Katastrofa w Parku Potulickich. Za zgodą urzędu miasta w stawach zginęły ryby i płazy?

O tym, że z wodą w stawach w Parku Potulickich dzieje się coś niepokojącego, mieszkańcy Pruszkowa informowali od wielu tygodni. Na facebookowych grupach dyskusyjnych pojawiały się zdjęcia.
11 stycznia sytuację w parku przejmująco opisała administratorka grupy „Pruszków Nasze Miasto” Krystyna Budzińska. Prowadzone tam prace budowlane skomentowała słowami: „Tak naprawdę liczyłam, że ktoś napisze taki post i będę mogła udostępnić go i odpowiednio skomentować, ale nikt taki się nie trafił… Chodzi mi o stan naszych stawów w ukochanym przez mieszkańców Parku Potulickich. Zaczęło się to na początku grudnia 2025 roku i nadal to morderstwo trwa”. Następnie zwraca się do prezydenta Piotra Bąka i wiceprezydenta Michała Landowskiego: „Wydaliście wyrok na naszą naturę. Na zwierzęta i roślinność w tym parku. Zatrudniliście firmę, która nie potrafiła zahamować przepływu wody. Babrali się z tym okropnie. Zrobili masę syfu i oczywiście teraz wszystko zostawili. Jak nazywa się takich, którzy niszczą i wydają wyroki na tych, co nie mają głosu? Proponuję, panie prezydencie, spacerek z pieskiem nieco dalej – niech pan obejrzy doprowadzalnik, który jeszcze na początku grudnia tętnił życiem. Teraz umarł, ale nie z powodu mrozu, tylko pana decyzji”. Post kończy stwierdzeniem: „Żal patrzeć na ten park”.
Sprawdziliśmy, jak sytuacja w Potuliku wygląda kilka dni po dyskusji, która przetoczyła się przez media społecznościowe. Okazuje się, że jest… jeszcze gorzej, niż opisywali mieszkańcy.
Urząd miasta zlecił remont urządzeń wodnych

Opis prac w parku, wykonywanych na zlecenie i finansowanych przez Urząd Miasta Pruszkowa, brzmi sucho i technicznie. W zamówieniu na usługę czytamy o przebudowie kilku przepusto-zastawek oraz rowu odprowadzającego wodę ze stawu S-4 (największego stawu, tego z wyspą). Przepusto-zastawka to konstrukcja łącząca przepust (rurę lub kanał pod przeszkodą, np. drogą czy alejką) z ruchomą zastawką (np. szandorem), służąca do regulowania przepływu i poziomu wody w celu jej retencjonowania i zapobiegania odpływowi. To proste, mechaniczne urządzenie, którego naprawa nie jest skomplikowana.
Projekt inwestycji przygotowała pruszkowska firma POL-OTTO. W opisie koniecznych prac znajdujemy m.in. odmulenie rur, umocnienie skarp, montaż krat oraz wykonanie betonowych podbudówek. Dokument precyzyjnie opisuje, kiedy i w jaki sposób należy odcinać dopływ wody doprowadzalnikiem, aby można było przeprowadzić poszczególne etapy robót. Informuje również, że poziom wody w doprowadzalniku można bezpiecznie obniżyć o 40 cm. „Obniżenie lustra wody na czas robót o 40 cm od rzędnych dnia w doprowadzalniku A nie spowoduje zmian stosunków wodnych na gruncie ani zagrożenia dla drzew i krzewów rosnących w sąsiedztwie oraz dalszym otoczeniu” – stwierdza autor projektu. O tym, że firmie wykonującej prace wolno doprowadzić do obniżenia poziomu wody w stawach, w projekcie nie ma ani słowa.

Stan faktyczny w Parku Potulickich wygląda dziś następująco: w doprowadzalniku nie ma wody w ogóle. Poziom wody w stawach obniżył się tak bardzo, że na dnie zalega gruby lód. Nawet jeśli pod nim znajduje się cienka warstwa wody, szanse na przeżycie ryb i zimujących płazów są bliskie zeru.
„Była na mnie wywierana duża presja”
O tym, co dzieje się w parku, rozmawiamy z członkiem Polskiego Związku Wędkarskiego, mieszkańcem Pruszkowa. To osoba od lat zaangażowana w walkę o prawidłowe funkcjonowanie układu hydrologicznego parku. Nie chce, aby nazwisko było podawane publicznie, dlatego zastrzega je do wiadomości redakcji.
– Przyczyna obecnej sytuacji w Parku Potulickich sięga początku grudnia. Zostałem poinformowany, że planowane są prace przy przepływach i zastawkach, przy czym od samego początku przedstawiano mi zupełnie inny zakres działań niż ten, który ostatecznie został zrealizowany. Mówiono, że woda zostanie jedynie częściowo ograniczona, głównie w rejonie samych zastawek, natomiast na pozostałym obszarze stawów poziom wody miał pozostać normalny. W praktyce doszło jednak do całkowitego odcięcia dopływu wody do stawów – opowiada.
Kto informował pana o początkowym zakresie prac? – pytam. – Urząd miasta, oczywiście – odpowiada. – Na wniosek wykonawcy prac pojawiła się presja, aby drastycznie obniżyć jaz, w tym spuścić wodę z dużego stawu. Odmówiłem wykonania takiej operacji bez zgody Wód Polskich, zwłaszcza że był to okres tuż przed nadejściem silnych mrozów. Ostatecznie kierownik z Wód Polskich poinformował mnie, że możliwe jest obniżenie jazu, ale do jednego metra. Przez cały czas zwracałem uwagę urzędnikom, że takie działanie, połączone z całkowitym zamknięciem dopływu wody, oznacza odcięcie tlenu i napowietrzania stawów w okresie zimowym, co przy niskich temperaturach grozi przyduchą i masowym śnięciem ryb. Wprost pytałem, kto poniesie odpowiedzialność, jeśli dojdzie do strat biologicznych – mówi.
Podkreśla, że już na etapie planowania ostrzegał Wydział Ochrony Środowiska urzędu miasta, że termin realizacji prac jest skrajnie nieodpowiedni. – Wskazywałem, że prognozowane są silne mrozy, a roboty powinny zostać przesunięte. Najlepszym momentem na ich wykonanie był październik, kiedy poziom wody w Utracie był wyjątkowo niski – miejscami rzekę można było przejść pieszo. To był idealny czas, aby przeprowadzić prace spokojnie, bez ryzyka dla ekosystemu. Zamiast tego rozpoczęto je na dwa tygodnie przed świętami, co uważam za decyzję nieodpowiedzialną – mówi. – Skutki są dziś oczywiste. Przy temperaturach sięgających nawet minus 19 stopni, przy niskim stanie wody i braku przepływu, woda w pierwszych stawach (patrząc od strony torów WKD – przyp. red.) może zamarznąć do dna. To oznacza niemal pewną przyduchę i śnięcie ryb, ale również zagrożenie dla płazów i innych organizmów wodnych. W takich warunkach nie ma dopływu tlenu ani ruchu wody. Życie biologiczne praktycznie zanika.
Nasz rozmówca jest przekonany, że nadzór nad wykonawcą nie był właściwy. – Zwracałem uwagę na skrajnie niechlujny sposób prowadzenia robót. Podczas spotkania z przedstawicielami urzędu miasta oraz osobą nadzorującą prace wskazywałem, że ścinki płyt ażurowych, deski i inne elementy budowlane są pozostawiane bez zabezpieczenia, bezpośrednio na lodzie. Dysponuję dokumentacją fotograficzną potwierdzającą ten stan. Dla mnie jest to dowód braku należytego nadzoru – mówi.
Nie ma wątpliwości: nawet gdy stawy odmarzną, ekosystem parku będzie wymagał długotrwałej odbudowy – praktycznie od zera.
Gdy staw zamarza do dna – jakie szkody ponosi przyroda?

Potwierdzenie słów członka PZW bez trudu znajdziemy w publikacjach naukowych. Zimowa pokrywa lodowa jest dla wielu ekosystemów wodnych zjawiskiem naturalnym, jednak problem pojawia się wtedy, gdy płytki staw zamarza całkowicie – do dna albo niemal do dna na dłuższy czas. Oznacza to gwałtowny kryzys ekologiczny, który może przerwać lokalne cykle życia i zubożyć bioróżnorodność na cały sezon.
Najbardziej typowym mechanizmem powodującym szkody jest przyducha zimowa, czyli silny spadek zawartości tlenu w wodzie. W literaturze naukowej Zdzisław Kajak (hydrobiolog, profesor związany z Wydziałem Biologii Uniwersytetu Warszawskiego) opisuje, że pod lodem wymiana gazowa jest poważnie ograniczona, spada także dopływ światła – zwłaszcza przy zalegającej pokrywie śnieżnej – podczas gdy organizmy wodne nadal oddychają i zużywają tlen. Gdy zbiornik jest bardzo płytki, a lód „zamyka” praktycznie całą objętość wody, ucieczka do głębszej, stabilniejszej warstwy staje się niemożliwa.
Pierwszymi ofiarami są ryby. Kolejnymi – bezkręgowce denne (larwy owadów, ślimaki), czyli „silnik” procesów samooczyszczania oraz ważna baza pokarmowa dla ryb i ptaków. Ich masowe straty oddziałują na ekosystem długofalowo: wiosną brakuje pokarmu, a funkcjonowanie strefy przydennej ulega wyraźnemu pogorszeniu.
Cierpią również płazy. Wiele gatunków żab zimujących w wodzie oddycha w tym okresie głównie przez skórę, dlatego przy deficycie tlenu stają się one szczególnie narażone. Jeśli staw zamarza do dna, znika nawet „ostatnia rezerwa” – cienka warstwa wody przy dnie – co prowadzi do śmiertelności zimującej fauny.
W konsekwencji zamarznięcie stawu do dna może działać jak brutalny reset: eliminuje część organizmów, osłabia łańcuchy pokarmowe, pogarsza warunki tlenowe i potrafi przesunąć cały zbiornik w stronę gorszego stanu ekologicznego. Najbardziej wrażliwe są małe, płytkie oczka i stawy – czyli te, które często pełnią funkcję lokalnych ostoi płazów i bezkręgowców. Dokładnie takie akweny, jakie znajdują się w Parku Potulickich.
Urząd miasta odpowiada na krytykę
Już dzień po alarmistycznym wpisie Krystyny Budzińskiej miasto postanowiło ustosunkować się do zarzutów. Autorem komunikatu jest Wydział Ochrony Środowiska. Czytamy w nim, że podstawą prac prowadzonych w parku jest dokument pt. „Inwentaryzacja urządzeń wodnych ze wskazaniem niezbędnych prac remontowych i zaleceniami eksploatacyjnymi”, przygotowany przez naukowców ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Roboty wykonywane są „na podstawie projektu technicznego, uzgodnionego z Konserwatorem Zabytków, pod nadzorem uprawnionego inspektora nadzoru posiadającego uprawnienia melioracyjne”.
Pada też kluczowe zdanie: „W celu realizacji zadania niezbędne było spuszczenie wody z części parkowej doprowadzalnika, aby możliwe było wykonanie robót przy podstawie przepustozastawek”. Tymczasem – jak pisaliśmy wcześniej – w projekcie budowlanym mowa jest jedynie o obniżeniu poziomu wody o 40 cm.
„Działania te zostały wykonane w porozumieniu z Polskim Związkiem Wędkarskim. Roboty realizowane są w najbardziej optymalnym okresie dla prac melioracyjnych, czyli w czasie, gdy ingerencja w środowisko jest najmniejsza. Przewidywany termin zakończenia robót to połowa lutego br.”.
Wydział Ochrony Środowiska zaznacza dalej, że prace w Parku Potulickich prowadzone są regularnie i „czasem wiążą się z obowiązkowym opróżnieniem zbiorników wodnych. Taka sytuacja miała miejsce m.in. na początku lat 2000, kiedy całkowitym osuszeniem objęte były wszystkie stawy w zespole wodnym”. Nie wspomina jednak o tym, że wówczas prace były nagłaśniane i zapowiadane, a także opisane w drukowanym informatorze wydawanym przez Urząd Miasta Pruszkowa, dostarczanym mieszkańcom do skrzynek pocztowych. Tym razem urząd mieszkańców nie uprzedził, choć kanały informacyjne są dziś rozbudowane jak nigdy wcześniej i powszechnie dostępne (strona internetowa, profile w mediach społecznościowych, newsletter itd.).
Czy firma wykonująca prace trzyma się projektu budowlanego?
W ratowanie ekosystemu Parku Potulickich od lat zaangażowany jest Arkadiusz Gębicz. To on walczył o naprawę uszkodzonego jazu, wysyłał pisma, ponaglał urzędników i wskazywał błędy popełniane w poprzedniej kadencji. Poprosiliśmy go o komentarz do dokumentów stanowiących podstawę obecnie prowadzonych prac.
– Konserwator zabytków, uzgadniając przebudowę urządzeń wodnych w Parku Potulickich, otrzymał opracowanie środowiskowe przygotowane przez firmę figurującą w dokumentach jako Zakład Ochrony Środowiska POL-OTTO. To opracowanie jest napisane rzetelnie i wprost pokazuje, jak przeprowadzić prace, aby nie doprowadzić do sytuacji, którą dziś obserwujemy. Moim zdaniem dokument ten powinien zostać ujawniony i szerzej omówiony, bo jasno pokazuje, że problem nie wynika z braku wiedzy, lecz z rozjechania się teorii z praktyką – mówi Gębicz. – Trzeba rozróżnić trzy pierwsze stawy oraz ostatni, duży. Trzy pierwsze są relatywnie płytkie, więc każda sytuacja, w której poziom wody spada w okresie mrozów, staje się potencjalnie niebezpieczna. Zostaje lód i bardzo mało wody pod nim. Jeśli z tych małych stawów zabierze się wodę, to przy silnym mrozie może dojść do zamarznięcia do dna. Skutek? Przyducha i masowe straty biologiczne.
Sławomir Bukowski: Mówi pan, że dokumenty nie przewidywały osuszenia doprowadzalnika?
Arkadiusz Gębicz: Absolutnie nie. W projekcie budowlanym – i to jest bardzo istotne – zapisano, że na czas robót należy miejscowo obniżyć lustro wody o około 40 cm. Miejscowo. Oznacza to możliwość wykonania odcinka roboczego, zastosowania tymczasowych przegród, przeprowadzenia prac i szybkiego przywrócenia przepływu. Nigdzie nie ma zalecenia, aby wysuszyć doprowadzalnik na całej długości – a mówimy o ponad 1200 metrach. Dokładnie do tego jednak doprowadzono w praktyce.
Sławomir Bukowski: Technicznie da się wykonać miejscowe obniżenie?
Arkadiusz Gębicz: Oczywiście. Można postawić tymczasową przegrodę, palisadę, wydzielić odcinek roboczy. Zresztą nawet próbowano to zrobić: przy ciągu pieszo-rowerowym, od strony WKD, wykonano prowizoryczną palisadę w poprzek doprowadzalnika. Tyle że zrobiono to nieumiejętnie i woda cały czas przelewała się przez tę konstrukcję. Paradoksalnie pruszkowski bóbr potrafił robić to skuteczniej.
Sławomir Bukowski: W takim razie gdzie był i gdzie jest nadzór nad realizacją projektu budowlanego?
Arkadiusz Gębicz: To jest pytanie zasadnicze. W urzędzie pojawił się kiedyś wątek „specjalisty od Potulika” – osoby, która miała zajmować się tym obszarem. Tylko co ta osoba w tej sytuacji zrobiła? Tu nie potrzeba nawet wybitnej wiedzy hydrologicznej – wystarczy czytać dokumenty ze zrozumieniem. Przewidywały one krótkie odcięcie dopływu, szybkie wykonanie robót „pod wodą”, natychmiastowe przywrócenie przepływu, a dopiero potem prace „nad wodą”. Tymczasem dopływ odcięto na całe tygodnie.
Sławomir Bukowski: Urząd twierdzi w swoim komunikacie, że wszystko odbywa się zgodnie z zaleceniami SGGW.
Arkadiusz Gębicz: I to jest kolejny problem – bo to nieprawda. SGGW, poza pracami przy przepustach i zastawkach, wskazywała także inne elementy, które powinny zostać wykonane przy okazji: remont newralgicznego wlotu rurociągu po drugiej stronie WKD, przez który woda wchodzi „pod ziemię”, oraz wykonanie dodatkowego przepustu w doprowadzalniku C do małych stawików w rejonie przedszkola, aby zapewnić tam cyrkulację wody. Tego nie zrobiono. Wybrano jedynie fragment zaleceń, wyrwano go z całości, a następnie ogłoszono, że realizacja jest zgodna z wytycznymi SGGW.
Sławomir Bukowski: W komunikacie urzędu pojawia się termin zakończenia robót – połowa lutego. Mamy połowę stycznia…
Arkadiusz Gębicz: Nawet gdyby dziś przywrócono przepływ, szkód nie da się już „odkręcić”, bo lód nie stopnieje od samego puszczenia wody. Do tego potrzebna jest energia słoneczna i stabilniejsza temperatura. Z punktu widzenia zarządzania pracami ten przepływ można było jednak utrzymać. Gdyby ktoś działał zdecydowanie i rozumiał układ, puszczenie wody do stawów zajęłoby godzinę: wystarczyłoby podnieść piętrzenie na jazie do poziomu nominalnego i usunąć prowizoryczne przegrody.
Sławomir Bukowski: A co z Utratą? Czy obecnie byłoby w niej wystarczająco dużo wody, by zasilać stawy?
Arkadiusz Gębicz: Jest jej bardzo dużo, wręcz „po kokardę”. Układ parku mógłby bez większego problemu przetrwać mrozy, gdyby zapewniono normalny dopływ. Tymczasem dopływ odcięto i dodatkowo doprowadzono do wyschnięcia doprowadzalnika. To realny fragment ekosystemu, który już został zniszczony – i to nie jedyny. Poza trzema pierwszymi stawami, licząc od strony torów WKD, są jeszcze mniejsze oczka i rozlewiska, które w tej sytuacji również wysychają. To nie jest punktowy problem jednego przepustu, lecz skutek przerwania całego systemu zasilania na dłuższy czas. Moim zdaniem szansę przetrwania mają jedynie ryby z największego stawu. Żyją tam ogromne karpie, a sam staw jest najgłębszy – możliwe, że pod lodem pozostała jeszcze pewna ilość wody. Jak jest naprawdę, przekonamy się wiosną.

***
W czwartek 15 stycznia zaplanowane są obrady Komisji Ochrony Środowiska i Innowacyjności Rady Miasta Pruszkowa, której przewodniczy Maria Biernacka (Pruszków Obywatelski). W porządku obrad nie znajdujemy jednak żadnego punktu poświęconego sytuacji w Parku Potulickich. Jest za to – w obecnych okolicznościach dość kuriozalny – punkt zatytułowany: „Realizacja założeń edukacyjnych oraz zwiększania świadomości ekologicznej w przestrzeni medialnej przez Wydział Promocji Miasta i Wydział Ochrony Środowiska w 2025 roku oraz zamierzenia na 2026 rok”. Obecność pracowników wydziału odpowiedzialnego za prace w Parku Potulickich może jednak dać radnym okazję do zadania kluczowych pytań.
Wydział Ochrony Środowiska urzędu miasta jest nadzorowany przez wiceprezydent Dorotę Kossakowską. Właśnie do niej skierowaliśmy szereg pytań dotyczących sytuacji w parku. Pytamy m.in. o powody prowadzenia prac wbrew zapisom projektu budowlanego oraz o to, w jaki sposób władze miasta zamierzają wytłumaczyć się mieszkańcom Pruszkowa z narażenia ekosystemu na zniszczenia. Po otrzymaniu odpowiedzi wrócimy do tematu.



.png?key=thumbnail-jpg)