Katastrofa w Parku Potulickich? Wiceprezydent Kossakowska urzędnikom i sobie nie ma nic do zarzucenia, a dziennikarzom grozi sądem

Czwartkowe obrady Komisji Ochrony Środowiska i Innowacyjności Rady Miasta Pruszkowa zdominował temat Parku Potulickich i tego, co wydarzyło się przy okazji remontu urządzeń hydrologicznych. To była reakcja na nasz artykuł „Katastrofa w Parku Potulickich. Za zgodą urzędu miasta w stawach zginęły ryby i płazy?”, w którym napisaliśmy, że firma wykonująca prace zlecone przez Urząd Miasta Pruszkowa na wiele tygodni osuszyła kanał doprowadzający wodę. W efekcie poziom wody w stawach niebezpiecznie opadł, a skutkiem tzw. przyduchy pod lodem może być unicestwienie życia w stawach: ryb, zimujących w mule płazów i bezkręgowców.
W materiale cytowaliśmy m.in. członka Polskiego Związku Wędkarskiego: „Protestowałem, ale to nic nie dało. Gdy lód stopnieje, wyjdzie na jaw, że większość ryb jest śnięta, że zginęły płazy i bezkręgowce. W wodzie nie będzie życia. Ekosystem trzeba będzie odbudowywać od zera”.
Dyskutować o parku? Na komisji? Jestem na „nie”
Już sam początek obrad był zaskakujący. Do dyskusji o Parku Potulickich próbowała nie dopuścić czwórka radnych z klubów popierających prezydenta Piotra Bąka. Kiedy Bartosz Brzeziński zgłosił wniosek o rozszerzenie porządku obrad, spośród ośmiorga radnych czworo zagłosowało „przeciw”: z Pruszkowa Obywatelskiego Maria Biernacka (zarazem przewodnicząca komisji), Michał Lewandowski i Jacek Rybczyński, zaś z Pruszkowskiej Wspólnoty Samorządowej – Ewa Nowacka. „Za”, oprócz wnioskodawcy, byli: Katarzyna Włodarczyk z Koalicji Obywatelskiej oraz Dariusz Krupa i Paweł Zagrajek z Prawa i Sprawiedliwości. Ponieważ głosy rozłożyły się 4 do 4, wniosek upadł.

Ostatecznie dyskusję udało się przeprowadzić w ostatnim punkcie: „Sprawy różne i wolne wnioski”. Czwórka radnych wymienionych na wstępie nie zabierała wtedy głosu i nie zadawała pytań. O ochronę przyrody (albo jej brak) w parku nie dopytywała nawet przewodnicząca Komisji (nomen omen) Ochrony Środowiska Maria Biernacka, poprzestając na udzielaniu głosu albo próbach jego odbierania, gdy osoby zainteresowane sytuacją w parku odzywały się – jej zdaniem – w nieodpowiednim momencie, albo używały – w jej przekonaniu – niewłaściwych argumentów.
Wynik głosowania skomentowała radna Katarzyna Włodarczyk: – Zagłosowaliśmy, że nie chcemy rozmawiać o sprawie Parku Potulickich. Szczerze mówiąc, nie rozumiem tej decyzji. Czy naprawdę mamy coś do ukrycia przed mieszkańcami? Nie chcemy o tym rozmawiać? Nie zależy nam na transparentności? – pytała retorycznie.
Groźba procesu za „przemoc administracyjną”
Przez całą dyskusję przewijała się zapowiedź wytoczenia przez Urząd Miasta Pruszkowa procesu redakcji zpruszkowa.pl. Wiceprezydent Dorotę Kossakowską zabolały nie tyle argumenty, że przyroda w Parku Potulickich prawdopodobnie ponosi właśnie ogromne straty, ale fakt, że w komentarzu w mediach społecznościowych poinformowaliśmy, że otrzymujemy wiarygodne sygnały o pogróżkach wobec naszych informatorów, płynących z urzędu przy Kraszewskiego, a następnie – udowadniając, że taka sytuacja mogła mieć miejsce – udostępniliśmy zrzuty rozmowy z naszym informatorem, opisującym wydarzenia rozgrywające się w urzędzie nieprzeznaczone dla oczu i uszu mieszkańców.
„To nie pierwszy raz w tej kadencji, kiedy rozmaite osoby przychodzą do nas, wskazując na przemoc administracyjną stosowaną na skalę dotychczas w Pruszkowie niespotykaną wobec mieszkańców, których całym przewinieniem jest rozbieżność opinii z oficjalną linią lokalnych władz” – napisał na profilu Jestem z Pruszkowa red. Konstanty Chodkowski.
– Będę chciała doprowadzić w tej sprawie do konfrontacji, będziemy to wyjaśniać na drodze prawnej – zapowiedziała kilkakrotnie Kossakowska.
Kto odpowiada za sytuację w parku? Na ile jest ona groźna?
To kluczowe pytania, zadawane przez czwórkę radnych wiceprezydent Dorocie Kossakowskiej oraz naczelnik Wydziału Ochrony Środowiska w urzędzie miasta Elżbiecie Jakubczak-Garczyńskiej.
– Chciałbym uzyskać jasną informację, co dokładnie dzieje się na placu budowy i czy remont przebiega zgodnie z dokumentacją oraz zapisami przetargowymi. Docierają do mnie głosy, że tak nie jest, i chciałbym to zweryfikować – mówił Bartosz Brzeziński. – Sprawa wykracza już poza lokalną dyskusję. Z tego, co wiem, poinformowano kilka instytucji, które mogą się sprawie przyglądać lub zająć stanowisko: Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska, Wody Polskie, Ministerstwo Klimatu i Środowiska, Ministerstwo Kultury, a także SGGW. Skala tej interwencji sprawia, że tym bardziej powinniśmy pochylić się nad tematem na poziomie rady i urzędu.
Radny Dariusz Krupa (PiS) dopytywał, dlaczego właśnie zimą, gdy jest śnieg i mróz, postanowiono zabrać się za prace powodujące konieczność obniżenia poziomu wody w stawach.
Odpowiedzi, jakie padały, nie zawsze koncentrowały się na głównym wątku: stratach dla przyrody. Wiceprezydent Kossakowska kontratakowała na przykład tak: – To kiedy pan radny uważa, że prace powinny być przeprowadzone, jeśli nie zimą?
Wymiana zdań, jaka następowała potem, do meritum dyskusji nie wnosiła nic.
„Straty muszą być”
Przedstawiciele urzędu, choć generalnie podkreślali, że prace prowadzone są prawidłowo, mimochodem przyznawali, że przyroda doznała uszczerbku. Dorota Kossakowska: – Trzeba uczciwie powiedzieć, że przy tego typu inwestycjach pewne straty są nieuniknione. Proszę państwa: jeśli budujemy lub remontujemy cokolwiek, to najpierw musimy w pewnym zakresie ingerować w istniejące środowisko. Straty biologiczne mogą wystąpić i nie da się ich całkowicie wyeliminować. Niezależnie od tego, czy zrobimy to we wrześniu, w listopadzie czy w innym terminie, pewnych skutków po prostu nie da się uniknąć. Żeby wymienić przepustozastawkę, trzeba obniżyć poziom wody – nikt nie wykona takiej pracy w wodzie o wysokim stanie, bo musi widzieć, co robi – zakomunikowała.
Wiceprezydentka stwierdziła też, że szkody w przyrodzie da się usunąć: – Jeśli w trakcie prac zostanie uszkodzona trawa czy fragment trawnika, to zostanie on odtworzony na wiosnę, czyli w najlepszym możliwym terminie, żeby zieleń mogła się prawidłowo zregenerować. To są moje uwagi w kontekście różnych publikacji i komentarzy, które pojawiają się wokół tej sprawy. Mam wrażenie, że czasem – bez wiedzy i bez wcześniejszego zapytania – formułuje się kategoryczne oceny i wyroki, które służą głównie temu, by wywołać szum informacyjny – powiedziała.
Podkreśliła, że prace prowadzone są w oparciu o inwentaryzację i wskazanie niezbędnych działań remontowych przygotowane przez SGGW, czyli „przez osoby posiadające odpowiednie uprawnienia, wykształcenie i kompetencje w tym zakresie. W związku z tym realizacja tych prac ma podstawy merytoryczne i formalne”.
Zaraz jednak przyznała: – To, że momentami może to wyglądać niedbale, zgadzam się. Rzeczywiście, zdarzają się sytuacje, które wymagają większej staranności. Mówiąc szczerze, czasami nawet stały nadzór nie gwarantuje, że wszystko zostanie wykonane idealnie. Proszę jednak zwrócić uwagę na warunki, w jakich te prace są prowadzone.
„Nikt nie był w stanie dokładnie przewidzieć, że warunki pogodowe będą akurat takie”

Dowiedzieliśmy się, że urząd miasta nie przewidział, iż zimą może spaść śnieg, a temperatury będą niskie: – Nikt nie był w stanie przewidzieć, że pogoda w tym sezonie będzie wyglądała właśnie tak. Przez ostatnie kilkanaście lat praktycznie nie mieliśmy zimy w takiej formie i nie było podobnych sytuacji. Oczywiście zakładaliśmy, że warunki będą lepsze, ale wyszło inaczej – mówiła podczas komisji Dorota Kossakowska.
Wiceprezydentce wtórowała naczelnik Wydziału Ochrony Środowiska Elżbieta Jakubczak-Garczyńska. Tłumaczyła, że najlepszy termin na wykonanie prac wynika z tego, że życie biologiczne jest zimą uśpione. – Gdybyśmy realizowali ten sam remont na przykład w październiku, w trzcinowiskach nadal przebywałyby ptaki, byłyby też inne zwierzęta, a potencjalne straty mogłyby być znacznie większe. Zimą aktywność biologiczna jest najmniejsza, więc ewentualne szkody, jeśli w ogóle wystąpią, powinny być możliwie ograniczone – mówiła.
Ona również przyznała: – Pojawił się jednak czynnik, którego nie byliśmy w stanie przewidzieć: silny mróz. Niestety, nikt nie był w stanie dokładnie przewidzieć, że warunki pogodowe będą akurat takie. Co roku słyszymy zapowiedzi, że „w tym roku dopiero przyjdzie prawdziwa zima”, ale tym razem faktycznie mieliśmy do czynienia z mrozem, który może mieć znaczenie dla sytuacji na stawach. Największy problem może dotyczyć małego stawu z wysepką. Pozostałe stawy – w mojej ocenie – są w bezpieczniejszej sytuacji. Proszę również zauważyć, że na stawie od strony ulicy Hubala pływają kaczki. Nie oznacza to, że cała powierzchnia jest wolna od lodu, ale w części zbiornika tafla pozostaje rozmarznięta. To z kolei sugeruje, że nie jest tak, iż cały staw jest całkowicie zamarznięty i odcięty od dopływu tlenu.
Naczelniczka poinformowała też, że we współpracy z Polskim Związkiem Wędkarskim będą wykonywane pomiary grubości lodu na stawach. – Jeżeli chodzi o ewentualne śnięcie ryb, wszystko będzie zależało od tego, jak gruba jest warstwa lodu. Na ten moment tego nie wiemy, będziemy mogli to ocenić dopiero po wykonaniu pomiarów – dodała.
To nie urząd miasta jest winny. A kto? „Wędkarze”
Jednym z ciekawszych wątków była próba przerzucenia odpowiedzialności za ewentualne straty w parkowej przyrodzie na… Polski Związek Wędkarski (sic!), choć to miasto, a nie PZW, zleciło, finansuje i nadzoruje prace. Oto wymiana zdań na komisji:
Sławomir Bukowski, zpruszkowa.pl: Odnoszę wrażenie, że dopiero teraz – po pojawieniu się głosów mieszkańców i po publikacji naszego artykułu – zaczęto podejmować różne działania „naprawcze”. Słyszę, że badana będzie grubość lodu. Dziś dotarła do mnie informacja, że Polski Związek Wędkarski próbuje organizować ludzi z piłami, żeby w weekend przecinać lód. Mówi się też o możliwym przepompowywaniu wody i innych krokach. Tymczasem wszystkie te działania pojawiają się dopiero w momencie, kiedy – po pierwsze – mieszkańcy zaczęli alarmować, że w parku dzieje się coś niepokojącego, a po drugie – gdy już ukazał się artykuł. Dlaczego wcześniej nie zadbano o takie działania? Oczywiście, nie dało się przewidzieć, jak silny będzie mróz, ale przecież fakt, że zimą może być zimno, nie jest zaskoczeniem. Dlaczego nie zaczęli państwo działać i informować o możliwych krokach już wtedy, gdy pojawiły się pierwsze sygnały, że sytuacja w parku może być poważna?
Wiceprezydent Dorota Kossakowska: Szanowni państwo, chciałabym jasno i wyraźnie podkreślić – i przypomnieć nam wszystkim – że miasto ma podpisaną umowę z Polskim Związkiem Wędkarskim. Wszystkie działania, o których pan teraz mówi, są po stronie Związku Wędkarskiego i są przewidziane w tej umowie. My nie jesteśmy specjalistami od gospodarki rybacko-wędkarskiej, dlatego właśnie powierzyliśmy na 10 lat nadzór nad tymi zbiornikami wodnymi PZW. Być może to Związek Wędkarski powinien był wcześniej podjąć takie działania. Nie przesądzam, czy powinien, czy nie powinien – czy należało wcześniej przecinać przeręble, czy podejmować inne kroki – ale faktem jest, że tego typu czynności należą do obowiązków PZW, a nie urzędu.
Sławomir Bukowski: Czyli dobrze rozumiem, że Wydział Ochrony Środowiska nie sprawdzał, czy środowisko na terenie miasta jest odpowiednio chronione, ponieważ uznano, że to obowiązek Polskiego Związku Wędkarskiego?
Dorota Kossakowska: Panie redaktorze, jak zwykle wyciąga pan daleko idące wnioski. Mówimy o obowiązującej umowie z Polskim Związkiem Wędkarskim, który sprawuje nadzór nad funkcjonowaniem tych zbiorników. To właśnie przedstawiciel PZW – jako podmiot odpowiedzialny za gospodarkę wędkarsko-rybacką – powinien przyjść i powiedzieć: „Uzgodnijmy, co robimy, bo sytuacja nie jest dobra”. Oczywiście my również jesteśmy obecni przy tych pracach. Jeżeli widzimy, że dzieje się coś niepokojącego, zgłaszamy to na bieżąco.
Naczelnik Elżbieta Jakubczak-Garczyńska: Chciałam tylko dodać, że w porozumieniu ze Związkiem Wędkarskim nasz wykonawca – kilka lub kilkanaście dni temu – przelewał wodę do dużego stawu. Zrobiono to na prośbę wędkarzy, którzy uznali, że dobrze byłoby doprowadzić trochę świeżej wody, aby poprawić napowietrzenie zbiornika.
Ten wątek podsumował później radny Bartosz Brzeziński: skoro nagle zaczęto wlewać wodę z Utraty bezpośrednio do dużego stawu, to znaczy, że zorientowano się, że sytuacja jest poważna, bo takich działań projekt inwestycji nie przewidywał.
Co wynika z posiedzenia komisji?
W sumie niewiele. Najważniejsze jest to, że urząd miasta – po alarmistycznych doniesieniach mieszkańców i po artykule zpruszkowa.pl – podjął działania. Choć można postawić tezę, że są one spóźnione i okażą się mało skuteczne, jeśli w stawach doszło już do przyduchy, a zwierzęta zginęły.
Dorota Kossakowska zobowiązała się do regularnego informowania radnych i mieszkańców o sytuacji w parku. Choć deklaracja była jednoznaczna, w piątek 16 stycznia żadna informacja z urzędu w sprawie Parku Potulickich nie wyszła – na stronie internetowej miasta wciąż wisi za to oświadczenie z poprzedniego dnia zarzucające dziennikarzom pisanie nieprawdy.
Ciekawie wyglądało zakończenie obrad. Wbrew wcześniejszym wypowiedziom o „nieprzewidzeniu zimy” i niewystarczającej staranności wykonawcy pani wiceprezydent oświadczyła, że urząd miasta nie ma sobie nic do zarzucenia. Chwilę później przewodnicząca Maria Biernacka ucięła dyskusję, komunikując, że posiedzenie zostaje zamknięte.
Oczywiście, konkluzją spotkania jest też zapowiedź pozwania do sądu dziennikarzy piszących o Parku Potulickich i o kulisach pracy urzędu miasta. Redakcja zpruszkowa.pl spokojnie oczekuje na pozew.



