Czwartek 18 listopada, Komisja Oświaty, Kultury i Sportu rady miasta ma zająć się opiniowaniem projektu budżetu Pruszkowa na przyszły rok. Ale… przykra niespodzianka. Na platformę konferencyjną ZOOM nie loguje się ani prezydent Paweł Makuch, ani oboje zastępców, ani skarbniczka miasta. Radni zaskoczeni. „Magistrat potraktował radnych w sposób lekceważący i obcesowy, wystawiając świadectwo o braku jakości swojego działania” – pisze w mediach społecznościowych Edgar Czop (KO). Zdziwienie oglądających posiedzenie komisji może budzić jednak inny fakt. Dlaczego przewodnicząca Małgorzata Widera (KO) nie ustaliła zawczasu listy obecności? Dlaczego nie upewniła się, czy władze Pruszkowa wezmą udział w obradach? Te pytania nie są bezzasadne. Po pierwsze, żyjąc w epoce mejli i smartfonów wystarczy wykonać telefon do prezydenta albo zastępcy z prostym pytaniem, czy będzie. Można choćby wysłać SMS-a. Ale można też nic nie zrobić. Po drugie, żaden przepis w ustawach nie obliguje przedstawicieli miasta do osobistego uczestnictwa w obradach komisji oraz sesjach. Ich obecność jest wyrazem grzeczności wobec radnych i mieszkańców, dobrym obyczajem, ale też czymś pożądanym i oczekiwanym.

Środa 17 listopada, Komisja Skarg, Wniosków i Petycji, z przewodniczącym Mieczysławem Maliszewskim (SPP) w roli głównej. Temat obrad: analiza petycji skierowanej do prezydenta Pawła Makucha przez stowarzyszenie Za Pruszków! reprezentowane przez Arka Gębicza. Społecznik domaga się, żeby Pruszków wsparł finansowo strażaków ochotników z gminy Brwinów, którzy ponoszą koszty uczestnicząc w akcjach ratowniczych na terenie naszego miasta. Gębicz tradycyjnie stara się o zgodę na udział w posiedzeniu za pośrednictwem platformy ZOOM, żeby móc odpowiedzieć na pytania, rozwiać ewentualne wątpliwości. Tradycyjnie – zgody od rady miasta nie dostaje. Dowiaduje się, że w razie potrzeby może „wdzwonić się na komisję” i coś powiedzieć. Nauczony doświadczeniem, nie korzysta z tej formuły – już nie raz „wdzwaniając się”, choćby na Komisję Gospodarki Komunalnej, był ignorowany i zbywany, radni ani urzędnicy nie odpowiadali na jego pytania.

Żaden przepis nie obliguje radnych z Komisji Skarg, Wniosków i Petycji do zapraszania na obrady autora petycji. Jednak wyrażenie przez nich zgody na jego obecność byłoby wyrazem grzeczności wobec społecznika i mieszkańców Pruszkowa, dobrym obyczajem, czymś pożądanym i oczekiwanym.

Jedna postać łączy dwie opisane wyżej komisje. To Małgorzata Widera, która przewodniczy Komisji Oświaty zlekceważonej przez prezydenta oraz zasiada w Komisji Skarg okazującej ostentacyjne lekceważenie organizacji społecznej.

Rada Miasta Pruszkowa liczy 23 radnych. Kilkoro z nich od początku kadencji zabrało głos ledwie parę razy. Naprawdę aktywnych można policzyć na palcach jednej ręki, choć tę aktywność najchętniej manifestują krytykując projekty przedstawiane przez ekipę z urzędu miasta. Wszystkich od Arka Gębicza odróżnia jedno: podczas gdy radni poprzestają na oczekiwaniu, aż urząd łaskawie prześle im dokumenty, do których mogliby się odnieść, społecznik wynajduje i prezentuje w mediach społecznościowych oraz kierowanych do prezydenta petycjach rzeczywiste problemy Pruszkowa. Przykładów jest wiele. Pierwsze z brzegu: sławne bobry w parku Potulickich i tama, przez którą poziom wody w stawach jest zbyt niski; niezlecanie symulacji ruchu drogowego poprzedzających planowanie ważnych inwestycji drogowych; budowany z naruszeniem prawa (co udowodnił Gębicz, nie radni) megablok przy parku Potulickich; wymagające interwencji pomniki przyrody; działania prywatnej firmy, która odmuliła doprowadzalnik przy parku Potulickich (znów działanie wymuszone przez Gębicza), ale wydobyte z dna śmieci zwaliła na brzeg i przykryła mułem, zamiast wywieźć. To Gębicz napisał petycję, żeby urząd miasta przyspieszył prace nad zmianą planu zagospodarowania, by ocalić skwer przy ul. Dobrej przed zabudową. Temat wywołał i alarm podniósł prezydent Paweł Makuch, deklarując, że zrobi wszystko dla uratowania zielonego zakątka, ale potem w sprawie zaległa cisza. Nie przerwali jej radni, tylko Gębicz. Choć trudno w to uwierzyć, radni jego petycję uznali za bezzasadną.

Działania społecznika z oczywistych powodów napotykają mur na wrogości w urzędzie miasta, ale także na coraz grubszy mur niechęci i publicznego lekceważenia w radzie miasta. On umiejętnie kruszy oba, nie przejmując się tym, że radny Józef Moczuło (SPP) nazywa go „obrzydliwym manipulantem”. Radny zasiadający w Komisji Skarg – tej która odmówiła Gębiczowi udziału w komisji – napisał, że nie korzystając z okazji do zadzwonienia na komisję społecznik okazał się tchórzem. Moczuło poradził mu nawet, żeby zajął się… migrantami na granicy (sic!).

Tutaj na chwilę się zatrzymajmy. Wspomniany Moczuło to barwna postać w pruszkowskim samorządzie, choć niekoniecznie daje się poznać z dobrej strony. W trakcie dyskusji nad raportem o stanie miasta w 2020 roku zasłynął pokrzykiwaniem na jednego z mieszkańców, że mówi za długo: „Wysłuchujemy jakichś dyskusji w ogóle, pięć razy to samo słuchamy! Jest godzina dwudziesta trzecia! Jak długo jeszcze, no?!”. Tak jakby mieszkaniec był winien temu, że do głosu dopuszczono go dopiero przed północą. Podczas gdy Moczuło wyrzucał z siebie pretensje, w tle słychać było pokrzykiwania kolejnego radnego SPP Mieczysława Maliszewskiego (przewodniczącego słynącej z utrudniania dziś Gębiczowi udziału w obradach Komisji Skarg, Wniosków i Petycji).

Arek Gębicz, nazywany złośliwie z racji swojego zamieszkania „Panem z Tworek”, na okazywaniu mu lekceważenia przez pruszkowskich samorządowców bynajmniej nie traci. Coraz precyzyjniej formułuje zarzuty wobec władz miasta, punktując już nie tylko Pawła Makucha i oboje wiceprezydentów, ale i samych radnych. Ukończył kurs „Administracja pod kontrolą”, pochwalił się stosownym certyfikatem. Owszem, nie przebiera w słowach i bywa równie grubiański, co radny Karol Chlebiński (SPP) mówiący do Konrada Sipiery, żeby „płynął do brzegu” albo Andrzej Kurzela (niezrzeszony) nazywający wiceprezydenta „chorym człowiekiem”. Ale to on wrzuca do przestrzeni publicznej tematy, które następnie są podejmowane przez radnych, to on inicjuje dyskusje wokół ważnych problemów. Można się z Gębiczem nie zgadzać, jego styl może drażnić. Ale to „Pan z Tworek” jest nieformalną jednoosobową radą miasta, pozbawioną jeszcze kompetencji decyzyjnych. Z akcentem na: jeszcze.

Z każdym epitetem z ust Józefa Moczuły, z każdą odmową udziału w komisji pod przewodnictwem Mieczysława Maliszewskiego, z każdą ironiczną uwagą Elizy Kurzeli, z każdą ostrą wymianą zdań z Olgierdem Lewanem, Gębicz rośnie w siłę. Można postawić tezę, że zajęci sami sobą, walką z prezydentem, gierkami i nieudolnymi próbami zwalczania konkurencji radni na własnej piersi wyhodowali sobie silnego pretendenta do przejęcia władzy w Pruszkowie.

W przeciwieństwie do radnych (z wyjątkiem Edgara Czopa, który regularnie informuje o swoich działaniach) Gębicz chętnie i umiejętnie korzysta z mediów społecznościowych. We wtorek 23 listopada udowodnił, że administrator jednego z forów dyskusyjnych stosuje prewencyjną cenzurę, nie zgadzając się na udostępnienie artykułu obnażającego prodeweloperską politykę byłego prezydenta Jana Starzyńskiego z SPP. Społecznik swoją niemal codzienną obecnością w social mediach budzi różne uczucia, z irytacją włącznie, ale to on nakreśla tematy, którymi powinni zająć się pruszkowscy radni. Oni zaś co najwyżej odpowiadają na jego zaczepki, nie potrafiąc skontrować podstawowego zarzutu: dlaczego nieustannie w myśleniu i działaniu wyręcza ich, lub przynajmniej wyprzedza, jeden mieszkaniec?

Gębicz solidnie miesza w pruszkowskiej polityce i bynajmniej nie zamierza przestać. Jeśli jego aktywność nie zmaleje, za dwa lata będzie jednym z głównych rozgrywających w kampanii wyborczej i będzie miał ogromny wpływ na wynik wyborów samorządowych w Pruszkowie.