W 2020 roku bobrza tama pojawiła się w Parku Potulickich około kwietnia. Wtedy system wodny parku nie odczuł tego zbyt mocno, ponieważ konstrukcja z mułu i patyków była regularnie rozszczelniana przez okolicznych mieszkańców. Urząd Miasta wystąpił o pozwolenie na rozebranie tamy dopiero na przełomie lipca i sierpnia 2020. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska wydała je w trybie natychmiastowym. Tamę rozebrano w kilka dni i do końca roku więcej o niej nie słyszeliśmy. 

Tama wraca, ale nikt się nią nie zajmuje

W listopadzie 2020 w doprowadzalniku pojawiły się pierwsze ślady aktywności bobrów. Aktywista Arek Gębicz ze stowarzyszenia “Za Pruszków!” apelował do władz Pruszkowa o przypilnowanie, aby zwierzęta nie rozpoczęły budowli tamy. Pozwolenie na rozbiórkę uzyskane pod koniec wakacji było jednorazowe, więc w kolejnym sezonie trzeba by było ubiegać się o kolejne.

Społecznik argumentował, że procedurę tę można ominąć, jeśli tama nigdy nie zostanie ukończona - "to nie jest wielka filozofia" - mówi w rozmowie z portalem zpruszkowa.pl - "można było po prostu konsekwentnie rozmontowywać każdy zaczątek budowy tamy". Jego apele, kierowane do urzędników magistratu, zostały całkowicie zignorowane. Podczas jednego z posiedzeń Komisji Gospodarki Komunalnej naczelniczka Wydziału Ochrony Środowiska Elżbieta Jakubczak-Garczyńska, pomimo obecności w spotkaniu, pominęła odpowiedź na zadaną jej kwestię całkowitym milczeniem.

Skutki braku reakcji ze strony magistratu nie były trudne do przewidzenia. Z początkiem nowego roku tama wróciła do parku. Tym razem jednak rozgłos, jaki nadał problemowi Gębicz, zniechęcił okolicznych mieszkańców do aktywnego przeszkadzania im w ponownej budowie tamy (czyn ten jest, jakby nie było, wykroczeniem). Utrzymanie odpowiedniego poziomu wody w stawach pozostało więc wyłącznie na barkach miasta.

Pozwolenie na usunięcie tamy jest, ale nikt go nie używa

W maju Gębicz skomentował sprawę ironicznie: “(...) bobry postanowiły pokazać urzędnikom miejsce w szeregu i pobudowały tamę, która powinna zostać natychmiast rozebrana. Ale tu kolejny zonk – w ub. roku Magistrat wystąpił do RDOŚ o zgodę na rozbiórkę tamy, która powstała w tym samym miejscu i ją otrzymał. Problem w tym, że nikt nie pomyślał, żeby wystąpić o zgodę okresową (np. na 5 lat), aby w tym roku nie powtarzać tej samej procedury. Pozwolenia nie ma, tama jest, (...) urzędnicy «pracują».”

Jak się okazało po czasie - Gębicz nie miał racji (choć wtedy jeszcze o tym nie wiedział). Magistrat dysponował już nową zgodą Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska na płoszenie bobrów i usuwanie zaczątków budowy nowej tamy, dzięki czemu można było w porę zapobiec piętrzeniu się wody. Co ciekawe - tym razem faktycznie była to zgoda wieloletnia. 

Jedyne, co było potrzebne, aby nie dopuścić do ukończenia tamy, to opinia specjalisty zapewniająca, że usunięte zostaną jedynie niezasiedlone żeremia. Urząd Miasta nie skorzystał jednak z tej możliwości i o opinię zwrócił się dopiero miesiąc później, pozwalając bobrom na dokończenie budowy i "pełne" wejście w okres lęgowy.

Tama nadal jest, bagno wzdłuż torów WKD też

Nie minęło wiele czasu kiedy woda w doprowadzalniku spiętrzyła się tworząc ogromne rozlewisko od strony torów WKD (wzdłuż ich linii). 

W 1984 roku Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Rolnictwa sporządziło ewidencję zabytkowego Parku Potulickich w Pruszkowie, w której opisano dokładnie jego historię i stan oraz zaproponowano kierunki i sposoby konserwacji. Dokument ten znajduje się do dziś w zasobach Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków (nr inwentaryzacyjny T964/A) i stanowi jedną z najbardziej wszechstronnych i kompletnych “instrukcji obsługi” parku.

O terenie, który na skutek aktywności bobrów został zalany wodą, wspomina się tam: “nadmierne podtapianie terenu łąki, wynikające z braku konserwacji urządzeń melioracyjnych, (...) powinno być zlikwidowane”. Dziś - co można zaobserwować podczas każdej wycieczki wzdłuż ulicy Lipowej - dzieje się coś dokładnie przeciwnego. Wzdłuż torów kolejowych powstało niewielkie bagno, przed którym przestrzegali inżynierowie przeszło trzydzieści lat temu. 

"Za 2 tygodnie ryby wypłyną brzuchami do góry" [spoiler: już wypłynęły]

Nowe rozlewisko to jednak nie jedyne zmartwienie parku. Prawdziwy problem pojawił się po drugiej stronie tamy, gdzie poziom wody gwałtownie opadł powodując spustoszenie w całym okolicznym systemie wodnym. 

W połowie czerwca portalowi zpruszkowa.pl udało się uwiecznić na filmie szczytowy moment spiętrzenia wody na tamie. Poziom wody w doprowadzalniku opadł niemal całkowicie, odsłaniając muliste dno. Rozlewisko wzdłuż grobli wyschło. Gniazda łabędzi położone wcześniej w rozlewisku nieopodal stawu na wysokości przedszkola nr 6 (okolice ul. Hubala) zostały całkowicie odsłonięte. W parku pojawił się charakterystyczny zapach gnijącej wody (w suche, bezdeszczowe dni odczuwalny bez zmian do dzisiaj). 

Co najciekawsze - w doprowadzalniku doszło do okresowej zmiany kierunku nurtu. Woda, zamiast przepływać z rowu do stawów, zaczęła przelewać się w przeciwnym kierunku. Co za tym idzie - właściwa wymiana wody w stawach została zatrzymana.

“Natura bywa bezwzględna, gdy człowiek nie rozumie banalnych zależności. W parku już śmierdzi zgnilizną. Jeżeli tama nie zniknie - za 2 tyg. ryby wypłyną brzuchami do góry.” - pisał Gębicz 4 czerwca. I faktycznie - nie trzeba było długo czekać, gdy w Parku doszło do masowego śnięcia ryb. 

Pod koniec czerwca na pruszkowskich forach w Internecie pojawiła się seria zdjęć trucheł ryb wybranych na brzeg (prawdopodobnie) przez pruszkowskich wędkarzy. Powodem śnięcia - jak przewidywał Gębicz - było obniżenie poziomu stężenia tlenu w stawach. (przyducha). To zaś nastąpiło najprawdopodobniej przez zatrzymanie wymiany wody w parku. 

“Łza się w oku kręci gdy musieliśmy zebrać i przekazać do utylizacji 32 szt. szczupaków śniętych w wodach stawów Parku Miejskiego w Pruszkowie.” - napisał w emocjonalnym poście na Facebooku Wojciech Kamiński, Prezes Zarządu Koła nr 18 Polskiego Związku Wędkarskiego w Pruszkowie, informując opinię publiczną o przykrym zjawisku. 

W swojej relacji przedstawił zapis korespondencji elektronicznej z Urzędem Miasta. Według niego, naczelniczka Wydziału Ochrony Środowiska miała obarczyć winą za zdarzenie… samych wędkarzy (sic!) i pouczyła ich, iż powinni zarybiać stawy gatunkami wymagającymi mniej tlenu do życia. Sprawę tę, wraz z bulwersującym świadectwem komunikacji magistratu z wędkarzami, szczegółowo opisał Jakub Dorosz na łamach zpruszkowa.pl

Tezy przedstawiane Kamińskiemu w korespondencji z Wydziałem Ochrony Środowiska zostały zresztą powtórzone w oficjalnym stanowisku Urzędu Miasta zamieszczonym na miejskim Facebooku i stronie Internetowej. Władze miasta przekonują w nim, że śnięcie ryb nie ma związku z zahamowaniem nurtu w doprowadzalniku oraz powtarza, że winą za śnięcie należy obarczyć przede wszystkim PZW.

"(...) Przyducha na stawach powstaje w wysokich temperaturach, podczas bezwietrznej pogody i braku opadów atmosferycznych." - czytamy w komunikacie. "Jej powstawaniu sprzyja między innymi niewłaściwy dobór ryb do zarybiania stawów w stosunku do ich wielkości i głębokości, zbyt duża ilość narybku  oraz materii organicznej pochodzącej z zanęt oraz karmienia ptactwa."

Dlaczego zatem do podobnych tragedii nie dochodziło w latach poprzednich, podczas podobnych (a nawet silniejszych) fal upałów i dłuższych okresów suszy? Wydaje się, że na to pytanie nikt w magistracie nawet nie szuka odpowiedzi. 

"Fifka Makucha"

W międzyczasie Urząd Miasta postanowił podejść do problemu w zupełnie nieoczekiwany sposób. Bobrzą tamę postanowiono rozszczelnić przepuszczając przez nią... kilkumetrową rurę. Z jednej strony, miała ona przywrócić bieg wody w doprowadzalniku, z drugiej - pozostawić rozlewisko i żeremia bobrów nietknięte. "(...) Celem zainstalowania urządzenia Clemson (bo taką nazwę nosi rura - przyp. K.Ch.) jest tymczasowe rozwiązanie problemu ograniczonego przepływu wody w układzie wodnym do czasu rozbiórki tamy." - czytamy na stronie Urzędu Miasta.

W debacie publicznej argumentowano, że podobne rozwiązania stosuje się w parkach narodowych i krajobrazowych, gdzie bobrze tamy zakłócają naturalny bieg małych rzek. To, o czym zapomniano wspomnieć, to że doprowadzalnik jest jedynym źródłem zaopatrzania w wodę stawów w Parku Potulickich, oraz że - w przeciwieństwie do rzek w parkach narodowych - cały przebieg wody przez stawy jest regulowany, więc nie ma szans na to, że rzeka “sama znajdzie” alternatywny dopływ do stawów naturalnie regulując ich pracę. Innymi słowy - zapotrzebowanie na ciągły i niezakłócony przepływ wody w parku miejskim różni się od tego w parku narodowym (swoją drogą - ciekawe opracowanie o tym do czego służy urządzenie Clemson i w jakich wypadkach należy je stosować można znaleźć tutaj).

Na rzeczową debatę nie pozostawiono jednak miejsca, gdyż opinia publiczna dowiedziała się o rozwiązaniu post factum, gdy magistrat zdążył już zlecić rozszczelnienie tamy rurą. Poziom wody w stawach podniósł się nieznacznie, jednak ze względu na niewydolność rozszczelnienia ustabilizował się na poziomie około 30 cm poniżej poziomu osiąganego przy pełnej sprawności doprowadzalnika. Prędkość nurtu w rowie do dziś pozostaje znikoma (stojącą wodę w doprowadzalniku można zaobserwować gołym okiem), zaś wymiana wody w stawach odbywa się głównie przez naturalne cykle opadów i odparowywania. 

"Jedynym odpowiedzialnym za ten stan masakry jest Prezydent Paweł Makuch. Gdyby reagował wtedy, kiedy było trzeba cieszylibyśmy się czystą wodą i chłodnym powietrzem o cudownym aromacie jeziorowej toni. Tymczasem śmierdzi i będzie śmierdziało bardziej, bo mamy przed sobą tydzień prawdziwego lata." - pisał Gębicz na stronie Stowarzyszenia "Za Pruszków!" na Facebooku, prześmiewczo nazywając rurę w tamie "fifką Makucha". 

Za rok powtórka?

Bobry zdążyły się zadomowić w nowo powstałym rozlewisku, w związku z czym miasto musi teraz czekać aż zakończy się ich okres lęgowy. Prawdopodobnie usunięcie tamy nastąpi więc nie wcześniej, niż na początku sierpnia (zakładając, że magistrat tym razem zdecyduje się na użycie zgody wydanej mu przez RDOŚ i nie wpadnie na następny pomysł, który po raz kolejny skomplikuje sprawę). 

Dlaczego magistrat nie zdecydował się na załatwienie sprawy na początku maja (lub nawet na początku roku kalendarzowego), gdy był na to odpowiedni czas? Dlaczego zwlekano z zamówieniem na ekspertyzę do połowy czerwca, gdy tama została już uszczelniona? Pruszkowscy urzędnicy mieli aż nadto szans, by publicznie wytłumaczyć się ze swoich decyzji.

Wielokrotne zapytania Arka Gębicza w tej sprawie zbywane były milczeniem, zaś sugestia Wojciecha Kamińskiego z PZW, jakoby śnięcie ryb miało związek z zatorem w doprowadzalniku została skwitowana przez Naczelnik Garczyńską oskarżeniem o powielanie “nieprawdziwych informacji zamieszczonych na forach internetowych” i przypieczętowane - bądź co bądź - pełnym pretensji oświadczeniem magistratu.

Nietrudno stąd o przypuszczenie, że miasto postawiło na narrację, w której tama nijak się ma do zmian w stosunkach wodnych w parku. Narrację o tyle chybioną, że kompletnie niezgodną z prawdą, logiką, zasadami fizyki i zdrowym rozsądkiem. 

Dlaczego? Niewykluczone, że problem utrzymania doprowadzalnika w dobrym stanie nabrał charakteru politycznego. Dość prosta sprawa, której istotę daje się streścić w zdaniu: “woda musi płynąć przez doprowadzalnik nieprzerwanie” mogła urosnąć do rangi węzła gordyjskiego, gdy zainteresował się nią Arek Gębicz, który - jak wiadomo - nie słynie z miłości do obecnych władz Pruszkowa. Niedopuszczenie do budowy tamy (zanim ta w ogóle zaczęła powstawać) byłoby być może najprostszym, ale i zgodnym ze stawianymi przez Gębicza tezami rozwiązaniem. A na to przecież Urząd Miasta nie mógłby sobie pozwolić. 

Czy to oznacza, że doprowadzalnik byłby utrzymany należycie, gdyby nie interwencje społecznika? Być może. Osobiście uważam jednak, że rów byłby tak samo zaniedbany jak dotąd tylko z tą różnicą, że spostrzeglibyśmy to o wiele później (gdy na brzegach stawów pojawiły się martwe ryby), lub być może wcale.

A czy oznacza to, że w przyszłym roku magistrat zadba o rów należycie? Cóż. Dopóki Arek Gębicz i Polski Związek Wędkarstwa istnieją można się spodziewać, że kolejne przyduchy nadal będą skutkiem "bezwietrznej pogody i braku opadów atmosferycznych" oraz "niewłaściwym doborem ryb do zarybiania stawów". Bo czy ktoś jest w stanie sobie wyobrazić, że Urząd Miasta mógłby nie mieć racji?