Burmistrz Grodziska Mazowieckiego Grzegorz Benedykciński znany jest z tego, że gdy w drodze do pracy zobaczy rozsypane śmieci, uszkodzoną wiatę, przewrócony słupek parkingowy, dzwoni i każe posprzątać. Z urzędu wyrusza na miejsce ekipa speców i wkrótce wszystko jest zrobione. Benedykciński nie jest wyjątkiem, z podobną troską do swych miast podchodzą i są w tym skuteczni na przykład prezydenci Sopotu Jacek Karnowski czy Rzeszowa Tadeusz Ferenc.

Miasta w różny sposób rozwiązują problemy związane z doraźnym, interwencyjnym sprzątaniem ulic i drobnymi naprawami. Mniejsze gminy zatrudniają pracowników gospodarczych, którym mogą na bieżąco wydawać polecenia. Duże miasta zazwyczaj zlecają takie usługi własnym spółkom – jednak czas potrzebny na wykonanie zlecenia jest dłuższy. Trzeba zadzwonić, wysłać pismo, potem potwierdzić wykonanie pracy. Posiadanie własnej ekipy jest znacznie bardziej efektywne.

Skopiować wzorce Grodziska Mazowieckiego postanowił wiceprezydent Pruszkowa Konrad Sipiera. – Rozmawiałem z burmistrzem Benedykcińskiem o tym, jak działa takie rozwiązanie, nawet pogratulowałem mu i powiedziałem, że zazdroszczę. Bo to dowód na to, że w mieście jest gospodarz, który widząc, że coś jest nie tak, nakazuje załatwienie sprawy nie za tydzień czy następnego dnia, tylko zaraz – mówi Sipiera portalowi zpruszkowa.pl.

Wiceprezydent wymyślił, że w Urzędzie Miasta Pruszkowa stworzony zostanie zespół pracowników gospodarczych, osadzony w strukturach Wydziału Geodezji, Mienia i Estetyki Miasta kierowanego przez Andrzeja Guzika. Ale zanim zostaną zatrudnieni ludzie z odpowiednimi kwalifikacjami, trzeba im kupić sprzęt: małe auto użytkowo-dostawcze, mały samochód z funkcją wywrotki oraz zamiatarkę do ulic i chodników. Żeby mieli czym pracować – w przypadku renowacji trawnika mogli załadować ziemię i zawieźć na miejsce, żeby mieli na co wrzucić gałęzie czy skoszoną trawę, mieli czym wozić grabie, łopaty, drabiny itd. Zamiatarka to z kolei mała, zwrotna maszyna do mycia ulic i chodników, mieszcząca się między słupkami na chodniku, z myjką wysokociśnieniową do usuwania trudnych zabrudzeń.

Zapisy o stosownych zakupach znalazły się w projekcie zmian do budżetu przedłożonych do zaopiniowania radnym. Ale na poniedziałkowym posiedzeniu Komisji Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska wywołały takie emocje, jakby chodziło o zakup co najmniej paru tirów. Dyskusję zainicjował Piotr Bąk (KO) pytając, komu i czemu ma służyć zakup trzech pojazdów.

– Na tak postawione pytanie mogę odpowiedzieć krótko: mieszkańcom Pruszkowa – odparł zaskoczony naczelnik Andrzej Guzik.
– Dlaczego to kupuje urząd, a nie jakaś nasza spółka, na przykład MZO? – nie odpuszczał Bąk.
– Bo to miasto z reguły dokonuje takich zakupów, inne gminy też tak robią. Urząd miasta powinien mieć samochody użytkowe – odparł Guzik.
– Kto będzie obsługiwał takie samochody? – kontynuował Bąk.
– Kierowcy urzędu miasta – nie wytrzymał w tym momencie wiceprezydent Konrad Sipiera.

Piotra Bąka odpowiedzi nie usatysfakcjonowały. Pytał dalej, dlaczego urząd miasta nie powoła odpowiedniego zakładu komunalnej albo spółki? – Ja sobie nie wyobrażam, że pracownik gospodarczy urzędu jeździ po mieście i dokonuje takich czynności jak sprzątanie, przycinanie czy pielęgnowanie – perorował.

– Ale przecież duża część gmin tak funkcjonuje – tłumaczył ze stoickim spokojem naczelnik Guzik. – Jeżeli tworzymy grupę, nazwijmy to, szybkiego reagowania, to trzeba zacząć od szukania ludzi i zakupu sprzętu. I my to właśnie robimy. Ci ludzie będą realizowali zadania, które tak naprawdę leżą odłogiem, ponieważ nie jesteśmy w stanie jako miasto wszystkich zadań porządkowo-ogrodniczych enumeratywnie wyszczególnić w umowach z zewnętrznymi firmami, które wygrywają przetargi. Jeśli tego nie zrobimy, będziemy dostawać pytania na przykład od pani Doroty (Kossakowskiej – przy. red.), dlaczego nie mamy wykoszonego jakiegoś terenu. Pewnych rzeczy nie zrobimy, jeśli nie mamy kim ani czym.

Wypowiedź Guzika tylko rozeźliła radnych. – A to będzie tak, że będziemy wchodzili w kompetencje innych podmiotów? – zastanawiał się Józef Osiński (SPP). Piotr Bąk chciał wiedzieć, jak urząd będzie wykorzystywał wywrotkę. Gdy usłyszał, że na przykład do przewożenia kory, ziemi czy kosiarek odparł, że pierwsze słyszy, żeby pracownicy wozili korę czy kosiarki. – Jak pan naczelnik powiedział, że to ma służyć mieszkańcom, to mi od razu zrodziło się pytanie, czy ja będę mógł usiąść sobie na tym traktorku – ironizował Olgierd Lewan (SPP). Gdy naczelnik Guzik powiedział, że planuje na początek zatrudnić pięciu pracowników gospodarczych, przewodniczący komisji Karol Chlebiński (SPP) jęknął: – Pięciu?! O matko boska…

Emocji przybywało. Józef Osiński zawyrokował: – Ten pomysł jest szalony i ja bym go odrzucił! Dorota Kossakowska (KO) poprosiła o zrobienie analizy opłacalności całego przedsięwzięcia i policzenie, ile wyniosą koszty zatrudnienia łącznie ze wszystkimi pochodnymi, koszty utrzymania sprzętu, konserwacji, napraw, koszty polis ubezpiecz, OC pracowników, szkoleń. – Dopiero wtedy proszę przyjść do nas z tym pomysłem – zarządziła. Gdy wiceprezydent Sipiera próbował tłumaczyć, że pracownicy gospodarczy będą robić prace porządkowe w różnych częściach miasta, usłyszał od niepotrafiącego powstrzymać się od zwyczajowych kpin Karola Chlebińskiego: – Panie prezydencie, pan naprawdę jednym traktorkiem chce zamieść całe miasto? W końcu radny Osiński wykrzyczał: – Chcę przypomnieć panu prezydentowi i panu naczelnikowi, że osoba poruszająca się pojazdem użytkowym musi mieć badania psychotechniczne!

Awantura skończyła się tym, że radni zażądali wykreślenia pieniędzy na zakup sprzętu i pozytywnie zaopiniowali projekt zmian w budżecie uszczuplony o te wydatki. Poproszony o komentarz Konrad Sipiera nie krył zaskoczenia: – Byłem przekonany, że pomysł nie wywoła kontrowersji. Przecież my nie chcemy kupować sobie limuzyn, tylko małe pojazdy użytkowe. Radni nie zdają sobie sprawy, że zdarza nam się, korzystając z uprzejmości niektórych pracowników urzędu, używać prywatnej przyczepki, kiedy trzeba coś przewieźć – mówił. – Chciałbym stworzyć grupę interwencyjną, która przejmie niektóre usługi realizowane dziś przez zewnętrzne firmy. Mogłaby na przykład zająć się parkiem Kościuszki. Żeby każdego dnia nasi pracownicy tam byli, przecierali ławki, opróżniali kosze, przycinali zieleń, grabili liście, kosili trawę. Żeby było widać, że to miejsce ma gospodarza, że ktoś się parkiem się opiekuje – tłumaczył. A skąd pewność, że pracownicy urzędu lepiej sobie z tym poradzą od wyspecjalizowanych firm? – Cały czas mamy problemy z jakością prac. Firmy nie zawsze realizują usługi zgodnie z naszymi oczekiwaniami, nie mamy nad nimi bieżącej kontroli. Oczywiście, możemy im naliczać kary. Ale proszę mi powiedzieć, co nasz mieszkaniec będzie miał z tego, że nałożymy pierwszą, drugą, trzecią karę, skoro w parku nadal jest brudno? Mieszkaniec chce, żeby było posprzątane, nie interesują go nasze kłopoty z wykonawcami.

Wiceprezydent podkreśla, że niedawno w Pruszkowie odbyła się prezentacja maszyn czyszczących chodniki, która przydałyby się w mieście. Na pokaz zostali zaproszeni radni. Nie zjawił się żaden. Ten wątek pojawił się też na poniedziałkowej komisji i oczywiście stał się przyczynkiem do wygłoszenia paru złośliwości. Olgierd Lewan przypomniał, że radni pracują zawodowo. – Nie jest tak, że jak wy przyślecie zaproszenie na jakąś prezentację to radni przylecą rezygnując ze swoich obowiązków. Należałoby najpierw porozmawiać z radnymi, a dopiero potem zaprosić na prezentację. Nie taka kolejność – oznajmił. A Karol Chlebiński zakpił: – A co my mamy oglądać? Maszyny do czyszczenia ulic?

Wiceprezydent Sipiera zapowiada, że z pomysłu stworzenia ekipy do sprzątania miasta nie zrezygnuje i zgłosi go radnym ponownie.

KOMENTARZ AUTORA:

Pruszków nigdy nie należał do specjalnie czystych i zadbanych miast, dlatego inicjatywy zmierzające do posprzątania ulic i chodników zasługują raczej na wsparcie, niż krytykę. Radni SPP i KO na poniedziałkowej komisji sprawiali jednak wrażenie, że najbardziej ze wszystkiego zależy im na wykpieniu pomysłu. Zamiast podyskutować nad rodzajem kupowanego sprzętu, funkcjami maszyny myjącej chodniki, liczbą pracowników, których trzeba zatrudnić, woleli całość obśmiać, chyba po to, żeby dobrze wypaść przed kamerą. Skoro więc radni nie chcą, żeby urząd miasta zajął się sprzątaniem, może sami chwycą za miotły i zaczną od zamiecenia parku Sokoła? Chętnie pokażę, gdzie jest brudno.

To, co przed chwilą napisałem, jest oczywiście równie złośliwe, jak komentarze radnego Chlebińskiego. Tak naprawdę problem jest innego rodzaju. Radni nie ufają prezydentowi Pruszkowa i jego zastępcom do tego stopnia, że coraz bardziej alergicznie reagują na rozmaite pomysły. W poniedziałek storpedowali pomysł posprzątania miasta i obawiam się, że w swoim politycznym zacietrzewieniu nawet tego nie zauważyli.