Ekobrygada to nieformalna grupa zapaleńców z Michałowic. Piszą o sobie, że są miłośnikami porządku i przyrody, walczącymi o zdrowie, czystość i edukację ekologiczną. „Jesteśmy dla was. Napinamy mięśnie, serducho i poświęcamy własny czas. Stanowimy zespół pogodnych i zawsze uśmiechniętych optymistów, których cieszy to, co robią”. A co robią? Mówiąc krótko: sprzątają, przede wszystkim własną gminę, bo zależy im, „żeby była przyjaznym i zadbanym miejsce do życia”. Tropią i likwidują dzikie wysypiska śmieci, promują turystykę rowerową, doradzają, jak segregować odpady. Potrafią skosić trawnik, bo gmina o nim zapomniała, a nie chcą, żeby zmarniał. Szkołom i przedszkolom fundują urządzenia do zbierania wody deszczowej. Jednym słowem – pasjonaci, którzy nie czekają, aż urzędnicy coś zrobią – wolą wziąć sprawy w swoje ręce.

Właśnie ci zapaleńcy, zachęceni przez pruszkowską radną Małgorzatę Widerę, która na co dzień jest dyrektorem Szkoły Podstawowej im. Jana Pawła II w Michałowicach, zjawili się w Pruszkowie uzbrojeni w worki, samochód i niesamowite pokłady energii. Wyzbierali śmieci w rejonie Utraty od jazu, gdzie zaczyna się kanał doprowadzający wodę do stawów w parku Potulickich, aż do ulicy Lipowej. „Na tym nie koniec, bo posprzątaliśmy także cały teren wokół toru kolarskiego, basenu i obszar między ulicą Andrzeja a ulicą Cyklistów (bez terenu szpitala na Wrzesinie)” – piszą skromnie. Co znaleźli? Między innymi kanapę, dwa materace, 8 dużych worków śmieci, 6 opon i wielki zderzak plus odpady motoryzacyjne z pobliskich garaży. I niezliczone ilości butelek i drobnych śmieci.

Zaangażowanie społeczników z Michałowic jest imponujące, ale przy okazji dowodzi, że Urząd Miasta Pruszkowa nie tylko nie radzi sobie ze sprzątaniem miasta, ale też nie wyegzekwował od firmy Lormax wywiezienia śmieci wydobytych w zeszłym roku podczas odmulania kanału zwanego doprowadzalnikiem. Ta sprawa ciągnie się od kilku miesięcy, a pruszkowscy radni „ciężko” nad nią debatują… od listopada! Dziś, w poniedziałek 11 stycznia, kolejna odsłona ich „śledztwa”.

Sprawa trafiła do radnych jesienią 2020 roku za sprawą społecznika Arka Gębicza – kierowane przez niego stowarzyszenie Za Pruszków! poskarżyło się na prezydenta Pruszkowa, że urząd nie egzekwuje od firmy Lormax, mającej czyścić kanały w parku Potulickich, wywiązywania się z umowy hojnie opłacanej z naszych podatków. Lormax, po wielu ponagleniach, pogłębił fragment doprowadzalnika, ale wydobyty cuchnący szlam wyrzucił na brzeg i tak zostawił (zgodnie z umową – powinien go wywieźć). Szlam jest pełen śmieci – szkła, substancji wyglądających na ropopochodne, kawałków plastiku, można w nim znaleźć skorodowane baterie.

Pismo Gębicza trafiło do Komisji Skarg, Wniosków i Petycji i spotkało z niechętną postawą części radnych. Na listopadowym posiedzeniu Józef Moczuło (SPP) orzekł, że firmę Lormax zna od wielu lat i nigdy nie było na nią skarg, poradził Gębiczowi, żeby zamiast pisać skargi zatrudnił się w urzędzie miasta, a jego zachowanie nazwał nieznośnym. Z kolei radnemu Olgierdowi Lewanowi (SPP) pozostawienie zanieczyszczonego szlamu na brzegu kanałku nie przeszkadza: – Namuł rzeczny to żyzna gleba, niektórzy chcieliby taką glebę posiadać. To raczej nie niszczy środowiska ani gleby, raczej ją wzbogaca – stwierdził.

Na kolejnym posiedzeniu komisji – w grudniu – zainteresowani sprawą mieszkańcy dowiedzieli się przede wszystkim, że… naczelnik Wydziału Ochrony Środowiska Elżbieta Garczyńska (to jej wydział odbiera prace wykonane przez Lormax) jest oburzona krytyką, jaka pod jej adresem pojawia się w mediach społecznościowych. Oświadczyła, że stała się ofiarą pomówień. Jak pisał w swoim artykule na zpruszkowa.pl Jakub Dorosz, teza o pomówieniach wzięła się z użytego przez Gębicza stwierdzenia: „Lewe dokumenty na biurku Naczelnik Garczyńskiej?”. Radni skargi ponownie nie rozstrzygnęli, zapowiedzieli kolejne posiedzenie komisji w styczniu 2021 roku. Przy okazji wygłosili kilka uwag, że nie są od sprawdzania w terenie, czy jest tam czysto (Józef Moczuło), a jadąc rowerem śmieci nie widać (Olgierd Lewan).

W międzyczasie, żeby pomóc radnym ustalić, co Lormax wydobył z dna kanału i zostawił na brzegach, dziennikarze zpruszkowa.pl sami udali się na miejsce uzbrojeni w łopatę i grabie. Zamiast „żyznego mułu”, o którym mówił radny Lewan, znaleźli ziemię i piasek wymieszane z odpadami, z których część może być toksyczna. Przy okazji udrożnili zawalone gałęziami i liśćmi przepusty (powinien to robić Lormax, który bierze za to pieniądze).

Od grudniowego posiedzenia komisji zmieniło się jedno: śmieci, które leżały na gołej ziemi wzdłuż kanałku (część z nich pozostawił Lormax, resztę naznosili mieszkańcy) wyzbierali aktywiści z michałowickiej Ekobrygady. Wykonali solidną robotę nie oczekując od nikogo wdzięczności. Członek Ekobrygady Radek Chlebicki napisał jedynie: „Szanowni Państwo, bardzo proszę nie wkręcać Ekobrygady w spory i żale z miastem. My nie wchodzimy w tę narrację. My współpracujemy”. I dodał: „Ekobrygada przedstawi wkrótce wyniki ustaleń z miastem i może będzie trochę czyściej. My patrzymy do przodu”.

Ekobrygada – choć to nie było jej celem – zrobiła to, co do tej pory nie udawało się pruszkowiakowi Arkowi Gębiczowi: udowodniła, że śmieci można zobaczyć gołym okiem, tylko trzeba udać się na miejsce. I co najważniejsze, wystarczy je wywieźć, zamiast całymi miesiącami siedząc za biurkiem oskarżać Gębicza, że zmyśla i zawraca głowę.

Czy na dzisiejszej komisji naczelnik Garczyńska nadal będzie próbowała udowadniać, że pełen śmieci muł został przez firmę Lormax zabrany, choć on nadal leży, tyle że z wierzchu wysprzątany przez Ekobrygadę i porośnięty trawą – a każdy może wziąć szpadel i pójść to sprawdzić? Czy radni wreszcie rozstrzygną, czy skarga Gębicza na prezydenta jest zasadna? Obrady Komisji Skarg, Wniosków i Petycji zaczynają się dziś (11 stycznia) o godz. 18. Można je śledzić na miejskim kanale YouTube.