości szkód powodowanych przez napierającą od strony Utraty wodę nie są już nawet w stanie oszacować. Nie rozumieją jednego: dlaczego urząd miasta nie jest w stanie rozwiązać tak prostego problemu, jak mały zepsuty jaz na małej rzeczce. Z niepokojem analizują prognozy pogody i czują lęk za każdym razem, gdy czytają, że rok 2022 może być deszczowy.