W tytułowym zdaniu nie ma przesady. Dzięki determinacji jednego człowieka poziom wody w parku Potulickich jest znów tak wysoki, jak po trwających tydzień intensywnych ulewach.

„Taki mamy klimat”, „jest susza, wszystkie stawy w Polsce latem wysychają” – te stwierdzenia pruszkowskich urzędników możemy włożyć między bajki. Dziś nie ulega wątpliwości, że niski poziom wody w potulickich stawach spowodowany był kilkudziesięcioma tonami mułu zalegającego w kanale doprowadzającym wodę z Utraty. Ten muł powinien być co roku wybierany. Nie był, albo jeśli tak, to w mikroilościach. Urząd Miasta Pruszkowa tolerował stan, w którym wyłaniana w przetargu firma oświadczała, że oczyściła kanałek – i na podstawie tego oświadczenia przelewał na jej konto olbrzymie kwoty.

Z danych zebranych przez społecznika Arka Gębicza wynika, że firma Lormax za prace polegające na odmulaniu rowów, wykaszaniu skarp i prace pielęgnacyjne związane z utrzymaniem urządzeń wodnych w Pruszkowie zainkasowała po 122 tys. zł rocznie w latach 2018–2019, a w 2020 roku ma dostać 140 tys. zł. Z naszych, publicznych pieniędzy.

Dziś nie ulega wątpliwości, że niski poziom wody w potulickich stawach spowodowany był kilkudziesięcioma tonami mułu zalegającego w kanale doprowadzającym wodę z Utraty.

Arek Gębicz, prezes stowarzyszenia “Za Pruszków!“, od wielu miesięcy alarmował, że Lormax markuje prace w parku Potulickich, a pruszkowscy urzędnicy jakoś nie chcą tego dostrzec. Poświęcił tej sprawie wiele postów w mediach społecznościowych, pokazywał zdjęcia zarośniętych, nieczyszczonych od lat brzegów kanału, zwanego potocznie doprowadzalnikiem. Słał pisma do urzędu. Pisał do wiceprezydent Beaty Czyżewskiej, której podlega Wydział Ochrony Środowiska. Pisał do naczelnik tego wydziału Elżbiety Garczyńskiej. Udało mu się zainteresować sprawą dwójkę radnych: Elizę Kurzelę i Piotra Bąka – zabrał ich na wizję lokalną i pokazał wieloletnie zaniedbania. W końcu dopiął swego. W zeszłym tygodniu Lormax przysłał robotników z koparką i wybrali z doprowadzalnika dziesiątki ton mułu. Oczyścili około 400-metrowy fragment, od jazu na Utracie do torów WKD. Pracowali, jak policzył Gębicz, tylko parę godzin. Ale to wystarczyło.

Pierwszy raz od lat nie wyschną stawy w Potuliku!W imieniu stowarzyszenia Za Pruszków! oraz wielu, wielu mieszkańców,…

Opublikowany przez Za Pruszków Czwartek, 6 sierpnia 2020

Doprowadzalnikiem popłynęła woda, a jej poziom w stawach z dnia na dzień robi się wyższy. Stawy zrobiły się też czystsze, bo nasiliła się cyrkulacja. Świeża woda przepływa przez nie i wpada z powrotem do Utraty na wysokości stadionu Znicz. A kto nie wierzy, ile mułu znajdowało się na dnie doprowadzalnika, niech wybierze się na spacer od torów WKD w górę Utraty – leżąca wzdłuż brzegu kanałku długa, potężna pryzma, robi wrażenie.

To, co zrobił Gębicz, zasługuje na uznanie z kilku powodów. Po pierwsze, udało mu się przełamać trwającą od wielu lat w pruszkowskim urzędzie miasta, na szczeblu poszczególnych wydziałów, inercję i niechęć do działania. Urząd przez co najmniej dwie poprzednie kadencje przez niektórych mieszkańców uznawany był za siedlisko „niedasismu” – udzielanie przez urzędników odpowiedzi w nawet błahych sprawach, dotyczących naprawy chodnika, postawienia kosza na śmieci czy poprawy rozkładu jazdy linii autobusowej, sprowadzało się do wywodu, że jest to z różnych powodów niemożliwe. I choć zmiana władzy, do której doszło w Pruszkowie w 2018 roku, miała zapoczątkować nowe otwarcie w kontaktach z mieszkańcami, z przejawami inercji i traktowania mieszkańców jako z definicji niemających racji wciąż jeszcze można się spotkać. Po drugie, społecznik musiał stoczyć ciężką walkę: pokonać niechęć do niego samego na szczeblu prezydentów miasta, których nieustannie oskarża o większe i mniejsze błędy i niedopatrzenia. Gębicz traktowany jest w urzędzie jako pieniacz, przez co urzędnicy zamiast pochylać się nad zgłaszanymi przez niego postulatami, całą energię pożytkują na udowadnianie mu, że nie ma racji.

Dlaczego urząd zmusił w końcu firmę Lormax do działania? Może dla świętego spokoju, żeby Gębicz się odczepił, może urzędnicy byli przekonani, że to nie muł jest winien corocznemu wysychaniu stawów, tylko susza, i chciano udowodnić Gębiczowi, że się myli. A może sam Lormax w trosce o swoje imię postanowił w końcu popracować z użyciem koparki. Jakakolwiek by jednak przyczyna nie była, wyszło na to, że to społecznik miał rację.

Jednorazowe odmulenie kawałka doprowadzalnika nie załatwia jeszcze sprawy. Tony mułu zalegają zapewne w jego dalszej części, od torów WKD do stawów. Systematycznego przeglądu wymagają też przepusty, którymi woda wpływa i wypływa do stawów. Powinny być oczyszczane z resztek roślin, gałęzi i śmieci nawet codziennie. Szkoda jedynie, że tak oczywista sprawa od wielu lat nie jest uświadamiana na szczeblu władz miasta. Park Potulickich mamy jeden. I codzienna troska o jego stan powinna być obowiązkiem wszystkich urzędników, którzy odpowiadają za ochronę środowiska.

Kiedy doprowadzalnikiem popłynęła woda, Arek Gębicz sfilmował, co zaczęło dziać się w pierwszym stawie, do którego ona wpada. Do przepustu przypłynęły dziesiątki ryb, zwabionych strumieniem czystej, świeżej wody. Pluskały się wprawiając spacerowiczów w osłupienie. Takiego widoku jeszcze nigdy tu nie było. Zachowanie ryb to chyba największa nagroda i dla Gębicza, i dla wszystkich, którym leży na sercu dobro przyrody w naszym mieście.