Logo facebook - Ikona Logo instagram - Ikona Logo youtube - Ikona Logo spotify - Ikona
zpruszkowa.pl logo

Co naprawdę wydarzyło się w Pruszkowie? Subiektywne podsumowanie 2025 roku

Sławomir BUKOWSKI
Urząd miasta przez cały rok raczył nas dziesiątkami informacji: o spotkaniach, podpisywaniu umów, wręczaniu nagród, potańcówkach, konkursach. Czy te wydarzenia miały realny wpływ na nasze życie? My wybraliśmy 15 spraw, które po pierwsze, były ważne, a po drugie, faktycznie kreowały rzeczywistość Pruszkowa i jego mieszkańców – i zbudowaliśmy z nich ranking.
Grafika Ranking 2025
Ilustracja: Grafika Ranking 2025

W samorządzie wygląda to mniej więcej tak: na początku są obietnice, potem są „uwarunkowania”, a na końcu okazuje się, że nie da się zrobić tak, żeby miało to sens. 2025 w Pruszkowie był właśnie takim rokiem – pełnym testów z odpowiedzialności i uczucia rozczarowania decyzjami podejmowanymi przez osoby, które powinny działać na rzecz mieszkańców.

To był rok, w którym stawy w Parku Potulickich wreszcie latem nie wyschły, ale nie dzięki genialnemu planowi urzędu miasta, tylko dzięki temu, że mieszkańcy przez lata nie odpuszczali problemu zepsutego jazu. Rok, w którym remont ważnych ulic już mógł być zrobiony, ale politycznie bardziej opłacało się najpierw go zablokować, aby potem triumfalnie odblokować. Rok, w którym z mapy zniknęła historyczna elewacja z porcelitową mozaiką, bo miasto nie zadbało o objęcie jej dostateczną ochroną.

To był też rok symboli, które o mieście i jego reprezentantach mówią więcej niż komunikaty zamieszczane w social mediach: śmieci, które zalegały na osiedlach, ale władze Pruszkowa zamiast przeprosić postraszyły mieszkańców karami i zaserwowały im podwyżki; linia 817, która miała być wzmocniona, a została zawieszona; wycinka drzew – bo łatwiej niszczyć przyrodę niż projektować z głową.

Nasz subiektywny ranking nie zbiera tego, co najgłośniejsze, tylko to, co było najważniejsze – dla codziennego życia, dla miejskiej tożsamości i dla tego, w jakim Pruszkowie obudzimy się za kilka lat. Bo miasto zmienia się nie wtedy, gdy władza ogłasza sukces, tylko wtedy, gdy mieszkańcy zaczynają odczuwać realne skutki podejmowanych decyzji.

15. Po raz pierwszy od lat nie wyschły latem stawy w Parku Potulickich

Jest susza, więc stawy wysychają – pamiętacie tę mantrę urzędu miasta z czasów rządów Pawła Makucha? Rok 2025 pokazał coś znacznie prostszego (i boleśnie prawdziwego): wystarczy sprawny jaz na Utracie i drożny kanał doprowadzający wodę, żeby Potulik dawał radę nawet wtedy, gdy deszcz przez wiele tygodni nie padał.

Pruszkow, Park Potulickich 1

Jaz naprawiły Wody Polskie w 2024 roku, ale żeby do tego w ogóle doszło, trzeba było sześciu lat walki. Bohaterów było wielu: aktywista Arkadiusz Gębicz, mieszkaniec Malich Bartosz Brzeziński (dziś radny), prawnik Jakub Dorosz-Kruczyński, mieszkanka Malich i była radna Anna-Maria Szczepaniak, a także grupa mieszkańców, którzy woleli pozostać anonimowi. I to właśnie oni – razem z Gębiczem – w najbardziej suchych dniach brali do ręki wiadra i łopaty, ręcznie udrażniali doprowadzalnik, żeby woda mogła krążyć. Krótko mówiąc: ratowali stawy, zanim zdechną ryby. W tym samym czasie urząd miasta był zajęty tłumaczeniem, że mieszkańcy „nie mają kompetencji”, żeby wypowiadać się o hydrologii, suszy czy odmulaniu kanałów.

Dziś układ hydrologiczny parku już działa – jak dobrze zaprojektowana maszyna. Tworzą go jaz, mnich na dużym stawie i kanał rezerwowy, który zapobiega przelaniu. Ten ostatni zaczyna się tuż przed pierwszym stawem od strony torów WKD i napełnia tylko wtedy, gdy dopływa więcej wody, niż potrzeba. Mnich pozwala regulować wypływ z dużego stawu do Utraty. Całość pracuje w trybie ciągłym: utrzymuje przepływ, przewietrza stawy, dotlenia wodę.

Najlepszym dowodem, jak cenny ekosystem mamy w Pruszkowie, są ryby. Skoro wędkarze wyciągają z dużego stawu karpie ważące nawet 19 kilogramów, to znaczy, że przyroda Potulika jest pełna życia i wymaga szczególnej troski. Karpie po złowieniu i zważeniu oczywiście wracają do wody.

Takiego parku inne miasta nam zazdroszczą. Mają czego.

14. Zablokowali remont, aby go w błyskach fleszy odblokować

Ulica Szczęsna mogła być gotowa już trzy lata temu. Nie była, bo ówcześni radni opozycyjni – dziś tworzący koalicję rządzącą Pruszkowem – postanowili inwestycję zablokować. Po to, aby… odblokować zaraz po przejęciu władzy.

Szczęsna Odblokowana

Szczęsna to naturalne przedłużenie alei Niepodległości i popularne dojście z centrum miasta do Nowej Stacji. Przez lata wyglądała jak drogowy wyrzut sumienia: połatana jezdnia, krzywe chodniki i komunikacyjna łamigłówka. Ulica nie łączyła się logicznie z Grafitową, a chodnik po jednej stronie tej ostatniej po prostu się kończył – jakby projektant stracił zapał w połowie roboty.

W 2025 roku przebudowa w końcu ruszyła. Obejmuje nie tylko Szczęsną, ale też Grafitową, Przemysłową, Olszową i Moniuszki. Będą nowe chodniki, porządna nawierzchnia, stylizowane latarnie. Dodatkowo Szczęsna zostanie przebita do Grafitowej, co pozwoli kierowcom zapomnieć o absurdalnych 90-stopniowych zakrętach. Będzie nawet skwerek – z wodnym zdrojem, ławkami, alejkami, zielenią i pergolą.

Projekt inwestycji powstał już w 2021 roku. Pilotował go ówczesny wiceprezydent Pruszkowa Konrad Sipiera i wszystko wskazywało na to, że trafi do realizacji. Nie trafił. Wniosek o wykreślenie inwestycji z budżetu miasta zgłosił radny SPP Karol Chlebiński, który za wiceprezydentem Sipierą, delikatnie mówiąc, nie przepadał. Wniosku nawet nie uzasadnił, mimo to jego poprawka bez problemu zyskała poparcie zarówno radnych SPP, jak i Koalicji Obywatelskiej.

Wiosną 2024 roku układ sił politycznych się zmienił. Prezydentem został Piotr Bąk (KO), a Karol Chlebiński objął funkcję przewodniczącego rady miasta. I wtedy Szczęsna – niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – wróciła do łask. Inwestycję wdrożono szybko i z rozmachem. Podpisywaniu umowy z wykonawcą asystował sam Chlebiński, który naszej redakcji tłumaczył potem, że wcześniej nie było planów budowy przedszkola przy ulicy Moniuszki, a więc i potrzeby przebudowy dróg. Teraz – jak przekonywał – sytuacja się zmieniła.

Czy to pełne wyjaśnienie? Jest jeszcze jeden szczegół. W tym rejonie mieszka Konrad Sipiera. Czy właśnie z tego powodu radni w poprzedniej kadencji inwestycję zablokowali? – Niezręcznie mi o tym mówić, mieszkam tu, choć nie przy samej Szczęśnej. Ale tak, ten fakt na pewno miał znaczenie – przyznał Sipiera w rozmowie w 2021 roku.

Każda władza lubi przecinać wstęgi i chwalić się nowymi ulicami. Szczęsną też będzie można się pochwalić. Za kilka miesięcy zdjęcia będą mogli zrobić sobie Piotr Bąk (KO) i Karol Chlebiński, a nie Konrad Sipiera (PiS). W lokalnej polityce często nie chodzi o to, „czy” coś zrobić, tylko „kto” stanie przed obiektywem.

13. Deweloper rozebrał budynek z porcelitową mozaiką

W Pruszkowie historia bywa krucha. Czasem dosłownie – jak porcelitowa mozaika z budynku ulicy Chopina, która przez ponad pół wieku była cichym świadkiem istnienia w mieście Zakładów Porcelitu Stołowego „Pruszków”. Wystarczyło jednak kilka godzin pracy koparki, aby kamienicę zamienić w kupę gruzu. Bez rozmów, bez refleksji. Za to z pozwoleniem na rozbiórkę.

Dom Z Mozaiką Fot Google Street View

Budynek nie był wpisany do rejestru zabytków, nie figurował w ewidencji, nie chronił go plan miejscowy. Formalnie – nic cennego. Faktycznie – jedna z ostatnich materialnych pamiątek po fabryce, która rozsławiła Pruszków w całej Polsce. Na elewacji znajdowały się bowiem talerze, kubki, patery i próby szkliw zaprojektowane przez artystów związanych z Porcelitem. To nie była przypadkowa stłuczka, ale starannie ułożona kompozycja.

O planowanej rozbiórce dowiedział się mieszkaniec Krzysztof Ciechoński, pasjonat historii Porcelitu. Próbował interweniować, kontaktować się z deweloperem. Bezskutecznie. Miasto dowiedziało się o sprawie wtedy, gdy z domu została już sterta gruzu. Dopiero medialny szum i artykuły w prasie branżowej sprawiły, że coś drgnęło.

Deweloper, który wcześniej nie widział problemu, nagle „odnalazł” fragment mozaiki, zabezpieczył go i przekazał miastu. Kawałek porcelitowej elewacji trafił do miejskiej spółki, gdzie czeka na decyzję, co dalej.

To dobrze, że coś udało się uratować. Szkoda tylko, że w Pruszkowie ochrona dziedzictwa wciąż działa na zasadzie alarmu pożarowego – reagujemy dopiero, gdy już się pali. A raczej: gdy już się zawaliło.

Na przyszłość warto pamiętać, że historia miasta to nie tylko to, co wpisane do rejestru. A tożsamość Pruszkowa ginie dziś szybciej, niż zdążymy powiedzieć: „może dałoby się to zachować”.

12. Radny-widmo. Gdzie się podział Rafał Rogulski?

Jeszcze rok temu był wiceprzewodniczącym Rady Miasta Pruszkowa i twarzą Koalicji Obywatelskiej w samorządzie. Dziś Rafał Rogulski – formalnie przewodniczący klubu KO – jest radnym, którego… nie ma. Ostatni raz widziano go w grudniu 2024 roku, gdy większość w radzie odwołała go z funkcji wiceprzewodniczącego.

„radny Jest Obowiązany Brać Udział W Pracach Rady Gminy I Jej Komisji Oraz Innych Instytucji Samorządowych, Do Których Został Wybrany Lub Desygnowany”

Rogulski dostał mandat trochę „z drugiej ręki” – po tym, jak Magdalena Bąk zrezygnowała z jego objęcia, gdy jej mąż wygrał wybory prezydenckie. Szybko awansował do prezydium rady, ale równie szybko z niego wyleciał, gdy w klubie KO doszło do rozłamu i powstał Pruszków Obywatelski. Operacja kadrowa była brutalna i została przeprowadzona z naruszeniem statutu miasta. Skutek? Rada ugrzęzła w prawnej próżni, a Rogulski… zniknął.

Od zeszłego grudnia nie pojawia się ani na sesjach, ani na posiedzeniach komisji. Nieoficjalnie słyszymy, że „się obraził”. Oficjalnie – radny poprosił redakcję, by nie pisać o nim, bo jest w „trudnej sytuacji osobistej”. Jakiej? Nie wiadomo. Co ciekawe, Rogulski nie zniknął całkowicie. Wiosną dał się zauważyć na zdjęciach z lokalnymi działaczami KO promującymi Rafała Trzaskowskiego na prezydenta Polski.

Przewodniczący rady Karol Chlebiński, poproszony o komentarz w sprawie Rogulskiego, przypomniał treść ślubowania radnych i podkreślił, że to wyborcy powinni ocenić sytuację. Prawo bowiem jest bezlitosne w swojej łagodności: nieobecność, nawet chroniczna, mandatu nie odbiera.

Co dalej? Albo powrót do pracy, albo polityczne przeczekanie do końca kadencji. Bo w Pruszkowie, jak się okazuje, można być radnym na pół etatu, a nawet wejść w „tryb uśpienia”.

11. WKD dała pasażerom do zrozumienia, że nie są jej potrzebni

W październiku przez 10 dni WKD wymieniała tory w Komorowie. Między Nową Wsią Warszawską a Pruszkowem ruch wstrzymano. Zamiast pełnej komunikacji zastępczej do Warszawy uruchomiono autobusy tylko na „brakującym” fragmencie trasy. Efekt? Opóźnione autobusy, pociągi odjeżdżające bez pasażerów i kursy do Warszawy co 40 minut zamiast co 10. Chaosu dopełniły poranne kontrole biletów – jakby ktoś uznał, że w dniu paraliżu transportu najlepiej sprawdzić cierpliwość podróżnych do końca.

Armagaddon Wkd

Warszawska Kolej Dojazdowa po fali krytyki, jaka się na nią wylała, postanowiła odnieść się do zarzutów dotyczących październikowej organizacji ruchu. Zrobiła to w sposób dość osobliwy – publikując komunikat ukryty w zakładce „Pytania i odpowiedzi”, jakby licząc na to, że zajrzą tam tylko najbardziej wytrwali pasażerowie.

WKD przekonywała, że pasażerowie byli informowani o pracach torowych z wyprzedzeniem i wieloma kanałami, że terminu nie dało się przenieść na wakacje, a honorowanie biletów w KM, SKM i WTP miało złagodzić skutki remontu. Przyznała też, że pierwszego dnia pociąg nie poczekał na autobus, ale uspokoiła: to był „jednorazowy przypadek”. Autobusy? Spełniały specyfikację. Kierowcy? Zgodnie z procedurami nie udzielali informacji. Wszystko więc – formalnie – było w porządku.

Tyle że komunikat WKD milczał o najważniejszym: dlaczego nie uruchomiono zastępczych autobusów do Warszawy, choć było to możliwe choćby do Dworca Zachodniego. Nie wyjaśniał też, czemu zasady honorowania biletów były dla pasażerów nieczytelne, a linia ZTM 817 – jedyna realna alternatywa dla pasażerów z Pruszkowa – kursowała rzadko i tylko w szczycie. Spółka nie wspomniała również o kierowcach autobusów, którzy gubili trasę, ani o tym, że żadna realna współpraca z samorządami nie została podjęta. Pomoc nadeszła tylko od gminy Michałowice, która widząc co się dzieje własnym sumptem uruchomiła linię autobusową, aby pomóc mieszkańców dotrzeć do pracy i szkoły. 

WKD zapewnia, że wszystko robi dla dobra pasażerów. Problem w tym, że w październiku pasażerowie czuli się raczej jak statyści w eksperymencie transportowym. A skoro przed nami kolejne remonty, warto, żeby zarząd spółki (której udziałowcem jest m.in. miasto Pruszków) pamiętał o jednym: kolej jest dla ludzi. Bo w październiku wyglądało, jakby to ludzie byli dodatkiem do rozkładu jazdy.

10. Radni chcieli rozprawić się z hulajnogami, ale im nie wyszło

Miało być „wypracowanie strategii”, a wyszła półtoragodzinna improwizacja. Radni Pruszkowa postanowili rozprawić się z chaosem hulajnogowym, ale szybko okazało się, że na tę wojnę udali się bez amunicji – bez danych, bez wiedzy i bez elementarnego przygotowania.

Radni Hulajnogi

Na wspólnym posiedzeniu dwóch komisji radni mieli ustalić, jak zmusić użytkowników hulajnóg do parkowania ich w wyznaczonych miejscach. Zamiast konkretów dostali prezentację rodem z pracy domowej: Warszawa, Kraków, Paryż, Oslo. Światowo, tylko że kompletnie nieprzydatnie. Pruszków nie jest metropolią, a zarządców dróg ma kilku, więc rozwiązania z dużych miast, gdzie zarządca jest jeden, mają się tu nijak.

Ku zaskoczeniu części radnych okazało się, że przewodnicząca Komisji Ochrony Środowiska i Innowacyjności Maria Biernacka nie porozmawiała ani z operatorami hulajnóg, ani ze strażą miejską, nie zna liczby jednośladów, skali problemu ani nawet liczby zgłoszeń. Jedynym argumentem były dobre chęci i slajdy.

Atmosfera szybko zgęstniała. – Nic nie wiemy, nie mamy danych, więc po co tu siedzimy? – pytała Katarzyna Włodarczyk (KO). W odpowiedzi padła propozycja, by niezadowoleni… opuścili salę. I tak dyskusja o hulajnogach zamieniła się w kłótnię o wszystko. Radni spierali się, czym jest wandalizm, czy hulajnoga stojąca na chodniku to już problem, czy dopiero ta wrzucona do stawu oraz czy piszczy, gdy się ją przestawia. Tyle konkretów udało się ustalić przez półtorej godziny.

Na koniec zapadła decyzja: temat wróci. Może pojawią się operatorzy, może przywiozą dane. Jest więc nadzieja. Ale z każdym miesiącem mniejsza. Dyskusja, o której piszemy, odbyła się w lutym. Do dziś wznowiona nie została. Wniosek: w Pruszkowie z hulajnogami nie wygramy, możemy za to być pewni, że radni potrafią wywrócić się o własne nogi.

9. Chcesz sprzedaży wódki nocą? Prohibicja w Pruszkowie jest tuż, tuż

Miasto zapytało mieszkańców, co sądzą o ograniczeniu nocnej sprzedaży alkoholu w sklepach. Ankieta ruszyła, głosy można było oddawać, a temat – jak łatwo się domyślić – wzbudził duże emocje.

Alkohol. Fot. Freepik.com

Pomysł jest efektem interpelacji radnych Katarzyny Włodarczyk i Bartosza Brzezińskiego. Ich zdaniem nocna prohibicja mogłaby poprawić bezpieczeństwo, ograniczyć interwencje służb i zmniejszyć uciążliwe zachowania w przestrzeni publicznej. Prezydent Piotr Bąk przychylił się do wniosku i ogłosił konsultacje – najpierw ankieta, potem debata z mieszkańcami. Jest nawet jej data: 8 stycznia. Po zakończeniu konsultacji prezydent przedstawi raport radnym.

Trzeba jednak pamiętać, że wynik konsultacji nie jest wiążący – o ewentualnej prohibicji zdecyduje Rada Miasta Pruszkowa. Konsultacje pełnią jednak ważną funkcję doradczą i informacyjną, mają pokazać, jakie są oczekiwania, obawy i potrzeby mieszkańców.

Najważniejsze, że dyskusja w końcu ruszyła. Miast i gmin z tzw. nocną prohibicją jest już w Polsce około 180. Pruszków może dołączyć do tego grona.

8. Plantowa z nowym asfaltem, Kościuszki poczeka do kampanii wyborczej

Ulica Plantowa przez lata była symbolem drogowej beznadziei. Dziury, łaty i spękania tak legendarne, że kierowcy autobusów omijali zatoki przystankowe z obawy o zawieszenie. Starostwo pod rządami Krzysztofa Rymuzy zapewniało, że ulica „jest naprawiana”, choć dziury potrafiły żyć własnym życiem miesiącami. Dopiero zmiana władzy w powiecie przyniosła cud: zamiast łatania – nowy asfalt. Poszło szybko, sprawnie, w wakacje. Da się? Da się.

Kilkaset metrów dalej jest ulica Kościuszki – reprezentacyjna, ale w fatalnym stanie. Jej zarządcą nie jest powiat, tylko miasto. Historia przygotowań do jej przebudowy to gotowy scenariusz serialu o lokalnych wojenkach. Projekt pilotowany w poprzedniej kadencji przez wiceprezydenta Konrada Sipierę (PiS) – przygotowany, promesy na rządowe dofinansowanie – wręczone, zdjęcia z tekturowymi czekami – zrobione. Ale potem wszystko się sypnęło. Radni nie wyrazili zgody na wyasygnowanie pieniędzy na rozpoczęcie prac, bo projekt okazał się niedopracowany i pełen dziwnych rozwiązań. W końcu nadeszły wybory i w Pruszkowie zmieniły się władze.

Kościuszki

Oczekiwania względem nowej ekipy w urzędzie były duże: nowa koncepcja, poprawiony projekt, dialog z mieszkańcami. Brzmiało obiecująco. Wydawało się, że skoro temat ulicy Kościuszki rozgrywany był pod koniec poprzedniej kadencji tak intensywnie, m.in. przez ówczesnego radnego Piotra Bąka, to teraz władze miasta szybko od słów przejdą do czynów. Tymczasem... zaległa cisza. Minęło ponad półtora roku rządów prezydenta Piotra Bąka, a rozmów z mieszkańcami o tym, jak powinna wyglądać ulica po przebudowie, nie ma. W dodatku usłyszeliśmy, że realny termin inwestycji to lata 2027–2028. Czyli tuż przed kolejnymi wyborami samorządowymi zaplanowanymi na 2029 rok. Przypadek? Miasto tłumaczy, że szybciej się nie da: bo nowy przetarg, bo nowa dokumentacja. Pewne jest jedno: ulica Kościuszki jeszcze długo pozostanie testem dla amortyzatorów aut i cierpliwości mieszkańców. Nawet tymczasowej nakładki asfaltowej nie będzie, bo się nie opłaca.

Przykład Plantowej pokazuje, że remont da się zrobić bez fajerwerków i kampanijnej otoczki. Przykład ulicy Kościuszki uczy czegoś innego: w Pruszkowie są drogi, które mają nie tyle prowadzić do celu, co do urn wyborczych.

7. SDH zabytkiem, deweloper musi obejść się smakiem

Spółdzielczy Dom Handlowy przy ul. Kościuszki 52 trafił do rejestru zabytków. Formalnie to dobra wiadomość – kolejny blok w tym miejscu nie powstanie. Problem w tym, że wpis do rejestru chroni głównie na papierze. Przed popadaniem w ruinę już niekoniecznie.

Budynek Spółdzielczego Domu Handlowego

Eksperci tłumaczą: SDH to cenny przykład modernizmu, symbol ambicji powojennego Pruszkowa. W latach 60. i 70. był wizytówką miasta, pokazywaną zagranicznym delegacjom. W medialnych doniesieniach o objęciu SDH ochroną zabrakło jednak ważnego faktu: do wpisu do rejestru doprowadzili społecznicy ze stowarzyszenia Za Pruszków!, a nie samorząd. I jeszcze jednego: budynek kupił deweloper – tuż przed objęciem go ochroną. Owszem, teraz już nie może go zburzyć, ale nie musi też w niego inwestować. Prawo wymaga jedynie „utrzymywania w możliwie dobrym stanie”. To pojemne pojęcie, które świetnie znosi upływ czasu.

Czy miasto zaangażuje się w ratowanie nowego zabytku? Oddpowiedź nadeszła szybko: względem SDH nie ma żadnych planów. Jak poinformował rzecznik urzędu, Pruszków nie zamierza przejmować budynku, może co najwyżej „udzielić wsparcia merytorycznego”, jeśli właściciel zechce sięgnąć po dotacje.

Arkadiusz Gębicz, inicjator walki o uratowanie SDH, nie ma złudzeń: bez zaangażowania miasta zabytki w Pruszkowie będą dalej niszczeć. Narzędzia są, potrzeba jedynie determinacji i konsekwencji. Takiej codziennej, urzędowej kropli drążącej skałę. Ale nawet wytężając wzrok, dostrzec jej nie sposób.

6. Podwyżka opłaty śmieciowej do 38 zł od osoby – prezydent zaproponował, radni się zgodzili

Fot. Miejski Zakład Oczyszczania

Gdy w lipcu wokół śmietników w Pruszkowie zaczęły rosnąć stosy śmieci, mieszkańcy ujrzeli gospodarkę komunalną w wersji „na żywo”: przepełnione wiaty, smród, papier i folie rozwiewane przez wiatr. Jak się okazało, MZO ograniczył odbiór odpadów z powodu braków kadrowych. W normalnym mieście władze wychodzą wtedy do ludzi, tłumaczą sytuację, pokazują plan naprawczy, wyznaczają terminy i egzekwują zapisy umowy podpisanej z wykonawcą. W Pruszkowie usłyszeliśmy coś innego: ostrzeżenia o karach za brak segregacji.

To była kwintesencja lokalnej filozofii: kiedy system nie działa, winny jest obywatel. Nawet wtedy, gdy segregacja jest fizycznie niemożliwa, bo pojemniki pękają w szwach.

Wiceprezydent Dorota Kossakowska oprócz straszenia karami pouczała mieszkańców, że segregacja to „praca wszystkich”. Tyle że na osiedlach „praca wszystkich” oznacza w praktyce… odpowiedzialność niczyją. W domach jednorodzinnych da się rozliczyć konkretną nieruchomość. W blokach? Jeden sąsiad wrzuci byle co i ukarany powinien zostać cały blok. Władze boją się jednak wybuchu bomby niezadowolenia, więc sankcji nie stosują. Ale też nie próbują wprowadzać, wzorem innych miast, rozwiązań smart w gospodarce komunalnej, aby system stał się rozliczalny.

I teraz najlepsze: Pruszków prawdopodobnie uniknie zapłacenia kary za zbyt niski poziom recyklingu, ale nie dlatego, że zrobił coś mądrego, tylko dlatego, że Komisja Europejska zgodziła się obniżyć wymagany próg dla Polski za 2025 rok: z 55 do 50 proc. A ten jest w naszym zasięgu.

Władze miasta mogły więc odetchnąć i zabrać się do pracy nad tym, aby wskaźniki recyklingu jednak poprawić. Czy się zabrały? Na razie wiemy jedno: postanowiły... podnieść mieszkańcom opłaty. Stawka za odbiór śmieci od 1 stycznia 2026 roku wzrasta z 34 do 38 zł od osoby miesięcznie. To już druga podwyżka w kadencji Piotra Bąka. Radni mogli ją zablokować, ale tego nie zrobili.

Mijający rok dobitnie pokazał, że gdy śmieci zalegają – dostajesz moralizatorskie kazanie. Gdy trzeba poprawić system – słyszysz ogólniki. Ale gdy przychodzi rachunek – płacisz ty. I to jest pointa pruszkowskiej gospodarki odpadami: tu nie zarządza się problemem, tylko zarządza się mieszkańcami – strachem i podwyżkami. A śmieci i tak przybywa.

5. Miasto wyrąbało drzewa wzdłuż urokliwej Wapiennej

Jeszcze niedawno była zieloną, spokojną alejką. Dziś ulica Wapienna w Pruszkowie staje się kolejnym przykładem tego, jak brak planowania i współpracy potrafi zamienić sensowną inwestycję w betonowy problem. Drzewa poszły pod piłę nie dlatego, że „musiały”, ale dlatego, że nikt wcześniej nie usiadł do stołu negocjacyjnego.

Wapienna Przed I W Trakcie Przebudowy

Przy Wapiennej działa Zespół Szkół Specjalnych im. ks. Jana Twardowskiego – placówka z niemal stuletnią historią, prowadzona przez powiat. Dojazd do niej od lat był fatalny: wąska, dziurawa droga, krzywy chodnik, niebezpieczne mijanki samochodów. Rodzice i nauczyciele słusznie domagali się zmian. Problem w tym, że miasto postanowiło działać po swojemu – bez oglądania się na całość.

Najpierw powstał nowy chodnik. Wraz z nim zniknął szpaler drzew po jednej stronie ulicy. Teraz zapowiadana jest kolejna inwestycja: przebudowa drogi, kanalizacja, oświetlenie, sieci podziemne. Czy świeżo położony chodnik przetrwa? „Może, ale nie musi” – odpowiada miasto. Czy drzewa po drugiej stronie zostaną? „Projektanci będą się starać”. Brzmi znajomo.

Tymczasem problem można było rozwiązać zupełnie inaczej. Podczas budowy nowego gmachu szkoły powiat nie dogadał się z miastem w sprawie alternatywnego dojazdu – choć technicznie było to proste. Wystarczyło poprowadzić wjazd od drugiej strony, a Wapienną zostawić pieszym – zieloną, bezpieczną. Podobnie przy projektowaniu usytuowanego przy Wapiennej parku sensorycznego: zwężenie go o kilka metrów mogło uratować drzewa.

Wapienna to Pruszków w pigułce. Kolejna ulica, kolejne wycięte drzewa, te same tłumaczenia: „inaczej się nie da”. A jednak w innych miastach się da – planować, koordynować, szanować zieleń. U nas wciąż łatwiej sięgnąć po piłę niż po mapę i zdrowy rozsądek.

4. Wielki kryzys w LO im. Zana

Lo Zana

Spór wokół liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie narastał od miesięcy i eksplodował wiosną 2025 r., gdy do mediów i starostwa powiatowego zaczęły trafiać anonimowe zgłoszenia sygnalistów. W pismach formułowano poważne zarzuty wobec dyrektorki Renaty Jakubiak: od trudnego stylu zarządzania i chaosu organizacyjnego, po kwestie, które w przestrzeni publicznej określano jako mobbing. To ważne zastrzeżenie: są to relacje i oskarżenia, które stały się przedmiotem postępowania wyjaśniającego, a nie rozstrzygnięte fakty.

Dyrektorka objęła stanowisko tuż przed startem roku szkolnego 2024/2025, była jedyną kandydatka w konkursie. Z wielu relacji – nauczycieli, uczniów i części rodziców – wyłonił się obraz gwałtownej zmiany stylu zarządzania szkołą: mniej bezpośredniego kontaktu z dyrekcją, więcej komunikacji formalnej (m.in. przez Librusa), większy nacisk na kontrolę i dyscyplinę oraz podejmowanie decyzji bez szerokich konsultacji. W tle pojawiły się spory o konkretne rozwiązania (regulaminy WF, organizację profili klas, plan zajęć, zastępstwa, przepływ informacji o zmianach kadrowych).

Dyrektorka odpierała zarzuty. W publicznym oświadczeniu stwierdziła, że działa zgodnie z prawem i nie stosuje mobbingu, a krytykę nazwała „paszkwilem”. W późniejszym wystąpieniu na komisji rady powiatu mówiła m.in., że próbowała uporządkować wykorzystanie przestrzeni i organizację pracy, ale „została z problemami sama”, np. w sytuacji dłuższej nieobecności nauczycielki matematyki. Podkreślała też, że szkoła funkcjonuje: matury i rekrutacja przebiegły, a „drastycznych scen” na terenie szkoły nie ma.

Jednocześnie temat zaczął coraz bardziej oddziaływać na uczniów. Pojawiły się inicjatywy protestu i profile w mediach społecznościowych (np. „Ratujemy Zana”). Uczniowie i rodzice coraz głośniej sygnalizowali obawy o stabilność kadry i przygotowanie do matur.

Organ prowadzący – Starostwo Powiatowe w Pruszkowie – formalnie potwierdził, że zgłoszenia sygnalistów dotyczące nieprawidłowości zostały zarejestrowane i są analizowane w trybie ustawy o ochronie sygnalistów, z zachowaniem poufności. Starostwo zaapelowało też, by nie przenosić konfliktu na uczniów i nie eskalować go medialnie.

Wakacje pozwoliły uspokoić emocje. Ale dwie rzeczy wybrzmiały w 2025 roku bardzo mocno: po pierwsze, po zmianie dyrektora pruszkowskie liceum stało się areną napięć, które realnie odczuwają uczniowie; po drugie, komunikacja – zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz – nie zadziałała tak, jak powinna w instytucji, która powinna być bezpiecznym środowiskiem dla młodych ludzi.

3. Pruszków sam pomógł odebrać sobie autobus do Warszawy

Linia 817 – jedyne dzienne autobusowe połączenie z Warszawą – zniknęła na całe wakacje. Nie dlatego, że „ZTM tak postanowił”. Rzecznik ZTM powiedział wprost: zmiany były konsultowane z gminą. A prezydent Piotr Bąk potwierdził: to była decyzja „wspólna”.

Petycja W Sprawie 817

I tu zaczyna się historia, która powinna zawisnąć na tablicy ogłoszeń w urzędzie miasta jako przestroga: jak szybko kampanijne obietnice zmieniają się w urzędnicze wymówki. Jeszcze niedawno Piotr Bąk mówił o możliwości przekształcenia 817 w linię całodzienną i całotygodniową. Minął rok z hakiem jego rządów i linia nie tylko nie stała się lepsza. Ona po prostu została na wiele tygodni wyłączona.

Argument? Frekwencja w wakacje spada, jest średnio 30 pasażerów na kurs, wyjątek to poranny kurs o godz. 6.50 z około 70 osobami. Czyli dokładnie ten kurs, który wielu ludziom umożliwia dojazd do pracy. W normalnie zarządzanym mieście byłby to punkt wyjścia do kompromisu: zostawić najważniejsze kursy, ograniczyć resztę, sprawdzić warianty, wzmocnić promocję, dostosować rozkład. W Pruszkowie wybrano opcję zero-jedynkową – kasujemy wszystko i mówimy: „macie pociągi”.

Tyle że autobus to nie pociąg. To alternatywa na awarie, opóźnienia na kolei, to sposób na dojazdy do i z osiedli oraz miejsc oddalonych od stacji kolejowych, mobilność dla osób starszych, dla matek z dziećmi, dla tych, którzy nie mieszkają tuż przy torach. To także element standardu życia w podwarszawskim mieście. Do Piastowa autobusy 716 i 717 jeżdżą przez całe wakacje – bo tam komunikacja jest traktowana jak usługa publiczna, a nie kaprys.

W Pruszkowie mieszkańcy zrobili to, co w ostatnich latach często robią, gdy władza nie działa: wzięli sprawy w swoje ręce. Petycję o całodzienną linię autobusową podpisały 1024 osoby. Efekt? Żaden. Władze miasta dalej mówią: „nie”. A gdy pojawił się pomysł, by obsługę linii przejęły GPA, prezydent odpowiedział listą pytań, na które odpowiedzi powinien znaleźć... prezydent. Klasyka: przerzucanie odpowiedzialności, rozkładanie rąk, odsyłanie do innych.

Najciekawsze jest to, że ZTM już oznaczył 817 w rozkładach jako linię niekursującą w trakcie wakacji szkolnych. Czyli wakacyjna przerwa ma być nową normą.

To nie jest spór o jeden autobus. To jest spór o to, czy władze miasta stoją po stronie mieszkańców, czy po stronie własnej wygody. Bo jeśli Pruszków nie potrafi wywalczyć nawet jednej stabilnej, całotygodniowej linii do Warszawy, jak ma być w stanie planować jakikolwiek rozwój? I kto ma bronić mieszkańców, skoro urząd miasta najskuteczniej broni głównie samego siebie?

2. Kaszpirowski nas wyleczy? Pruszków już dawno nie najadł się takiego wstydu

Występy Anatolija Kaszpirowskiego w Pruszkowie zostały odwołane. Z repertuaru zniknęły po cichu, bez oświadczeń, bez wyjaśnień, bez słowa „przepraszam”. I dokładnie w tym tkwi problem.

Anatolij Kaszpirowski

Bo skandal nie polega tylko na tym, że halę należącą do samorządowej instytucji kultury udostępniono radzieckiemu „uzdrowicielowi”, byłemu politykowi nacjonalistycznej partii, wychwalającego Władimira Putina i symbolizującego medyczną dezinformację rodem z sowieckiej telewizji. Skandal polega na tym, że nikt nie chce wziąć za to odpowiedzialności.

Centrum Kultury i Sportu w Pruszkowie najpierw chwaliło się występami Kaszpirowskiego, a gdy przyszła fala krytyki – od Naczelnej Izby Lekarskiej, Rzecznika Praw Pacjenta, mediów ogólnopolskich, mieszkańców Pruszkowa – po prostu skasowało post na Facebooku. Prezes CKiS Grzegorz Chwiłoc-Fiłoc nie odbiera telefonów, nie odpowiada na pytania prasowe, milczy jak zaklęty. Instytucja publiczna zachowała się jak prywatny fanpage, który liczy, że temat sam umrze.

Tymczasem inni potrafili zachować się przyzwoicie. Teatr Rampa w Warszawie zerwał umowę na występ Kaszpirowskiego jasno tłumacząc, że nie chce firmować wydarzenia sprzecznego z wartościami humanizmu, nauki i solidarności z Ukrainą. Da się? Da się.

W Pruszkowie usłyszeliśmy przy okazji dobrze znane wykręty: „prezydent nie ma wpływu”, „to nie nasze kompetencje”, „to decyzja prezesa”. Wszyscy umyli ręce, choć mówimy o spółce w 100 procentach należącej do miasta, utrzymywanej z publicznych pieniędzy i działającej w imieniu mieszkańców oraz za ich pieniądze (spółka jest sowicie przez miasto dotowana).

A prezes? Ten sam, który wcześniej zgodził się na galę wulgarnego freak fight MMA, wciąż stoi na czele CKiS. Harcerz, instruktor, samorządowiec – i człowiek, który nie potrafi publicznie wytłumaczyć się ze swojej decyzji.

Kaszpirowskiego w Pruszkowie nie będzie – to dobra wiadomość. Zła jest taka, że instytucja kultury została ośmieszona w całej Polsce, a odpowiedzialność rozpłynęła się w ciszy. I dopóki w Pruszkowie łatwiej będzie coś po cichu odwołać niż głośno wyjaśnić, dopóty podobne wpadki będą się powtarzać. Nie jako przypadek. Jako standard.

1. W nowy rok z gigantycznym długiem

Pruszków szykuje się na niechlubny finansowy rekord. Budżet na 2026 rok zakłada wzrost zadłużenia do 215 mln zł – po raz pierwszy w historii miasta przekroczymy symboliczne 200 milionów. Jeszcze niedawno Piotr Bąk i Karol Chlebiński grzmieli z ław opozycji o „nieodpowiedzialnym zadłużaniu”. Dziś to oni trzymają kierownicę. I zamiast hamulca wciskają gaz.

Piotr Bąk, Dorota Kossakowska, Michał Landowski, Karol ChlebińskiNa zdjęciu: prezydent Piotr Bąk, zastępcy prezydenta Michał Landowski i Dorota Kossakowska oraz przewodniczący Rady Miasta Pruszkowa Karol Chlebiński

Rok temu w prognozach było 184 mln długu. Teraz ma być 215 mln. Skok o ponad 30 mln zł tłumaczy się łagodnym tonem: „bezpiecznie”, „w granicach wskaźników”, „optymalnie”. Przewodniczący rady wyliczał na sesji procenty, uspokajał, porównywał Pruszków do innych gmin. One mają podobne problemy.

Z budżetu wynika jednak coś niepokojącego: nie ma w nim żadnej wielkiej inwestycji, która uzasadniałaby taki skok zadłużenia. I tu zaczyna się najciekawsze. Bo budżet 2026 to nie tylko rekord długu – to także katalog niespełnionych obietnic Piotra Bąka. W kampanii wyborczej przyszły prezydent zapowiadał „systematyczną redukcję zadłużenia”, audyty wydatków, mocniejsze pozyskiwanie środków zewnętrznych. Tymczasem dług rośnie do historycznego maksimum, o audytach cisza, a przewodniczący rady sam przyznaje, że pozyskiwanie funduszy zewnętrznych idzie słabo. Miało być „priorytetyzowanie wydatków”, tymczasem wydatki bieżące stanowią aż 88 proc. całości – czyli klasyczna pułapka, w której miasto pracuje głównie na własne utrzymanie.

A wyborcze „konkrety”? Centrum przesiadkowe przy PKP Pruszków – w budżecie brak. Koncepcji takiego centrum, przygotowań, choćby symbolicznej kwoty na start – nie ma. Włączenie komunikacji miejskiej do sieci GPA – wycofane. Rozwój systemu roweru miejskiego i ścieżek rowerowych? Pojawia się bardziej w facebookowych informacjach niż w realnych dokumentach finansowych.

Za to pieniądze znajdują się gdzie indziej. Na przykład 3,5 mln zł na dokapitalizowanie CKiS – spółki, której prezes zaliczył serię kompromitujących decyzji: od gali MMA po Kaszpirowskiego, a potem obrał strategię medialnego milczenia. Miasto, zamiast od szefa własnej spółki wymagać standardów i przejrzystości, puszcza spółce ogromny przelew.

I właśnie tu jest sedno problemu: Pruszków coraz bardziej przypomina miasto, które zadłuża się nie po to, by realizować wizję, tylko po to, by maskować jej brak. Kredyt staje się plastrem na polityczną niemoc. A obietnice? Zostają w ulotkach, bo tam nie trzeba ich rozliczać, nie mają odsetek i nie bolą. Dług – niestety – odsetki ma.

Artykuły, które również mogą Cię zainteresować:

Komisja Prawa Administracji I Bezpieczeństwa Społeczeństwo

Ograniczenia nocnej sprzedaży alkoholu – mieszkańcy są „za”, radni klubu Pruszków Obywatelski: my z inicjatywą nie wyjdziemy

Sławomir BUKOWSKI

Radni, którzy rozpoczęli publiczną dyskusję o tzw. nocnej prohibicji, muszą radzić sobie dalej sami – Komisja Prawa nie będzie inicjatorem uchwały w tej sprawie. Tak można podsumować przebieg dyskusji na Komisji Prawa, Administracji, Bezpieczeństwa i Polityki Społecznej. Radnym Pruszkowa Obywatelskiego udało się – przynajmniej na razie – zablokować temat.

Adrian Ejssymont I Piotr Bąk

„Zimna wojna”, „władze Pruszkowa jadą na gapę” – te określenia najlepiej definiują relacje pomiędzy Urzędem Miasta Pruszkowa a GPA

Sławomir BUKOWSKI

Od 1 kwietnia posiadacze Pruszkowskiej Karty Mieszkańca będą mogli bezpłatnie podróżować po mieście liniami GPA. Przewoźnik konsekwentnie wprowadza kolejne udogodnienia dla mieszkańców Pruszkowa, jednak odbywa się to bez wzajemności ze strony władz miasta, a momentami wręcz w atmosferze przypominającej instytucjonalny bojkot.

Znicz Basket Pruszków - Profi SunBud PKK 99 Pabianice [fot. Jasiek Ochnio] Sport

[Raport Koszykarski] Znicz Basket gromi, Komorów kończy na półfinałach U19, a MKS Pruszków...

Łukasz DMOCHOWSKI

Okoliczni fani koszykówki coraz pewniej i dumniej mogą zerkać w górę tabeli 2 ligi mężczyzn. Znicz Basket Pruszków pewnie rozprawił się z bezpośrednim rywalem o miejsce w play-off. Młodzi koszykarze Akademii Koszykówki Komorów w swoim stylu do ostatnich chwil walczyli o awans do TOP 8 najlepszych drużyn do lat 19. Humory popsuły niestety koszykarki MKS-u Pruszków, które doznały sensacyjnej porażki w 1 lidze z drużyną walczącą o utrzymanie.