Małgorzata Kochańska: Czuję zażenowanie oglądając sesje rady w Pruszkowie

(76)

Podteksty, uszczypliwości, przewidywalne wyniki głosowań, brak zaufania i współpracy, odpowiedzi bez wyjaśnień, podejmowanie marginalnych tematów – tak pracę radnych ocenia Małgorzata Kochańska, która odmówiła objęcia mandatu po Macieju Roszkowskim z PiS.

Przewodniczący klubu Prawa i Sprawiedliwości w pruszkowskiej radzie miasta Maciej Roszkowski wygrał konkurs na prezesa TBS „Zieleń Miejska” i zrzekł się mandatu. Zgodnie z ordynacją wyborczą miejsce po nim powinna zająć kandydatka z list PiS, która w ostatnich wyborach otrzymała kolejny najlepszy wynik. W tym przypadku jest to popularna komentatorka życia politycznego w Pruszkowie Małgorzata Kochańska. Ta jednak odmówiła. „Obserwuję kolejne sesje, spory polityczne wśród radnych i mieszkańców, jakieś ataki personalne, mam świadomość mojego braku doświadczenia w samorządzie i widzę, że moja wizja ewentualnej pracy w Radzie Miasta nie ma szansy realizacji (…) Mam nadzieję, że ci z Państwa, którzy rok temu dali mi swój głos, zrozumieją moje intencje i nie wezmą za złe tej decyzji” – napisała w oświadczeniu opublikowanym na fejsbukowym forum Pruszkowa.

Decyzja Kochańskiej była ogromnym zaskoczeniem. Pruszkowianka cieszy się opinią nie tylko merytorycznej, ale też wyjątkowo kulturalnej komentatorki wydarzeń. Jakub Dorosz, obserwator legislatury miejskiej, wypowiadający się często na tematy prawne, napisał: „Ze smutkiem przyjmuję taką decyzję p. Małgorzato. Bardzo żałuję, że forum rady miasta nie zostanie wzbogacone o Pani cenne uwagi. Pozwolę sobie nawet powiedzieć, że wielu aktualnych radnych mogłoby pozazdrościć Pani zaangażowania. Nie ukrywam, że tkwi we mnie iskierka nadziei, że jednak zdecyduje się Pani zawalczyć o Pruszków Pani marzeń i przyjmie mandat”.

W samych superlatywach o Małgorzacie Kochańskiej wypowiadają się członkowie i sympatycy ugrupowań skonfliktowanych politycznie z PiS. Marcel Piątkowski, w ostatnich wyborach kandydat do rady miasta z list SPP, dziś zajadły krytyk prezydenta Pawła Makucha, stwierdził: „A ja Pani powiem, że szkoda. Naprawdę mogłaby Pani dużo fajnych rzeczy w RM zrobić. Niemniej jednak taką decyzję trzeba uszanować i przyznam, że w świecie, w którym bitwa o stołki jest tak powszechna, powyższa deklaracja jest pewnym novum (dodając jeszcze do tego ugrupowanie, no ale bez złośliwości). Szkoda, ale w moich oczach Pani urosła, chociaż i tak bardzo Panią szanowałem”. Publicysta polityczny ukrywający się pod pseudonimem Paweł Michał: „Niech pani pamięta, że pomimo wyboru z list PiS nie musi pani być ich kolejną maszynką do głosowania. Idąc śladem np. radnej i radnego Kurzela może pani wybić się na niezależność i głosować w zgodzie z własnym sumieniem, a nie z linią partii. Ma pani szansę coś zmienić, chociażby w kwestii komunikacji, który to temat jest dla pani ważny!”.

Wieloletni radny SPP Józef Moczuło zaapelował: „Pani Małgorzato! Proszę o przemyślenie raz jeszcze swojej decyzji. Wiele tu już na temat Pani zaangażowania w sprawy miasta napisano. Nie będę się więc powtarzał. Miasto Pruszków dużo zyska dzięki Pani zaangażowaniu w Radzie Miasta. Pozdrawiam!”. Radna KO Małgorzata Widera: „Pani Małgorzato, liczyłam na Panią, liczyłam, że dzięki pani możliwe będzie porozumienie ponad podziałami. Proszę to przemyśleć. Doświadczenie przyjdzie z czasem. Tu ważne jest zaangażowanie, a pani już je ma”. Edgar Czop z KO: „Wielka szkoda, pomimo odmiennego punktu widzenia na niektóre sprawy odniosłem wrażenie, że będzie Pani solidną i sumienną radną, która będzie działała na rzecz miasta i mieszkańców. Bardzo żałuję, że to będzie ktoś inny, oby nie był/była maszynką do głosowania PiS.

Nawet „polityczne rodzeństwo” słynące z zaciekłych ataków na obecną ekipę w urzędzie miasta (ich ojcem jest były wiceprezydent Pruszkowa z SPP) jest tego samego zdania. Anna Kurzela-Szybilska: „Pani Małgorzato, ja również żałuję, nie ukrywam, iż Pani opanowanie, merytoryka oraz kultura osobista bardzo przydałaby się w klubie radnych, który by Pani reprezentowała”. Michał Kurzela: „Przy okazji tej dyskusji widać, jak złą decyzją PiS-u była likwidacja jednomandatowych okręgów wyborczych. W tym przypadku mielibyśmy wybory uzupełniające w bardzo małym okręgu albo wszedłby kandydat z największą ilością głosów bez podziału na partie i byłoby to najbardziej sprawiedliwe rozwiązanie. Tak mamy kandydatów, którzy mieli ponad 500, 300 głosów w tym okręgu i nie zostaną radnymi. Małgorzata Kochańska, z drugiej strony akurat Pani się ten mandat za Pani aktywność jak nikomu innemu należy”.

Radna PiS Ewa Białaszewska napisała krótko: „Bardzo żałuję, ale rozumiem. Wspaniała z Ciebie kobieta. Myślę, że będziemy w kontakcie”.

Co tak naprawdę kryje się za decyzją Małgorzaty Kochańskiej? Pruszkowianka zgodziła się na krótką rozmowę z portalem zpruszkowa.pl.

Długo dojrzewała pani do decyzji o odmowie objęcia mandatu?

Podjęłam ją wiele miesięcy temu, a ostatnie tygodnie tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że była słuszna. Poinformowałam o tym Maćka Roszkowskiego na długo przed tym, jak stanął on do konkursu na prezesa TBS. Chciałam, żeby sytuacja była jasna.

W oświadczeniu napisała pani, że ma krytyczne zdanie o pruszkowskiej radzie miasta. Proszę rozwinąć tę myśl.

Nie mam doświadczeń z pracy w samorządzie, może to, co obserwuję w Pruszkowie, to jakaś norma krajowa, choć mam nadzieję, że jednak nie. Na sesjach widzę to, czego bardzo nie lubię: podteksty, uszczypliwości, przewidywalne wyniki głosowań, brak zaufania i współpracy, pytania retoryczne, odpowiedzi bez wyjaśnień, podejmowanie marginalnych tematów. Do tego bezpośredni udział mieszkańców jest niewielki. Niby wszystko formalnie przebiega jak należy, ale w konsekwencji ważne dla ludzi sprawy mogą w ogóle się na sesjach nie pojawiać, jakby nie istniały. W sprawie prac w komisjach rady nie mam wiele do powiedzenia, bo byłam chyba tylko na dwóch spotkaniach, ale klimat był podobny.

Co panią najbardziej w tej kadencji rozczarowało?

Obserwuję tylko tę kadencję, więc nie będę obiektywna. Mam wrażenie, że radni nie są zainteresowani współpracą. Miasto dużo na tym traci, zważywszy na pożytki, jakie mogłaby dać synergia grupy. Nie mogę uwierzyć, że radny może koleżankę z sąsiedniej ławki doprowadzić do łez. Co miasto na tym zyskało? Nic. Co zyskał na tym ten radny lub jego klub? Nic. A czy wpłynie to na wyniki głosowań w ważnych sprawach? Niewykluczone. Nie mogę też uwierzyć, że radni zamiast dzielić się doświadczeniami z korzyścią dla obecnych projektów wypominają sobie, co kto źle zrobił w poprzedniej kadencji. Nie widzę w tym żadnej realnej chęci wspólnego rozwiązywania problemów. Nie wspomnę, że niektórzy radni nie wypowiedzieli chyba jednego zdania, inni z kolei zabierają czas na jakieś drobne sprawy, o których powinni porozmawiać z prezydentami lub naczelnikami w trybie roboczym. Obserwując przebieg sesji bywałam zażenowana. Jeden z radnych uznał za skuteczne publiczne ośmieszanie prezydentów. Na efekty, oczywiście negatywne, nie trzeba było długo czekać. Czy płynie z tego jakaś korzyść dla mieszkańców?

Małgorzata Kochańska: “Mam wrażenie, że radni nie są zainteresowani współpracą. Miasto dużo na tym traci.”

Oczywiście są chlubne wyjątki, ale takich osób jest zaledwie kilka. Kolejna sprawa to poczucie upływu czasu versus potrzeby mieszkańców. Mam wrażenie, jakby czas w samorządzie płynął w innym tempie, a nawet się zatrzymywał. Posłużę się przykładem: ludzie codziennie stoją na dworcu, w śniegu, deszczu, upale, mrozie. Nie są to ani radni, ani naczelnicy wydziałów, więc będą stali sobie nadal. Nie dziwię się, że to wpływa na ich nastroje i sposób formułowania oczekiwań. Ja na ich miejscu miałabym ochotę gryźć. Jestem przyzwyczajona do prac w trybie projektowym, z uwzględnieniem priorytetów i współpracy różnych zespołów na kolejnych etapach, do stałego raportowania efektów. Oczywiście tryb pracy w samorządzie wynika z ustaw,  ale to, z czym mamy do czynienia na komisjach rady, nie sprawdza się. Trzeba coś zmienić, może inaczej podzielić role. No i jeszcze polityka promocyjno-reprezentacyjna urzędu miasta, która zastępuje politykę informacyjną – powiedziano o niej już tak dużo i napisano tyle krytyki, że nie będę się powtarzać.

W obecnej kadencji współpraca radnych jest w ogóle możliwa?

Nie wiem. Ale uważam, że wszystkie grupy muszą zauważyć tę potrzebę i świadomie zacząć działać na jej rzecz. Tymczasem brak współpracy stał się etosem niektórych radnych. W mieście działa też grupa aktywistów. Uważam, że jeszcze nie jest za późno, żeby tych pięciu czy dziesięciu aktywistów zaprosić do współpracy i zacząć przegadywać z nimi różne sprawy, nawet co tydzień. Budować zaufanie i współpracę w bezpośrednich relacjach. To powinno odbywać się na zupełnie innych zasadach niż komisja do spraw wiaduktu, powołana przez prezydenta, do której mieszkańcy trafili w wyniku losowania. Trzeba zaprosić konkretne osoby, te które „przeszkadzają”. Zacząć słuchać i wymieniać argumenty. To zajmie czas, ale przyniesie dużą korzyść. A im więcej okazji do rozmów nieformalnych, także w gronie radnych, tym większa szansa na współpracę. W obecnej radzie trochę brakuje lidera, czy kogoś w rodzaju gwiazdy socjometrycznej. Trochę żartem kiedyś napisałam o imprezie integracyjnej dla radnych i aktywistów, jakbym miała większy salon to kto wie, na pewno byłoby fajne spotkanie.

Pani decyzja oznacza definitywny koniec planów związanych z samorządem? Może jednak jest szansa, że w 2023 roku znów zobaczymy panią na liście kandydatów do Rady Miasta Pruszkowa?

Jak dotrwam w zdrowiu psychicznym i fizycznym do tej odległej daty, to może jeszcze powalczę. Nie trzeba być radnym, żeby aktywnie działać w samorządzie. Nadal będę śledzić sesje, chociaż trochę tam nudno, a atmosfera przypomina czasy słusznie minione.

“Jakiekolwiek opinie zawarte w artykule są osobistymi poglądami jego autora i nie odzwierciedlają opinii innych autorów bloga zpruszkowa.pl ani opinii wydawcy bloga zpruszkowa.pl. Polityka wydawcy wymaga kategorycznie od autorów, by nie używali określeń zniesławiających, nie naruszali ani nie zezwalali na naruszanie praw autorskich ani jakichkolwiek innych regulacji prawnych korzystając z bloga zpruszkowa.pl. Jakiekolwiek publikacje sprzeczne z polityką wydawcy stanowią przekroczenie zakresu uprawnień autora publikacji. Wydawca nie bierze odpowiedzialności za tego typu publikacje, a autor będzie osobiście ponosić odpowiedzialność za powstałe w wyniku jego publikacji szkody i zobowiązania.”

Sławomir Bukowski

Rodowity pruszkowiak, dziennikarz prasowy, podróżnik. Pracował jako reporter miejski, redaktor, wydawca. Specjalizuje się w tematyce samorządowej. Interesuje się rozwiązaniami smart city, problematyką transportu i mobilności miejskiej. Prywatnie zwariowany podróżnik, jeździ tam gdzie dowiozą go tanie linie, uwielbia wędrówki z plecakiem od rana do nocy, lokalną kuchnię i wino.

PROFIL REDAKTORA