Minęły dwa lata, odkąd radni bieżącej kadencji oraz nowy prezydent Paweł Makuch złożyli ślubowanie. Lokalne fora dyskusyjne zaroiły się od komentarzy mniej lub bardziej krytycznie podsumowujących miniony czas. W ferworze dyskusji nad jakością realizowanych inwestycji oraz wzajemnych stosunków rady i prezydenta umknął niezmiernie istotny wątek dotyczący relacji samorządowców z nami – mieszkańcami. A te, z upływem czasu, zdają się pogarszać. Coraz częściej stajemy się świadkami przedmiotowego traktowania wyborców, którzy ośmielają się prezentować własne zdanie, a nawet brania całych grup mieszkańców jako zakładników w rozmaitych politycznych wojenkach. 

1. Do czasu wybuchu pandemii zainteresowani rozwojem wydarzeń mieszkańcy mogli brać nieskrępowany udział w posiedzeniach komisji Rady Miasta Pruszkowa, na których wykuwa się lokalne prawo. Mogli zadawać pytania radnym, urzędnikom, prezydentowi i jego zastępcom. Czasem dopuszczani byli do głosu dopiero, gdy swoje powiedzieli radni, czasem na równych prawach z radnymi – zależnie od stopnia otwartości przewodniczącego komisji. Mieszkańcy gościnności radnych nie nadużywali, na komisje przychodziła grupka pasjonatów Pruszkowa – zazwyczaj kilka osób. Wszystko zmieniło się wraz z wybuchem pandemii i przejścia rady miasta na obrady online. Mieszkańcy przestali już być mile widziani. Ich prośby o dostęp do platformy konferencyjnej ZOOM, z której korzystają radni, są odrzucane. Dlaczego? Bo radni mają prawo ten dostęp umożliwić, ale nie mają obowiązku. I ze swojego uprawnienia skrzętnie korzystają. Mieszkaniec może co prawda wdzwonić się na komisję ze zwykłego telefonu, ale nie ma jak nawiązać dialogu z uczestnikami komisji, nie słyszy ich odpowiedzi.

Skrajnym przykładem pokazywania mieszkańcom Pruszkowa, gdzie jest ich miejsce, są obrady Komisji Skarg, Wniosków i Petycji, kierowanej przez Mieczysława Maliszewskiego (SPP). Komisja, której obrady z mocy Konstytucji RP są jawne, podobnie jak dokumenty, nad którymi pracuje – a są nimi skargi mieszkańców (sic!) – na początku kadencji nawet nie informowała o swoich posiedzeniach, dziś już informuje, ale nie ujawnia dokumentów. Na ostatnim posiedzeniu nie zgodziła się nawet udostępnić platformy ZOOM autorowi skargi, którą rozpatrywała! Radni Komisji Skarg wydają się impregnowani na uwagi, prośby i komentarze i robią swoje, nie przejmując się mieszkańcami domagającymi się transparentnych obrad. 

2. Całą wiosnę trwała wojna między prezydentem Pawłem Makuchem a radnymi z SPP i KO o podwyżkę dodatków dla nauczycieli w przedszkolach. Prezydent robił wszystko, żeby projekty radnych w tej sprawie unicestwić. Kiedy ci przegłosowali firmowaną przez kluby SPP i KO uchwałę o podwyżkach większych, niż chciał prezydent, poskarżył się wojewodzie i poprosił o jej unieważnienie – i tak się stało. Kiedy radni przygotowali i przegłosowali kolejny projekt, spełniający wymogi formalne, i zyskał on akcept nadzoru prawnego wojewody, Paweł Makuch… wstrzymał jego wykonanie argumentując, że nie wiadomo, jak podwyżki wypłacić. Nauczyciele w końcu oczekiwane pieniądze dostali, wraz z wyrównaniem, ale wielomiesięczna batalia pokazała pruszkowiakom nieznane do tej pory oblicze prezydenta Makucha, który okazał się skłonny wziąć jako zakładników znaczącą grupę mieszkańców w imię realizacji swoich politycznych ambicji. Ofiarami padli nauczyciele w przedszkolach – miejskich placówkach – który z obawy przed zwolnieniem i szykanami bali się głośno wyrazić swój sprzeciw wobec takich praktyk, zasypywali za to lokalne media, także redakcję zpruszkowa.pl prośbami, aby ich wspierać.

3. Żadne władze nie lubią, gdy ktoś przeszkadza im w rządzeniu, zadaje trudne pytania, a nie mogąc uzyskać odpowiedzi na przykład na komisjach (bo dostęp do nich utrudniają radni) składa oficjalne wnioski w trybie dostępu do informacji publicznej. W Pruszkowie takim dyżurnym ciekawskim jest prezes stowarzyszenia Za Pruszków! Arek Gębicz. Z początku radni SPP i KO traktowali go raczej jako sprzymierzeńca, bo Gębicz nie dawał spokoju wiceprezydentowi Konradowi Sipierze (PiS) zarzucając mu błędy w projektach i realizacji wielu ważnych inwestycji. Z upływem czasu radni coraz częściej jednak traktują Gębicza z dystansem, widząc w nim zagrożenie dla samych siebie w wyborach w 2023 roku (choć społecznik nigdy nie powiedział, że ma jakiekolwiek polityczne aspiracje).

Jednak z największą wrogością do Gębicza odniósł się niedawno sam Konrad Sipiera, nazywając go… donosicielem. „Szanowny Panie Arkadiuszu Gębicz, Szanowny Panie Prezesie Stowarzyszenia Za Pruszków, Szanowny Pisarzu donosów, tych podpisanych oczywiście. Donosów na własne Miasto i realizowane w nim inwestycje” – takimi słowami zaczął swój fejsbukowy post. Wiceprezydenta zdenerwowało, że społecznik w piśmie do Powiatowego Inspektora Nadzór Budowlanego napisał, że budowa siłowni plenerowej przy torze kolarskim nie figuruje w wyszukiwarce pozwoleń na budowę prowadzonej przez Główny Urząd Nadzoru Budowlanego, co rodzi podejrzenie, że nie dopełniono jakichś formalności – miasto dysponowało jednak kompletem pozwoleń.

Może miała to być utrzymana w zbliżonej stylistyce odpowiedź na zarzuty Gębicza sprzed kilku miesięcy, że prezydent Paweł Makuch „doniósł” wojewodzie na uchwałę radnych w sprawie podwyżek dla nauczycieli? Może próba zdeprecjonowania społecznika w oczach pruszkowiaków? Nazywanie nielubianego mieszkańca donosicielem jednak przekracza granicę krytyki dopuszczalnej z poziomu przedstawiciela lokalnych władz. To prawda, że prezes Za Pruszków! często wali między oczy i nader łatwo szermuje oskarżeniami, jednak powaga piastowanego urzędu zobowiązuje.

Spójrzmy na problem jeszcze z innej strony. W 70-tysięcznym Pruszkowie Gębicz jest zaledwie jeden. A gdyby ich było dwudziestu, to co wtedy, Panie Prezydencie?

4. Paweł Makuch nie wahał się wziąć jako zakładników nauczycieli w swoich siłowych przepychankach z radnymi, ale grupa radnych stosuje dziś tę samą socjotechnikę. Na ostatniej Komisji Oświaty opiniowano projekt uchwały o stypendiach dla uzdolnionej młodzieży w Pruszkowie. Nieoczekiwaną poprawkę zgłosiła do niej Eliza Kurzela (niezrzeszona), wiceprzewodnicząca rady miasta. Brzmiała ona: „Warunkiem ubiegania się o stypendium jest rozliczanie się z podatku dochodowego przez opiekunów prawnych ucznia lub samego ucznia w Urzędzie Skarbowym w Pruszkowie, ze wskazaniem miejsca zamieszkania na terenie gminy miasta Pruszków”. Co to oznaczało? Przede wszystkim z możliwości uzyskania stypendium wykluczone zostałyby dzieci uczące się w Pruszkowie na podstawie porozumień z innymi gminami, a więc na przykład te z Parzniewa, które chodzą do SP 2. Po drugie, na stypendium nie miałyby szans dzieci, których rodzice się rozwiedli i jedno z nich w Pruszkowie już nie mieszka (użyta w poprawce liczba mnoga miałaby taki skutek). Co więcej, wyrzuceni poza margines zostaliby także uczniowie wychowywani przez samotne matki! Poprawka nie dość, że miała wymiar dyskryminujący i antyspołeczny, była też sprzeczna z obowiązującym w Polsce prawem, co w artykule na zpruszkowa.pl wykazał Jakub Dorosz. 

Co chciała ugrać autorka poprawki, która jest prawniczką i powinna być świadoma skutków każdego sformułowania użytego w akcie prawnym? Nie wiadomo. Na krytykę zareagowała w mediach społecznościowych odzywką: „bredzi pan”. Może próba odebrania w niedozwolony sposób grupie mieszkańców ich praw była kolejną odsłoną politycznej walki z prezydentem Pawłem Makuchem? Niewykluczone, bo poprawkę poparł także… radny Karol Chlebiński, szef klubu SPP, otwarcie występującego przeciwko prezydentowi (przejawem tego było choćby nieudzielenie absolutorium). Poprawka na szczęście przepadła, bo odcięła się od niej przewodnicząca Komisji Oświaty Małgorzata Widera (KO) i kilkoro przytomnych radnych.

Ale to nie był koniec politycznych wojenek na komisji z mieszkańcami w roli zakładników. Eliza Kurzela domagała się również, żeby stypendium, wbrew praktyce utartej w setkach gmin w Polsce, nazywało się: „Stypendium miasta Pruszkowa”, zamiast „Stypendium Prezydenta Miasta Pruszkowa” – ta poprawka też przepadła, mimo że znów Karol Chlebiński ją poparł (co ciekawe, zagłosowała za nią również Małgorzata Widera).

Poparcie zyskała za to poprawka, zgodnie z którą specjalne dyplomy uczniom, którzy zdobyli stypendia, będą wspólnie wręczać: prezydent miasta albo jego przedstawiciel oraz (i to nowość!) przewodniczący rady miasta, bądź jego przedstawiciel. Dyplomy wręczane będą zaś nie w szkole, a na sesji rady miasta. Można było odnieść wrażenie, że grupa radnych SPP i KO robi wszystko, żeby umniejszyć rolę prezydenta miasta w nagradzaniu wybitnie uzdolnionej młodzieży. „Moją uwagę przykuła dyskusja nad nazewnictwem stypendium i wielka walka o to, kto ma się lansować przy jego wręczaniu. Ten temat był wałkowany już drugi raz na komisji i już drugi raz pochłonął całkiem sporo czasu. Tak, dobrze czytacie. Walka o to, kto będzie ściskał dłonie uczniom” – skomentował na Facebooku Konstanty Chodkowski z portalu zpruszkowa.pl.

W mediach społecznościowych na działania Elizy Kurzeli mieszkańcy Pruszkowa w większości zareagowali krytycznie. Jeden z nich napisał: „Zastanawiam się, czy niektórzy radni są już tak w kosmosie, że nie pamiętają, jak sami chodzili do szkoły, czy będąc w tej komisji nie znają psychiki dzieci. Uczniowie w tym wieku mają w nosie leśnych dziadków z urzędu, cały bajer i satysfakcja to właśnie wręczenie nagrody i pochwała na forum całej szkoły. I zarazem dla drugich uczniów zachęta do lepszej nauki czy treningu” – i było to chyba najtrafniejsze podsumowanie twórczości radnej.

5. O tym, że radni o mieszkańcach z szacunkiem wypowiadają się najczęściej tuż przed wyborami, kiedy walczą o reelekcję, zaś potem prędko wracają na swoje ulubione pozycje decydentów niekonsultujących decyzji i traktujących wyborców z góry, mogliśmy przekonać się w tym roku kilkakrotnie. Najbardziej dosadnie wybrzmiało to w sierpniu na sesji, podczas dyskusji nad raportem o stanie miasta. To jedyna sesja w roku, w której mieszkańcy mogą wziąć pełnoprawny udział i ocenić stan miasta w dowolnych aspektach, bez limitu czasu. Trzeba spełnić jeden warunek: zebrać 50 podpisów poparcia. Zrobiły to dwie osoby: Łukasz Dmochowski oraz Arek Gębicz. W trakcie obrad okazało się jednak, że radni SPP mają inne plany na wieczór, niż przysłuchiwanie się mieszkańcom. Wystąpienie Łukasza Dmochowskiego przerwał Józef Moczuło słowami: „Wysłuchujemy jakichś dyskusji w ogóle, pięć razy to samo słuchamy! Jest godzina dwudziesta trzecia! Jak długo jeszcze, no?!”. Tak jakby mieszkaniec był winien temu, że do głosu został dopuszczony niedługo przed północą. Podczas gdy Moczuło wyrzucał z siebie pretensje, w tle słychać było pokrzykiwania kolejnego radnego SPP, Mieczysława Maliszewskiego.

Kiedy na portalu zpruszkowa.pl opublikowany został fragment sesji z udziałem radnego Moczuły, ten zmitygował się i przeprosił zarówno Łukasza Dmochowskiego, jak i innych mieszkańców. Jednak jego ciągoty do traktowania mieszkańców z góry najwyraźniej znów dały znać o sobie na ostatniej komisji Skarg, Wniosków i Petycji, na której zaczął radzić społecznikowi Arkowi Gębiczowi, żeby zamiast krytykować urzędników… zatrudnił się w urzędzie miasta. Wyrażał też głośno swoje niezadowolenie z faktu, że Gębicz śmie być krytycznie nastawiony do wielu spraw. Abstrahując od kwestii dobrych manier trzeba zauważyć, że Moczuło wykroczył poza kompetencje przypisane mu przez ustawę – zadaniem członków komisji jest bowiem rozstrzygnąć skargę na bazie posiadanych dokumentów, a nie pouczać czy kpić. Warto dodać, że właśnie na tym posiedzeniu przewodniczący Mieczysław Maliszewski – ten sam, który pokrzykiwał w sierpniu na Łukasza Dmochowskiego – nie umożliwił Gębiczowi udziału w dyskusji na platformie ZOOM.

Przytoczone sytuacje to oczywiście wycinek naszej pruszkowskiej rzeczywistości. Nie można na ich podstawie uogólniać, bo nie wszyscy radni ustawiają się w kontrze do mieszkańców. Wiosną, kiedy nastąpił wybuch pandemii, wielu z nich – ze wszystkich klubów – zaangażowało się w akcję Widzialnej Ręki i oferowało pomoc osobom samotnym i seniorom w robieniu zakupów i załatwianiu codziennych spraw. Radny Edgar Czop (KO) może być wzorem tego, jak należy utrzymywać kontakt z mieszkańcami – systematycznie publikuje w mediach społecznościowych relacje z sesji oraz komisji wzbogacone komentarzem. Wiceprezydent Konrad Sipiera z kolei obrał ostatnio nową taktykę – zaczął brać udział w internetowych dyskusjach, odpowiada mieszkańcom na ich komentarze i pytania, jednym słowem robi, czego nie robił dotąd żaden z prezydentów czy wiceprezydentów Pruszkowa.

Zbliżamy się powoli do połowy kadencji w samorządzie. Do wyborów jeszcze blisko trzy lata. To jest ten moment, w którym długi czas pozostający do kampanii wyborczej sprawia, że wielu samorządowcom nie zależy zbytnio na dobrych relacjach z wyborcami i traktuje ich przedmiotowo. Dla nas, mieszkańców, jest to więc najlepsza chwila, żeby przekonać się, którzy z nich zasługują na to, żeby za trzy lata znów im zaufać.