– Ja chcę pytanie zadać do tego pana, który składał tę petycję: dlaczego on akurat wybrał Brwinów? – zagaja radny Józef Moczuło (SPP). – Ja też pytam: jaki jest klucz doboru miejscowości w tym wniosku? – wtóruje mu radny Dariusz Krupa (PiS). – No szkoda że autor petycji miał jakieś propozycje i jak zrozumiałam chciał skomunikować się z nami, ale dzisiaj się nie skomunikował – dorzuca radna Małgorzata Widera (KO). 

Jest 17 listopada 2021 roku. Arek Gębicz, prezes stowarzyszenia Za Pruszków!, złożył do rady miasta petycję o zabezpieczenie w stałej, rocznej kwoty dotacji dla czterech jednostek Ochotniczej Straży Pożarnej w Brwinowie w wysokości 100 tysięcy złotych. Zdaniem autora, brwinowscy strażacy każdego roku najczęściej wyjeżdżają do zdarzeń w Pruszkowie.

Petycja, zgodnie z procedurą, trafiła pod obrady miejskiej Komisji Skarg, Wniosków i Petycji, choć być może słowo „obrady” jest tu trochę na wyrost. Dyskusja w tym przypadku składała się z szeregu pytań kierowanych przez radnych do Gębicza. Na żadne z nich nie było im dane usłyszeć odpowiedzi ponieważ ich adresat… nie został dopuszczony do dyskusji. 

Zgrzyt, szmer i szelest

– To scena jak z Barei, tylko mamy XXI wiek, komuna dawno upadła, a wszystko to dzieje się naprawdę – komentuje sprawę Gębicz w rozmowie z portalem zpruszkowa.pl. – Członkowie komisji najpierw odcięli mnie od możliwości wzięcia udziału w dyskusji, następnie zaczęli zadawać mi pytania pod moją nieobecność, a na koniec wyrazili zmartwienie tym, że im nie odpowiedziałem – tłumaczy.

– Przewodniczący Mieczysław Maliszewski (SPP) zaznaczył przecież, że może się pan <<wdzwonić>> na posiedzenie i zabrać głos telefonicznie – odpowiadamy Gębiczowi. 

– Wszyscy, którzy próbowali tej formy kontaktu z radnymi, dobrze wiedzą jak to działa. Ze słuchawki dobiega kakofonia, mieszanina dźwięków z pomieszczenia Biura Rady, komputera urzędnika i faktycznego przebiegu dyskusji – odpowiada społecznik. – Trudno zrozumieć co radni do mnie mówią, a śledzenie ich wypowiedzi online jest niemożliwe, bo różnica między czasem rzeczywistym a czasem transmisji wynosi zwykle ponad minutę. Ciężko nazwać to uczestnictwem w dyskusji, kiedy komunikacja przebiega tylko w jedną stronę, a ja nie mogę odpowiadać na bieżąco na zadawane mi kwestie.

Faktycznie – do posiedzeń komisji w ostatnich dwóch latach dodzwaniało się wielu mieszkańców Pruszkowa, w tym dziennikarze portalu zpruszkowa.pl. Każde podejście wyglądało tak samo: telefon odbiera pracowniczka Biura Rady i informuje, kiedy można zabrać głos. Wtedy można wygłosić kilka zdań oświadczenia próbując ignorować dochodzący ze słuchawki zgrzyt, szmer i szelest. W odpowiedzi usłyszymy wypowiedzi radnych – jakby zza ściany. Przy odrobinie szczęścia uda nam się wyłapać kilka słów kluczowych i na ich podstawie dorozumieć pełne zdania (albo przynajmniej ich sens). 

Następnie stajemy przed wyborem: próbować kontynuować dyskusję w tym trybie lub rozłączyć się i śledzić wypowiedzi radnych dalej na miejskim kanale na YouTube, lecz już bez naszego aktywnego udziału.

Kopanie się z koniem

Uchwalona 2 marca 2020 roku ustawa o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, znana szerzej jako specustawa covidowa, dała samorządowcom wolną rękę w organizacji i prowadzeniu posiedzeń rad gmin i ich komisji online. W Pruszkowie zastosowano się do niej szybko i sprawnie, jednak pruszkowscy samorządowcy nie byliby pruszkowskimi samorządowcami, gdyby nie wprowadzili przy tej okazji kilku „innowacji”.

Jedną z nich jest dobór sposobu, w jaki mieszkańcy mogą realizować prawo do uczestnictwa w obradach. Pierwszym „pruszkowskim” sposobem ustanowiono opisane wcześniej „wdzwanianie się” na obrady za pomocą telefonu. Drugim – możliwość wypowiedzenia się za pośrednictwem aplikacji Zoom, czyli na równych warunkach z resztą radnych. Korzystając z konta na komunikatorze można na bieżąco zgłaszać chęć zabrania głosu w dyskusji, odpowiadać na zadane pytania w czasie rzeczywistym i – co najważniejsze – uniknąć przekrzykiwania się z hałasem dochodzącym ze słuchawki telefonu. „Innowacyjność” polega zaś na tym, że dobór jednego z tych dwóch sposobów jest zupełnie uznaniowy. 

Doświadczył tego na własnej skórze Arek Gębicz, który o możliwość dyskusji za pośrednictwem aplikacji Zoom prosił radę przed posiedzeniem Komisji Skarg z 17 listopada 2021 roku. 

„Szanowny Panie Arkadiuszu” – czytamy w wiadomości e-mail nadesłanym do społecznika przez urzędniczkę magistratu Magdalenę Napiórkowską. „W imieniu Przewodniczącego Komisji [Mieczysława Maliszewskiego – przyp. K.Ch.] informuję, że ma Pan możliwość zabrać głos na posiedzeniu komisji łącząc się na numer telefonu 692 474 020”.

„Szanowna Pani Magdaleno” – odpisuje Gębicz. „Ponownie proszę o zaproszenie mnie do grona dyskutantów. Pan Maliszewski doskonale wie, że kontakt przez telefon uniemożliwia wymianę argumentów i normalny udział w dyskusji (...). Podczas dyskusji chciałbym rozmawiać o rozwiązaniach systemowych, wynikających z wiedzy, którą w międzyczasie zdobyłem (...). Rozmowa na tej Komisji byłaby dobrym początkiem do zastanowienia się nad rozwiązaniem. W związku z powyższym proszę jak na wstępie”.

Po 45 minutach prezes stowarzyszenia Za Pruszków! otrzymuje ostateczną (i jakże lakoniczną) decyzję w swojej sprawie: „Panie Arkadiuszu, rozmawiałam z Panem Przewodniczącym, który po konsultacji z członkami komisji podtrzymuje swoją decyzję". Link do pełnej treści powyższej korespondencji znajduje się tutaj.

Posiedzenie zaczyna się półtorej godziny później. Gębicz – jak przyznaje w rozmowie z portalem zpruszkowa.pl – odpuścił sobie próby przedstawienia swoich racji przez telefon. – To jak kopanie się z koniem – twierdzi. – Jestem na z góry straconej pozycji.

Lex „na gębę”

O tym, czy udział mieszkańca w posiedzeniu zdalnym zostanie zapewniony za pośrednictwem telefonu, czy aplikacji Zoom, rozstrzyga podobno przewodniczący konkretnej komisji lub przewodniczący Rady Miasta Pruszkowa wedle własnego uznania. Podobno – bo żaden przepis na tym świecie nie daje żadnemu z nich takiej prerogatywy. Podobnież żaden z przewodniczących pruszkowskich komisji miejskich nie wydał nigdy takiej decyzji oficjalnie i na piśmie. O tym, że faktyczne są one wydawane, mieszkaniec dowie się z zapewnień pracownic Biura Rady Miasta. 

Szkopuł tkwi w tym, że to, co zostanie przedstawione mieszkańcowi jako oficjalny, z góry ustalony zestaw zasad dotyczący uczestnictwa w obradach, de facto stanowi pokrętną i niejasną procedurę wypracowaną „na słowo honoru”, lub jak kto woli – „na gębę". 

Jedna z reguł ustalonych „na gębę” głosi na przykład, że link do połączenia z Komisją Skarg, Wniosków i Petycji za pośrednictwem aplikacji Zoom przysługuje wyłącznie autorom złożonej skargi, wniosku lub petycji. Zasadę tę przedstawiono mi osobiście za pośrednictwem Biura Rady 19 kwietnia tego roku. Zwróciłem się wtedy o możliwość wzięcia udziału w dyskusji z radnymi podczas posiedzenia zaplanowanego na 21 kwietnia i zabrania głosu w sprawie petycji, której nie byłem autorem. 

„W imieniu Przewodniczącego Komisji informuję, że ma Pan możliwość zabrać głos na posiedzeniu komisji  łącząc się na numer telefonu 692 474 020, natomiast linki [do aplikacji Zoom – przyp. K.Ch.] są wysyłane do osób składających skargi lub petycje” – odczytałem w odpowiedzi na moją prośbę. Gdy zaś poprosiłem o podstawę prawną dla wydanej właśnie decyzji, odesłano mnie do przepisu art. 15 zzx ust. 2 tzw. specustawy covidowej o następującej treści: „o zdalnym trybie obradowania decyduje organ stanowiący jednostki samorządu terytorialnego albo inny organ działający kolegialnie, w głosowaniu jawnym”. Jak by nie patrzeć, nijak ma się on do kwestii udziału mieszkańców w posiedzeniach komisji. I doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego akurat on został mi przedstawiony. 

Niepisana zasada o uczestnictwie w obradach Komisji Skarg zdaje się być również zmienna w czasie. Wystarczy wspomnieć, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej, w przypadku przytaczanego posiedzenia Komisji Skarg z 17 listopada 2021 roku, linkiem do aplikacji Zoom nie został obdarzony nawet autor złożonej do rady miasta petycji. 

Co ciekawe, „lex na gębę” jest w rzeczywistości obszerniejsze i z czasem obrasta w coraz nowsze „regulacje”. Zgodnie z jedną z nich, uczestnicy obrad niebędący radnymi powinni każdorazowo zabierać głos w ostatnim punkcie obrad sesji i komisji, nazywanym zwyczajowo (nie, to nie pomyłka) „wnioski i oświadczenia radnych”. Jeszcze inna głosi, że na link do połączenia na platformie Zoom każdorazowo mogą liczyć „eksperci” w temacie, którego dotyczą obrady. Jak nietrudno się domyślić – to przewodniczący komisji decydują, kto jest, a kto nie jest „ekspertem” ergo – kto może przeprowadzić z radnymi rzeczową dyskusję, a komu przyjdzie zmierzyć się z udziałem telefonicznym. 

Najnowsza zasada z tych umownych została przedstawiona 21 listopada podczas posiedzenia Komisji Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska. Wtedy to przewodniczący Karol Chlebiński (SPP) zwrócił uwagę obecnemu na sali Arkowi Gębiczowi, że przed rozpoczęciem rejestracji obrad powinien o tym uprzedzić wszystkich zebranych (o wszystkich okolicznościach tego zdarzenia pisaliśmy tutaj). Nie wyjaśnił przy tym dlaczego zasada ta zaczęła obowiązywać nagle, po czterech latach kadencji. Wszak do listopada 2022 r. mnóstwo posiedzeń było nagrywanych (a nawet transmitowanych na żywo) rękami mieszkańców, przedstawicieli organizacji pozarządowych i mediów. Nikt z nagrywających nie musiał się nigdy z tego tłumaczyć, bo i każdy był doskonale świadomy swoich praw. Przynajmniej tych ustawowych. 

Te pozaustawowe, ustalane „na słowo honoru”, zdają się być oryginalną cechą pruszkowskiego samorządu. Co ciekawe, można u nich wyróżnić wiele cech wspólnych. Wszystkie, na przykład, stanowione są ad hoc, w trybie nieprzewidzianym żadnym aktem polskiego prawa. Wszystkie również – dziwnym zrządzeniem losu – narzucają coraz to nowsze ograniczenia co do sposobu, w jaki obywatele mogliby partycypować w pracach pruszkowskiej rady miasta. 

Ich przestrzeganie jest chimeryczne i z reguły zależne od potrzeby chwili. Ich nieprzestrzeganie jest dozwolone i możliwe do uzasadnienia w dowolny sposób, jednak tylko pod warunkiem, że od ich przestrzegania uchylają się przedstawiciele Rady Miasta Pruszkowa. 

Nie trzeba wspominać, że żadna z reguł ustalonych „na gębę” nie została nigdy spisana, podpisana, zatwierdzona ani opublikowana w żadnym oficjalnym dokumencie. Za ich powstawaniem należy nadążać niczym za kolejnymi odcinkami opery mydlanej. A jeśli komuś któraś z nich umknie? Cóż. Nieznajomość prawa szkodzi.  

Znikające transmisje

Jest jesień 2021 roku. Pruszkowscy internauci raz za razem spostrzegają, że nagrania z posiedzeń miejskich komisji, publikowane dotychczas na platformie YouTube, zaczynają znikać z sieci. Zauważamy to i my. Filmy osadzone w naszych artykułach zamieniają się w szare ekrany z krótkim komunikatem „FIlm niedostępny”. Linki, które umieszczaliśmy w publikacjach jako odnośniki do źródeł pozyskanych cytatów, nagle prowadzą donikąd. 

Jak się później dowiedzieliśmy, pretekstem dla ich usunięcia było zakończenie okresu przejściowego definiowanego przez nowe prawo – ustawę o dostępności cyfrowej stron internetowych i aplikacji mobilnych podmiotów publicznych. Ta, uchwalona w kwietniu 2019 roku, nałożyła na instytucje publiczne nowy obowiązek podejmowania starań w zapewnianiu dostępności materiałów cyfrowych jak najszerszemu gronu odbiorców, w tym odbiorcom z niepełnosprawnościami. 

Trudno o stwierdzenie, jakoby usuwanie archiwalnych nagrań z posiedzeń miejskich komisji było działaniem zgodnym z prawem. W rzeczywistości jest dokładnie na odwrót – chałupnicza interpretacja obowiązujących przepisów uruchomiła cały łańcuch naruszeń prawa doprowadzając Pruszków wprost na skraj absurdu. 

W przypadku dostępności filmów czy nagrań z transmisji nowe prawo wprowadziło konieczność sporządzania transkrypcji (czyli tzw. napisów) dedykowanych chociażby osobom niesłyszącym. Przez dwa lata „okresu karencji” ustawy miejscy urzędnicy nie zrobili wiele, aby przygotować miasto na wejście w życie nowych przepisów. Gdy więc czasu było już tak mało, że nie starczało go nawet na doczytanie ustawy do końca, zaczęli pośpiesznie usuwać archiwalne nagrania z miejskiego kanału na YouTube.

Absurd sytuacji polega zaś na tym, że wcale nie musieli tego robić. Dlaczego? 

Wynikający z nowego prawa obowiązek transkrypcyjny ma charakter względny. Ustawa daje instytucjom publicznym możliwość odstąpienia od niego pod warunkiem zapewnienia zainteresowanym tzw. dostępu alternatywnego, czyli chociażby możliwości tworzenia transkrypcji wyłącznie na wniosek lub wyraźne żądanie petenta. 

Ustawa przewiduje także możliwość całkowitego odstąpienia od obowiązku transkrypcyjnego. Warunkiem ku temu jest wykazanie, że koszty tworzenia transkrypcji będą nieproporcjonalnie wyższe niż osiągnięte dzięki niej korzyści. 

Powyższe regulacje wynikają z prostego faktu, że ustawa o dostępności cyfrowej jest w rzeczywistości niczym innym, jak implementacją dyrektywy unijnej do prawa polskiego. W dyrektywie tej (Dz. U. UE. L. z 2016 r. Nr 327, str. 1) znajdujemy jasne wskazanie (Mot. 28): „Niniejsza dyrektywa (...) nie ma na celu ograniczenia treści, które organy sektora publicznego umieszczają na swoich stronach internetowych lub w aplikacjach mobilnych, wyłącznie do treści, które są dostępne. Gdy dodawane są treści niedostępne, organy sektora publicznego powinny, w zakresie, w jakim jest to racjonalnie możliwe, dodawać na swoich stronach internetowych lub w swoich aplikacjach mobilnych dostępne alternatywy”.

Być może pruszkowscy urzędnicy o tym nie wiedzieli, a być może nie chcieli wiedzieć. Finalnie jednak doszli do wniosku, że skoro na nagraniach nie ma napisów, to nagrań nie powinno być wcale. Tym sposobem, uciekając przed ryzykiem dyskryminacji osób niesłyszących, miasto zaczęło dyskryminować wszystkich, bez wyjątku.  

Zgubiłem pański protokół i co mi pan zrobi?

Na tym nie koniec problemów. Podejmując tak zdecydowane (i – nazwijmy to wprost – dość nieprzemyślane) kroki w walce z dyskryminacją (i przy okazji z jawnością) miasto popadło w poważny konflikt z prawem. 

Artykuł 19 ustawy o dostępie do informacji publicznej (UDIP) stanowi jasno, że zarówno rada miasta, jak i jej komisje „sporządzają i udostępniają protokoły lub stenogramy swoich obrad, chyba że sporządzą i udostępnią materiały audiowizualne lub teleinformatyczne rejestrujące w pełni te obrady”. Skoro więc z sieci zniknęły nagrania, to powinny zastąpić je protokoły lub stenogramy. Tych zaś nikt po posiedzeniach komisji zwyczajnie nie sporządza, nie uchwala i nie publikuje. Dokumenty te… zwyczajnie nie istnieją.

Na stronie pruszkowskiego Biuletynu Informacji Publicznej nie publikuje się protokołów z posiedzeń miejskich komisji....

Opublikowany przez Jestem z Pruszkowa Wtorek, 22 listopada 2022

Magistrat odgraża się wprawdzie, że nagrania z transmisji na YouTube zostały jedynie „ukryte” (tj. oznaczone jako „prywatne”) i że linki do nich mogą być udostępnione wszystkim zainteresowanym w odpowiedzi na wniosek o udostępnienie informacji publicznej. To jednak, ponad wszelką wątpliwość, nie czyni zadość udostępnianiu w rozumieniu art. 19 UDIP. Przez udostępnianie rozumie się bowiem publikację materiału w miejscu powszechnie dostępnym (a za takie polskie prawodawstwo uznaje chociażby Internet), nie zaś możliwość wydania materiału „na wniosek”. 

Wynika to z przepisów szczególnych zawartych w ustawie o samorządzie gminnym. To w niej, w przepisie art 11b ust. 2, zdefiniowana jest bezwzględna zasada jawności działania organów gminy, w tym w szczególności jawności prac rady gmin i ich komisji. Zasady tej, jako specyficznej dla konkretnego typu organu, nie można podważać powołując się na przepisy ogólne (mówi o tym reguła lex specialis derogat lex generali). Innymi słowy – nie można rezygnować z jawności na rzecz niedyskryminacji.

W świetle powyższego trudno o stwierdzenie, jakoby usuwanie archiwalnych nagrań z posiedzeń miejskich komisji było działaniem zgodnym z prawem. W rzeczywistości jest dokładnie na odwrót – chałupnicza interpretacja obowiązujących przepisów uruchomiła cały łańcuch naruszeń prawa doprowadzając Pruszków na skraj absurdu. 

Dziś obywatel, który chce odtworzyć przebieg obrad wybranej komisji miejskiej z ostatnich dwóch lat, nie jest w stanie tego zrobić w sposób przewidziany polskim ustawodawstwem. Do wyboru ma jedynie ścieżkę wskazaną przez jego „pruszkowską wersję” – będzie musiał złożyć wniosek o udostępnienie informacji publicznej i oczekiwać (przez ustawowe 14 dni) na odpowiedź. Dość wspomnieć, że pruszkowski samorząd w dotrzymywaniu ustawowych terminów rekordzistą świata nie jest.

Gdzie dwóch prawników tam trzy opinie

Miejscy radni przyjęli nowy stan prawny – lub raczej jego pruszkowską odmianę – za oczywistość. Przez długie miesiące nic nie wskazywało na to, aby mieli ochotę na krytyczne zbadanie sytuacji i upewnienie się, że urząd miasta postępuje zgodnie z literą prawa. Wszak o legalności ukrywania nagrań zapewnili ich urzędnicy magistratu z samym prezydentem Pawłem Makuchem na czele.

W obliczu braku protokołów, stenogramów i nagrań z posiedzeń komisji, zaczęło brakować również dowodów na faktyczny przebieg ich prac rady miasta. A mniej dowodów to mniej rozliczalności. Mniej rozliczalności z kolei to więcej dowolności. Stan permanentnego konfliktu z prawem stał się dla polityków stanem nader wygodnym, toteż został przez nich przyjęty ze spokojem, akceptacją i – co w tej kadencji jest raczej rzadkością – w pełnej zgodzie, ponad podziałami. 

Do dyskusji zmusiła ich dopiero kolejna petycja złożona do rady miasta przez Arka Gębicza 16 grudnia 2021 roku. W jej treści społecznik zwrócił się do radnych o przywrócenie praktyki publikacji nagrań z transmisji posiedzeń miejskich komisji na platformie YouTube. Rada zajęła się problemem w najbliższym możliwym terminie, czyli… 21 kwietnia 2022 roku. 

Wtedy to, podczas posiedzenia Komisji Skarg, Wniosków i Petycji, doszło do pierwszej wymiany zdań między radnymi i mieszkańcami na temat jawności i dostępności nagrań z posiedzeń rady. Dyskusja szybko przerodziła się w kuriozum. W jej trakcie okazało się bowiem, że przytaczanie radnym komentarzy prawniczych do ustawy o dostępności cyfrowej (oraz stojącej za nią dyrektywy unijnej) kompletnie mija się z celem. 

– Gdzie prawników dwóch, tam przynajmniej trzy opinie prawne – stwierdził radny Olgierd Lewan (SPP). – Ja się zgodzę z opinią kolegi Olgierda Lewana – dodał radny Dariusz Krupa, po czym nawiązał do zaprezentowanych uprzednio opracowań prawnych. – Bo to jest grupa prawników, ośmioro, dziewięcioro, okej. Ale prawników mamy dużo więcej i nie wiemy jaką opinię inni wydaliby na ten sam temat. Więc nie powoływałbym się na komentarze – powiedział Krupa. A skoro ustalono już, że prawnikom nie można ufać, to i wszystkie przytaczane argumenty prawne momentalnie straciły na ważności. Od tej pory nic nie stało na przeszkodzie, aby za interpretację prawa wzięli się sami radni.

– My dziś znajdujemy się w tak zwanej kwadraturze koła wynikającej z trzech niezależnych ustaw, które moim zdaniem są ze sobą sprzeczne – stwierdził Piotr Bąk (KO), przedstawiając następnie osobistą wykładnię obowiązujących przepisów. Zgodnie z nią, przepisy ustawy o samorządzie gminnym, ustawy o dostępności cyfrowej oraz tzw. specustawy covidowej nie uzupełniają się wzajemnie, lecz wykluczają. 

Ustawę o dostępie do informacji publicznej Bąk skrzętnie w swojej argumentacji pominął. Wybieg ten pozwolił mu na skonstatowanie, że nagrań archiwalnych publikować nie należy, bo ich publikacja bez transkrypcji budzi ryzyko dyskryminacji osób niedosłyszących (sic!). 

– Twórczość naszych ustawodawców jest bardzo płodna, ale jednocześnie chaotyczna – wtórował mu Olgierd Lewan. – I kiedy zaczęły te ustawy (...) jedna nachodzić na drugą, niekoniecznie do siebie pasując, znaleźliśmy się w sytuacji, w której urząd [miasta – przyp. K.Ch.] podjął decyzję taką a nie inną. (...).

Jak tłumaczył Lewan, „nagrania te znikają ze strony oficjalnej miasta nie dlatego, żeby je schować i wyrzucić do kosza. Z uwagi na niebezpieczeństwo podłożenia się pod jakieś nie do końca kompatybilne przepisy – są udostępniane na życzenie”. 

Pełen przebieg posiedzenia został nagrany na własną rękę przez Arka Gębicza i udostępniony na jego kanale na YouTube

Pruszków kontra reszta świata

Szczęśliwie, redakcja portalu zpruszkowa.pl nie pała tak daleko idącą niechęcią wobec specjalistów, jaką 21 kwietnia zaprezentowali nam przedstawiciele Rady Miasta Pruszkowa. Wobec narastających problemów z jawnością i dostępnością prac pruszkowskich radnych, postanowiliśmy zainteresować sytuacją w Pruszkowie szereg organizacji pozarządowych na co dzień zajmujących się pilnowaniem, aby załamanie demokratycznych zasad gry nie zaszło w Polsce zbyt daleko. 

Na naszą prośbę odpowiedziała m.in. Sieć Obywatelska Watchdog Polska, która w obszernym opracowaniu prawnym zdaje się podzielać nasze obawy:

Działanie [pruszkowskich – przyp. K.Ch.] organów świadczy o błędnym rozumieniu przepisów ustawy o dostępności cyfrowej stron internetowych i aplikacji mobilnych podmiotów publicznych. Artykuł 8 tejże ustawy, daje możliwość niezapewniania dostępności cyfrowej danej strony, jeśli wiązałoby się to ze zbyt dużymi kosztami. Oznacza to, że organ nie musi spełniać wyłącznie wymogów dostępności cyfrowej z powołaniem się ograniczenia budżetowe, a nie że nie może w ogóle ich wówczas publikować. Wręcz przeciwnie, powołanie się, jak to robi organ w przedmiotowej sprawie, na ograniczenia budżetowe, powoduje, że organ taki ma możliwość publikacji „w starej formie”, bez negatywnych konsekwencji, a "alternatywny sposób dostępu" umożliwia osobie bezpośrednio zainteresowanej dostępność cyfrową (np. z napisami).

W części podsumowującej opracowania znajdujemy zaś następujące wskazanie: 

Nieuzasadnione jest zatem powołanie ww. przepisów ustaw, w celu zaprzestania publikacji
nagrań z sesji Rady Miasta oraz jej komisji. Należy stwierdzić, iż choć ustawa o samorządzie gminnym nie nakłada obowiązku transmisji posiedzeń komisji Rady, praktyka taka jest godna pochwały i sprzyja idei transparentności działania władz miasta oraz jest niezwykle pomocna w uzyskiwaniu przez mieszkańców informacji o ich działaniach. Promocja i stosowanie tego typu dobrych praktyk winny być fundamentem pracy organu.

Powyższe prowadzi do następujących stwierdzeń:

1. Prawo do informacji obejmuje dostęp mieszkańców do nagrań z sesji oraz posiedzeń komisji Rady Miasta.
2. Obowiązkiem ustawowym organu jest zarówno transmisja, jak i publikacja nagrań z obrad Sesji Rady Gminy.
3. Ustawa o dostępności cyfrowej stron internetowych i aplikacji mobilnych podmiotów
publicznych nie stoi w sprzeczności z ustawą o samorządzie gminnym.
4. Przepisy obowiązującego prawa nie uzasadniają usuwania przez organ archiwalnych nagrań z sesji oraz posiedzeń komisji Rady Miasta.
5. Ustawa o dostępności cyfrowej stron internetowych i aplikacji mobilnych podmiotów
publicznych dopuszcza możliwość powołania się przez organ na ograniczenia budżetowe, które zwalniają organ z obowiązku dostosowania multimediów do wymogów ww. ustawy, a nie z obowiązku ich publikacji.

Link do pełnej treści opracowania znajduje się tutaj.

Opinię tę podziela również Krzysztof Jakubowski, prezes Fundacji Wolności stojącej na straży jawności i transparentności polskich samorządów. – W moim przekonaniu możemy tu mieć do czynienia ze złamaniem prawa – przekonuje, po czym wyjaśnia: – Przede wszystkim należy zwrócić uwagę, że sam statut miasta Pruszkowa wskazuje, że mieszkańcy mają prawo wglądu w protokoły z komisji rady miasta. Już to sugeruje, że z posiedzeń powinny zostać sporządzone protokoły. Nagrania mogą być ich substytutem, ale powinny być ogólnodostępne (bez potrzeby wnioskowania). I tak, na wniosek dowolnego mieszkańca ostatecznie będą zobowiązani udostępnić te nagrania. Dziwne, że urzędnicy dostrzegają problem z dostępnością nagrań dla osób niedosłyszących i głuchoniemych ale nie próbują go rozwiązać, tylko wykorzystują jako pretekst do ukrywania nagrań.

Co więcej, wspólnie z redakcją portalu zpruszkowa.pl przeszukaliśmy dziesiątki Biuletynów Informacji Publicznej i oficjalnych stron internetowych polskich gmin w poszukiwaniu śladów zastosowania podobnej interpretacji do tej, na którą wpadli pruszkowscy urzędnicy. Bezskutecznie. 

Gminy, które publikowały nagrania z posiedzeń gminnych komisji, robią to do tej pory. Te, które publikują posiedzenia za pośrednictwem platformy YouTube, sporadycznie korzystają z funkcji autotranslacji (dzięki niej napisy dodawane są do filmów automatycznie w oparciu o dźwięk nagrania). Większość gmin skorzystała z furtki zapewnianej przez ustawę o dostępności cyfrowej i odstąpiła od obowiązku transkrypcyjnego. 

W ten sposób do dziś możemy oglądać zdalne posiedzenia miejskich komisji z Ełku, Szczecina, Kędzierzyn-Koźla, Narewki, Ustroni Morskich czy Otwocka. Wszystko to przykłady gmin, które nie doszły do absurdalnego wniosku, aby koniecznością translacji uzasadniać regres w standardach demokracji. 

Pruszków jednak, swoim zwyczajem, na ogólnopolskie standardy obracać się nie zamierza. A przynajmniej nic na to nie wskazuje. 

Petycja czeka na rozpatrzenie

Na koniec przypomnijmy, że redakcja zpruszkowa.pl przygotowała petycję w sprawie jawności życia publicznego. W ciągu kilku dni podpisało ją blisko 200 osób. Wraz z podpisami została złożona do Biura Rady Miasta Pruszkowa, a na sesji w 24 listopada radni przegłosowali przekazanie jej do rozpatrzenia przez Komisję Skarg, Wniosków i Petycji. Komisja do tej pory nie zajęła się nią.