Przypomnijmy: stowarzyszenie Za Pruszków! złożyło skargę na prezydenta Pawła Makucha, że umowa z firmą Lormax, mającą czyścić kanały w parku Potulickich, została wykonana nierzetelnie. Lormax pogłębił fragment kanału doprowadzającego wodę z Utraty do stawów, ale wbrew umowie wyrzucił muł na brzeg i tak zostawił. Muł, jak alarmuje reprezentujący stowarzyszenie Arek Gębicz, jest pełen zanieczyszczeń – plastiku, szkła, szmat, pozostałości po olejach – i jako odpad niebezpieczny powinien zostać wywieziony i zutylizowany. Ustalenia Gębicza potwierdziła wizja lokalna dziennikarzy portalu zpruszkowa.pl – w grudniowym artykule opisaliśmy, jak dużo śmieci leży przykrytych dla niepoznaki warstwą ziemi.

Co po dwóch miesiącach pracy ustalili pruszkowscy radni? Okazuje się, że urząd miasta wyraził zgodę na to, aby część mułu (nikt nie wie, jak dużą, bo dokumentów na to nie ma) Lormax zostawił na brzegu. Nie zostało to jednak zapisane w aneksie do umowy, tylko w formie… protokołu. Radni przyznali, że to błąd. Mocno podkreślała to Małgorzata Widera: – Uważam, że to niedopatrzenie, takie sytuacje nie powinny mieć miejsca – mówiła. Olgierd Lewan nadal utrzymywał, że namuły rzeczne to dobry nawóz, ale w końcu odwołał się do ustaleń dziennikarzy i Gębicza, że ten wydobyty z dna kanału jest zanieczyszczony. – Wasze społeczne wykopki rzucają nowe światło, wizja dowiodła, że przy teoretycznie czystej powierzchni można ujawnić szereg śmieci. To pokazuje niesolidną pracę wykonawcy – stwierdził.

Generalnie podkreślano jednak, że Lormax i miasto kierowały się rachunkiem ekonomicznym i podjęły słuszną decyzję, bo po pierwsze, mułu wydobyto więcej, niż wynikało z zapisów w umowie, a po drugie, traktowanie go jako nawozu jest praktykowane w różnych miastach, choćby w gminie Michałowice.

Arek Gębicz, autor skargi, tym razem został dopuszczony do udziału w komisji – mógł korzystać z programu konferencyjnego ZOOM. I po raz pierwszy radni próbowali traktować go po partnersku, nie limitując czasu. Gębicz tłumaczył, że podstawą do oceny jego skargi powinna być umowa między miastem a firmą Lormax, a ona została wykonana nieprawidłowo, bo nie ma do niej aneksu zmieniającego warunki. Że wydobycie przez Lormax większej ilości mułu, niż planowano, wynikało z tego, że firma, choć w poprzednich latach brała za to pieniądze, z obowiązku się nie wywiązywała.

Olgierd Lewan i Małgorzata Widera wpadli na pomysł, żeby skargę podzielić na dwie części. W jednej zająć się kwestią wykonania umowy, w drugiej solidnością wykonawcy. Na ziemię sprowadził ich prawnik Jakub Dorosz z portalu zpruszkowa.pl, telefonicznie tłumacząc zasady rozpatrywania skarg wynikające z kodeksu postępowania administracyjnego – kodeks dopuszcza możliwość wniesienia skargi na prezydenta albo na urzędników, a nie na prywatną firmę, podpowiadał też, jakie są kryteria kontroli prezydenta miasta przez radnych.

Ostatecznie radni zdecydowali, że głosowanie będzie jedno, a w jego uzasadnieniu zawrą wszystkie swoje wątpliwości. I w głosowaniu… uznali skargę za bezzasadną! Za jej odrzuceniem byli: Dariusz Krupa (PiS), Józef Moczuło i Mieczysław Maliszewski (SPP). Wstrzymał się Olgierd Lewan (SPP). Jedynie Małgorzata Widera (KO) opowiedziała się za jej uznaniem. To głosowanie na razie ma wartość opinii – ostateczne odbędzie się na sesji rady miasta po koniec stycznia z udziałem wszystkich pruszkowskich radnych. 

Radny Mieczysław Maliszewski (SPP): “Nas interesują dokumenty, a nie mieszkańcy”

Arek Gębicz odniósł jednak małe zwycięstwo. Prezydent Paweł Makuch przyznał mu rację, że kara nałożona w zeszłym roku na Lormax za nieterminowe wykonanie prac była za mała! Prezydent ustalił jej wysokość na zaledwie 210 zł, podczas gdy z wyliczeń Gębicza opartych na analizie umowy wynikało, że powinno to być 4200 zł. Makuch nie powiedział tego Gębiczowi ani radnym osobiście, jedynie skierował do komisji pismo z informacją. Lormax jest więc zobligowany do dopłacenia blisko 4 tys. zł.

Jakie wnioski można wysnuć z prac poniedziałkowej Komisji Skarg? Choć tym razem radni skrupulatnie analizowali wszystkie za i przeciw, można było odnieść wrażenie, że minimalizują błędy popełnione przez urząd miasta (brak aneksu do umowy, brak analizy czy muł nie zawiera toksyn i innych groźnych zanieczyszczeń, brak nadzoru nad pracą Lormaxu) i doszukują się pozytywów w każdej decyzji podjętej na korzyść tej firmy. Zresztą, ostateczne głosowanie było tego potwierdzeniem. Gębiczowi nie szczędzili uwag, że nie podoba im się język, jakiego używa w mediach społecznościowych opisując pracę urzędników – Dariusz Krupa domagał się nawet przeprosin dla Elżbiety Garczyńskiej, naczelnik Wydziału Ochrony Środowiska.

Ale na koniec radni przyszykowali niespodziankę. Przewodniczący komisji Mieczysław Maliszewski poinformował, że po konsultacji z Józefem Moczułą podjął decyzję, że odtąd żadni mieszkańcy nie będą już mieli prawa uczestniczenia w obradach na równi z radnymi. – Bo jakby tak dziesięciu mieszkańców postanowiło wziąć udział? – zapytał retorycznie Moczuło. A Maliszewski skwitował, że “komisję interesują dokumenty, a nie mieszkańcy”.