„To będzie prawdziwa próba sił. Z jednej strony kierowcy i duża grupa mieszkańców, z drugiej zapewne ekolodzy i… społecznik Arkadiusz Gębicz. Trudno przewidzieć, kto wygra” – pisaliśmy w czerwcu w 2020 roku na portalu zpruszkowa.pl wieszcząc sporą awanturę w Pruszkowie. Do awantury, owszem, doszło, ale głównie na Facebooku, zakończonej zablokowaniem Gębicza przez administratorów jednego z forów dyskusyjnych za to, że radnych powiatu pruszkowskiego nazwał łgarzami (wymieniając ich kolejno, z nazwiska). Dziś kurz bitewny powoli opada, wraz z nim emocje, ale aktualne pozostaje pytanie: dlaczego trwająca 2 lata inicjatywa mająca zablokować puszczenie drogi przez skwerek przy dworcu PKP zakończyła się całkowitą przegraną jej pomysłodawców?

Z perspektywy dwóch lat widać, że temat mający – jak się początkowo zdawało – ogromny potencjał do skupienia nawet kilku tysięcy mieszkańców w obronie drzew tworzących pozostałość przedwojennego założenia parkowego, jednak nie wyzwolił społecznej energii. Zjednoczył aktywistów skupionych wokół kierowanego przez Arka Gębicza stowarzyszenia Za Pruszków!, przyciągnął społeczników angażujących się w rozmaite akcje, zainteresował grupę mieszkańców ulicy Lipowej do niedawna walczących z budową wielkiego bloku w sąsiedztwie zabytkowego parku Potulickich, którzy dziś nie kryją wrogości wobec prezydenta Pawła Makucha i jego zastępcy Konrada Sipiery. Do tego doszła nieliczna grupa mieszkańców faktycznie próbujących obronić drzewa przed wycinką. I… to wszystko.

Kiedy w niedzielę 8 maja rzeczywiście zainteresowani przyszli na zapowiadany wielki wiec sprzeciwu na skwerku przy dworcu PKP, uzbierało się… około setki osób (wliczając lokalnych dziennikarzy). Dużo? Nie bójmy się tego określenia: wobec 60-tysięcznej populacji Pruszkowa ledwie garstka. Dobitnie było to widać w niedzielne słoneczne popołudnie (8 maja pogoda dopisała) na tle pogrążonego w piknikowej atmosferze miasta – w oddalonym o 100 metrów parku Sokoła na ławeczkach siedziało, jedząc lody, przeglądając Facebooka czy zwyczajnie nudząc się, jakieś pół tysiąca mieszkańców. Setki spacerowały po parku Potulickich, siedziały na kocach i ławeczkach w rejonie studni oligoceńskiej.

Dlaczego te tysiące relaksujących się osób nie przyszły na wiec? Bo, jak twierdzą aktywiści, nie wiedzieli o nim? Jeśli to prawdziwa teza, raczej słabo świadczy o społecznikach, którzy przez 2 lata niewiele zrobili, by dotrzeć do ludzi z informacją. O wiele więcej słuszności wydaje się mieć inne wytłumaczenie: grupa obrońców skwerku była głośna, zdeterminowana, chwilami wręcz agresywna, ale nie okazała się reprezentatywna dla ogółu mieszkańców, którzy pomysłowi budowy drogi przez skwerek albo po cichu kibicują, albo przynajmniej jest on im totalnie obojętny wraz z losem rosnących tam drzew.

Trafnie podsumował to na profilu prowadzonym przez Małgorzatę Kochańską mieszkaniec Pruszkowa Marcel Piątkowski, który jakiś czas temu zaangażowany był w społeczną zbiórkę podpisów pod obywatelskim projektem uchwały o konsultacjach społecznych: „W przeciwieństwie do niektórych aktywistów ja nie odkryłem parku (dziś skweru w zasadzie) Bersohna w drugim kwartale tego roku. Ja się tu urodziłem, Pruszków znam i to miejsce również – jeszcze kilkanaście lat temu szukałem tam skrzynek geocache. Wbrew narracji, którą starano się kolportować, to nie jest i nigdy nie było miejsce, gdzie rodziny masowo miło spędzają czas wśród śpiewu ptaków dokarmiając wiewiórki. Teraz są ekrany dźwiękoszczelne, kiedyś był paskudny murek z gazobetonu, wieczny huk pociągów. Na środku jest pomnik, również zaniedbany. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek organizowano tam jakiekolwiek uroczystości, jakkolwiek o ten skwerek dbano. Faktem jest natomiast, że jest to popularne miejsce spożywania alkoholu przez miejscowych żulików i młodzież. Zawsze tak było, bo policja jest tam szczególnie nienachalna”.

Piątkowski pisze dalej: „Dlatego też z pewnym niesmakiem obserwowałem, jak pewnie wielu poczciwym ludziom ciągle ci sami ludzie próbowali nawijać makaron na uszy, że gwałtu, rety, cud natury nam chcą zabrać. Oczywiście, jak zwykle lament podniósł się wtedy, gdy już niewiele się dało zrobić – rok temu organizator pewnie nie zdawał sobie sprawy, że takie miejsce istnieje. Ja się co prawda na inżynierii ruchu drogowego nie znam, Ty (tu zwraca się do Małgorzaty Kochańskiej – przyp. aut.) się nie znasz, ale pan organizator zna się na wszystkim, więc wiadomo, że na pewno ma rację, bo kiedy on nie ma racji?  Zobaczysz, że do wyborów takich protestów o przegrane sprawy będzie więcej, bo to stosunkowo prosta i niedroga metoda zbijania kapitału politycznego, ale mam wrażenie, że dalej będą tam ci sami ludzie co dziś i niewielu więcej” – kwituje.

Klęskę inicjatywy pt. „Bronimy skwerku” przypieczętowała sesja rady powiatu pruszkowskiego 17 maja. To był ostatni moment na zablokowanie niechcianej przez grupę mieszkańców inwestycji. Radni mieli głosować przesunięcia w budżecie, aby zapewnić budowie drogi przez skwerek pełne finansowanie. Na sesji zjawili się aktywiści z Za Pruszków! i ich sympatycy, w barwnych i naszpikowanych emocjami wystąpieniach wzywali radnych do opamiętania się. Z jakim skutkiem? Zerowym! Nowelizacja budżetu przeszła jednogłośnie. Po stronie społeczników nie stanęli ani radni Platformy Obywatelskiej, ani Prawa i Sprawiedliwości, ani Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej, ani klubu Dobro Wspólne.

Czyżby to zmowa radnych przeciwko stowarzyszeniu Za Pruszków!, efekt tajemnego zjednoczenia „wszyscy przeciw Gębiczowi”? Mało prawdopodobne. Raczej efekt chłodnej kalkulacji: inwestycja jest potrzebna, będzie korzystna dla mieszkańców Pruszkowa i powiatu, zaś grupa kontestująca nie jest reprezentatywna dla miasta i tworzą ją aktywiści niemający w tej sprawie szerokiego poparcia. Gdyby było inaczej, radni na półtora roku przed wyborami samorządowymi nie odważyliby się zablokować społecznej inicjatywy – wszak większość z nich znów powalczy o głosy poparcia.

Podsumujmy: przez dwa lata obrońcy skwerku nie znaleźli zrozumienia ani u większości radnych miasta (na swoją stronę zdecydowanie przeciągnęli jedynie Edgara Czopa i Annę-Marię Szczepaniak), ani w radzie powiatu (nie mają za sobą ani jednego radnego). Nie tylko nie zyskali powszechnego uznania „na mieście”, ale na koniec spotkali się wręcz z upokarzającą obojętnością mieszkańców.

Chyba najwyższy czas odpuścić sobie temat i poszukać spraw, które pruszkowiaków naprawdę interesują.