„Dla mnie to już nie są radni... to są zwykłe marionetki partii politycznej, która rządzi Pruszkowem i krajem. Radny, który jest wybierany przez mieszkańca, a staje przeciwko niemu i jego woli, to nie jest radny!! To zwykły nikt!!”.

„Zastanawiam się nad jednym – jak rano patrzą w lustro, to kogo widzą”.

„Dno i dwa metry mułu. Jak można tak nisko upaść i być z tego dumnym, że pokazano mieszkańcom i swoim wyborcom tzw. środkowy palec?”

„Większość radnych dołączyła do poziomu prezydenta i jego zastępcy. Wniosek nasuwa się sam: najwyższy czas na ZMIANY. To TOWARZYSTWO wzajemnej adoracji jest siebie warte. Zapamiętam i przypomnę Wam wszystkim tuż przed wyborami”.

To kilka z długiej listy komentarzy, jakie pojawiły się na pruszkowskich forach dyskusyjnych po tym, jak radni stosunkiem głosów 18:2 odrzucili obywatelski projekt uchwały w sprawie ustanowienia trzech pomników przyrody na skwerku przy dworcu PKP. Uchwała była podyktowana nie tyle samą troską o ochronę drzew, co chęcią uniemożliwienia budowy łącznika ulic Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej i Sienkiewicza. Nie krył tego sam inicjator uchwały Arek Gębicz, prezes stowarzyszenia "Za Pruszków!", mówiąc, że obie sprawy są ze sobą ściśle związane. Ustanowienie pomników przyrody oznaczałoby z automatu schowanie do szuflady projektu drogowego, który według Gębicza jest nieprzemyślany, niepoparty analizami i niepotrzebny.

[ Przeczytaj również: (Prawie) wszyscy radni przeciwko ustanowieniu pomników przyrody w Pruszkowie ]

Liczba zwolenników łącznika jest zapewne zbliżona do liczby jego przeciwników, choć ci drudzy są głośniejsi i formułują bardziej wyraziste i nośne społecznie oskarżenia. Każda strona sporu jest przeświadczona o swojej racji, dlatego zamiast analizy argumentów za i przeciw proponuję na chłodno ocenić postawę pruszkowskich radnych, którzy byli niemal jednogłośni odrzucając projekt uchwały. Niemal, bo przeciwnego zdania byli jedynie: Andrzej Kurzela (niezrzeszony, dziś członek stowarzyszenia Za Pruszków!) oraz Eugeniusz Kulpa (SPP), zaś dwoje wstrzymało się od głosu: Olgierd Lewan (SPP) i Anna Maria Szczepaniak (PiS).

Projekty uchwał można podzielić na skomplikowane, wymagające do ich rzetelnej oceny gruntownej wiedzy ekonomicznej (to projekty budżetu i jego zmian, nowelizacje wieloletniej prognozy finansowej itp.) oraz proste, dotyczące spraw nam bliskich. Takich jak właśnie pomysł budowy łącznika czy kwestia ochrony kilku drzew. Uchwały budżetowe jest w stanie przeczytać ze zrozumieniem może troje lub czworo spośród 23 członków Rady Miasta Pruszkowa. I to oni podpowiadają reszcie, jak głosować. Uchwały drogowe wymagają znajomości prawa i procedur administracyjnych w stopniu podstawowym, są nieskomplikowane i każdy radny jest w stanie wyrazić swój osąd oraz go uargumentować. Taką „przyjazną do procedowania” uchwałą była propozycja przedstawiona przez Arka Gębicza.

Do wielu projektów przygotowywanych przez urząd miasta radni większościowych klubów SPP i KO podchodzą przez pryzmat emocji i politycznych sympatii. Głosują na „nie” albo czepiają się szczegółów byle dogryźć ekipie prezydenckiej (ta zresztą nie pozostaje im dłużna). W przypadku projektu społecznego polityka schodzi na dalszy plan i radni są w stanie poświęcić mu więcej bezstronnej uwagi. Projekt Gębicza przenicowali więc na różne strony.

Radni doszli do wielu wniosków. Między innymi takich, że ustanowienie pomników przyrody uniemożliwi, a przynajmniej znacznie utrudni przebudowę tzw. Czarnej Drogi, czyli trasy pieszo-rowerowej wzdłuż torów PKP (jak mówił Piotr Bąk, w Komorowie problemy są nawet z naprawą krawężnika przy objętej ochroną konserwatorską alei Marii Dąbrowskiej). Że niemożliwe będzie zagospodarowanie skwerku poprzez budowę alejek (zbyt mała odległość od drzew). Że utrudnione może być usuwanie awarii czy przeprowadzenie choćby drobnej modernizacji magistrali ciepłowniczej biegnącej pod ziemią tuż obok. Przychylali się też do tezy, że łącznik spełni rolę (choć nie wiadomo, jak dużą) w rozprowadzaniu ruchu tranzytowego przez centrum Pruszkowa, że jego znaczenie będzie ogólnomiejskie. Karol Chlebiński zwracał uwagę, że łącznik ułatwi wozom straży pożarnej przejazd do alei Wojska Polskiego, bo dziś muszą przeciskać się ulicą Kościuszki – a czas dojazdu na miejsce ma niebagatelne znaczenie w sytuacji ratowania ludzkiego życia.

Skwerek przy stacji PKP w Pruszkowie

Radni zwrócili też uwagę na manipulację Arka Gębicza, który w mediach społecznościowych pisał o łączniku w kontekście budowy dwóch bloków w rejonie ulicy Parkowej. Otóż, takich planów nie ma, inwestycję wyklucza obowiązujący w tym miejscu plan zagospodarowania przestrzennego. Najwyraźniej aktywista puścił wodze fantazji, żeby wzmocnić siłę własnych argumentów. Zresztą, dociskany przez Karola Chlebińskiego, przyznał, że bloki to jego subiektywne wyobrażenie przyszłości.

Gębicz ukrył z kolei inną ważną informację. Roztaczając wizję kataklizmu w postaci korka na skrzyżowaniu ulicy Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej z aleją Wojska Polskiego nie podał, że łącznik nie przejmie całego ruchu z ulicy Kościuszki – ta droga nadal będzie czynna, choć zwężona i jednokierunkowa, ale z kierunkiem ruchu od dworca PKP do alei Wojska Polskiego właśnie. Dlaczego społecznik w swej prezentacji nie uwzględnił tak istotnego czynnika? Może z tego samego powodu, dla którego straszył budową bloków.

Dyskusja radnych z Gębiczem polegała na spokojnym zbijaniu jego argumentów. Wpuścimy ciężarówki w spokojny rejon miasta! Nie, starostwo dopuszcza ustawienie znaków zakazu wjazdu dla samochodów ciężarowych. Skrzyżowanie się zatka! Nie, przecież można przeprogramować sygnalizację. Rejon dworca się zakorkuje! Korkują się różne części miasta, to normalne, znacznie bardziej zakorkowana jest ulica Bolesława Prusa. Budowa łącznika umożliwi zbudowanie bloków przy Parkowej! No nie, prawo miejscowe na to nie pozwala.

Choć projekt uchwały dotyczył objęcia ochroną trzech drzew, dyskusja w 90 proc. dotyczyła łącznika. Na takie tory wprowadził ją zresztą sam Gębicz w swojej prezentacji. Ale i przyrodzie poświęcono trochę czasu. Okazuje się, że część drzew nie zostanie wyciętych, tylko przesadzonych (tak obiecało starostwo, które będzie inwestorem budowy łącznika), do tego pojawią się dziesiątki nowych nasadzeń. Radna Małgorzata Widera przed sesją sama zadzwoniła do dendrologa, który na zlecenie starostwa wykonał ekspertyzę drzew rosnących na swerku. Dopytywała go o szczegóły możliwej ochrony i konsekwencje prawne ustanowienia pomników przyrody.

Radni do czwartkowej sesji przygotowali się, przyszli uzbrojeni w pytania do Gębicza i ze spokojem wypunktowywali słabe strony projektu uchwały. Co rzadko obserwujemy w tej kadencji, jednym głosem mówili radni KO, PiS, SPP i niezrzeszeni. Trzeba być szalonym albo naiwnym, żeby sugerować, że kluby KO i PiS umówiły się wcześniej co do sposobu głosowania. W Pruszkowie możliwe są różne rzeczy, ale nie takie.

Arek Gębicz pominął jeszcze jedną ważną informację. Jego projekt uchwały nie ma formalnego uzgodnienia z Regionalnym Dyrektorem Ochrony Środowiska. Takie uzgodnienie jest obligatoryjne, jego brak oznacza, że gdyby uchwała została przyjęta, obarczona byłaby wadą prawną – zostałaby uchylona przez nadzór prawny wojewody. Aktywista co prawda jest przekonany, że uzgodnienie RDOŚ jest i ma charakter milczącej zgody, jednak w obrocie prawnym znajduje się dziś dokument RDOŚ zawierający jednoznaczne stwierdzenie: „Odmawiam uzgodnienia przedmiotowego projektu uchwały”, wydany w odpowiedzi na wniosek wysłany przez urząd miasta. Rozstrzygnięcie jest ważne do momentu, aż zostanie przez organ wyższej instancji uchylone – póki co, to nie nastąpiło. Szkoda, że na brak ważnego uzgodnienia z RDOŚ jako warunku koniecznego dla podjęcia uchwały uwagi nie zwrócił podczas sesji uwagi żaden z prawników urzędu miasta. Dyskusja radnych w dużej mierze była bezprzedmiotowa, bo gdyby nawet zagłosowali na „tak”, przyjęliby prawnego bubla.

Hejt, jaki wylał się na 18 pruszkowskich radnych, podyktowany był emocjami i obroną przyrody za wszelką cenę – i tym można go usprawiedliwiać. Arek Gębicz jednocząc przeciwko sobie radnych wszystkich ugrupowań poniósł jednak prestiżową porażkę i teraz musi poszukać odpowiedzi na pytanie, jak działać dalej, żeby kolejne inicjatywy miały lepszą podbudowę prawną i większą szansę na sukces. Nie wątpię, że wylizawszy rany znajdzie kolejne przyczynki do społecznych interwencji. W przypadku łącznika kilka rzeczy mu zresztą zawdzięczamy: starostwo „odkryło”, że wycinkę części drzew można zastąpić ich przesadzeniem, a pruszkowscy radni zainteresowali się inwestycją jak rzadko którą i pod presją mieszkańców przypilnują, by ostateczny projekt był jak najmniej inwazyjny dla przyrody. Miło było też oglądać sesję, na której radni nie dogryzali sobie nawzajem, tylko analizowali dokumenty – to również zasługa Gębicza, choć kompletnie nie o to mu chodziło.