Katarzyna Włodarczyk: Uratowałam Malavi, a Malavi uratowała mnie

W poprzedniej kadencji była dyrektorem spółki TBS „Zieleń Miejska”. W zeszłorocznych wyborach zdobyła mandat radnej Pruszkowa z list Koalicji Obywatelskiej i mimo rozłamu w klubie pozostała w KO. Tłumaczyła, że jest wierna swoim przekonaniom i ma zobowiązania wobec mieszkańców, którzy na nią zagłosowali. Znana ze swojego zaangażowania w inicjatywy na rzecz mieszkańców. Jest założycielką stowarzyszenia Pruszków jest Kobietą, które działa na rzecz zwiększenia udziału kobiet w życiu społecznym i politycznym miasta.
Katarzyna Włodarczyk została właśnie nową właścicielką Cafe Malavi w Pruszkowie. Odwiedziliśmy ją, żeby zapytać, co jej właściwie przyszło do głowy.
Sławomir Bukowski: Dlaczego akurat kawiarnia?
Katarzyna Włodarczyk: Potrzebowałam miejsca, które daje mi radość i w którym mogę odpocząć. Po trudnych doświadczeniach życiowych i momentach, kiedy czułam, że trzeba się zresetować, znalazłam coś, co idealnie wpisuje się w moje potrzeby. Pierwszy raz weszłam do Malavi jakieś dwa lata temu i od razu poczułam, że to miejsce, gdzie wszystko jest na swoim miejscu.
Chodzi o klimat, zapach kawy?
Zapach świeżo parzonej kawy i ten spokój, który tu jest, który daje poczucie relaksu nawet po stresujących spotkaniach biznesowych. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy pojawiła się możliwość przejęcia Malavi we wrześniu zeszłego roku, długo się zastanawiałam. Zdecydowałam się dopiero w 2025 roku. Teraz już wiem, że uratowałam Malavi, a Malavi uratowała mnie. A kawa jest tu tak dobra, że nie mogłam się oprzeć.
Przyznaję, niezła.
Nasz dostawca przywozi ją z Nepalu.
Odłóżmy na bok sentymenty. Kawiarnia to przede wszystkim biznes. Trzeba zapłacić czynsz, opłacić pracowników. A gastronomia w Pruszkowie jest trudna, wiele lokali otwiera się, wkrótce potem zamyka.
Oczywiście, codziennie czuję strach i niepewność. Ale kto nie ryzykuje, nie pije szampana. Mnie przekonuje fakt, że Malavi ma już ugruntowaną pozycję w Pruszkowie – to miejsce z duszą, z tradycją. Malavi otworzyłam w zeszłym tygodniu po krótkiej przerwie i stali klienci od razu zaczęli tutaj wracać, cieszą się z drobnych zmian, jakie wprowadziłam, takich jak nowe kwiaty czy lampy. Nawet jeśli początkowo nie byłam gotowa mentalnie, to teraz czuję, że to miejsce, gdzie chcę spędzić najbliższe lata. Praca tu nie jest ciężarem – to dla mnie odpoczynek, bo robię to, co kocham. Wierzę, że jeśli robisz to, co lubisz, nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia.
Podkreślam: kawiarnia to przedsięwzięcie biznesowe.
Tak, mam obawy, ale wybrałam sprawdzony lokal, to daje mi większe poczucie bezpieczeństwa niż otwieranie całkowicie nowego. Poza tym, lubię wyzwania.
Nazwa zostaje?
Cafe Malavi ma w Pruszkowie swoje miejsce. Ale jednocześnie szukam nowych rozwiązań, na przykład uruchomiliśmy Malavi drive. To nasz sposób na problemy z zaparkowaniem w tym miejscu – klient zamawia telefonicznie kawę, sałatkę czy kanapkę, a my szybko przygotowujemy zamówienie, żeby mógł je odebrać jak podjedzie, bez konieczności wysiadania z samochodu.
Jest pani chyba czwartym najemcą tego lokalu. Może jednak mieszkańcy Pruszkowa nie przepadają za kawą?
Nie, nie o to chodzi. Prawda jest taka, że dotychczasowi najemcy odchodzili, bo wyjeżdżali za granicę lub nie czuli się związani tym z miejscem. Tutaj każdy element – od wystroju po dobór kwiatów – musi do siebie pasować. Trzeba znać oczekiwania klientów, na przykład jeden pan zawsze siada na zewnątrz przy kawie i musi mieć swoją ulubioną szklaną popielniczkę.
Przychodzi wymagająca klientka, prosi o latte na sojowym i ciasto wegańskie. Co pani na to?
Mamy różne rodzaje mleka i różne ciasta. Właśnie wprowadzamy wegańskie i bezglutenowe. Na razie testujemy menu, żeby ostatecznie przygotować prostą, przejrzystą kartkę z kawami, deserami i śniadaniami.
Przychodzi matka z dziećmi. Na co mogą liczyć?
Jest kącik zabaw – stół, gry, kolorowanki. Planuję go jeszcze rozbudować, żeby każde dziecko, niezależnie od wieku, mogło znaleźć coś dla siebie. A menu dedykowanego dzieciom na razie nie ma. Dzieci jedzą te same słodkości co dorośli, przykładowo moja siedmioletnia chrześnica zjadła cały duży deser w pucharku. Ale cały czas zbieram pomysły od klientów, żeby stworzyć esencję tego, co najlepiej się sprawdza.
A teraz wchodzi radny PiS. Rozumiem, że do rachunku dostaje dopłatę za przynależność partyjną.
(śmiech) Malavi działa ponad podziałami. Chcę, żeby to miejsce było otwarte dla koleżanek i kolegów ze wszystkich opcji politycznych, aby stało się przestrzenią spotkań, gdzie wszyscy mogą porozmawiać i odpocząć.
Ja z kolei napiłbym się wina.
Planuję wprowadzenie wina. Złożę wniosek o koncesję do prezydenta miasta. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze, bo chciałabym, żeby nasi goście mogli cieszyć się lampką dobrego napoju.
Będzie jak we Włoszech?
Tak! Bywam we Włoszech kilka razy w roku, uwielbiam ten klimat – tam wino w kawiarni to standard. Ale żeby była jasność – u nas nie będzie wysokoprocentowych alkoholi ani piwa. Nie chcę zaburzać aromatu kawy, który tutaj unosi od progu. Wino – delikatne, czerwone lub białe – idealnie wpisze się w klimat tego miejsca.
Planuje pani jakieś wydarzenia, spotkania w kawiarni?
Wieczory tematyczne. Od maja ruszamy z wieczorami autorskimi – jeszcze nie zdradzę, z kim, ale myślę, że to będzie miłe zaskoczenie. Może też stand-upy, bo zawsze cieszą się sporą popularnością. Myślę o muzyce na żywo – może gitara, może coś kameralnego.
Będzie pani jednocześnie menedżerką kawiarni?
Menedżerką będzie Ania, która pracuje tu od dłuższego czasu i klienci świetnie ją znają. Ania to skarb, ma ogromną wiedzę – o kawie, deserach, daniach. Kiedy zamknęliśmy lokal na remont, wiele osób przychodziło i pytało, czy pani Ania będzie. Dlatego została z nami. Jest niezastąpiona.
Gdyby miała pani zaprosić jednego, konkretnego pruszkowskiego polityka na kawę, kto by to był?
Chciałabym, żeby odwiedził nas prezydent Piotr Bąk, posiedział przy kawie, odpoczął w tej atmosferze i poczuł, jak żyje nasze miasto. Malavi to przestrzeń spotkań, nawiązywania kontaktów i budowania relacji, które dla mnie są niezmiernie ważne.